Filmowe opowieści

Filmowe opowieści

Amerykański sen nawet w oczach Polaków przestał być atrakcyjny. Po wojnach w Iraku i w Afganistanie, niewiele mających wspólnego z obroną praw człowieka i demokracji, po fatalnej realizacji tzw. offsetu przy zakupie wciąż psujących się F-16, w końcu po bankructwie nie tylko amerykańskich banków, ale całego modelu gospodarczego amerykańskie marzenie uleciało bardzo szybko.

To wszystko jest powszechnie znane. Trudniej wyobrazić sobie codzienność życia zwykłych Amerykanów. Obrazki z pejzażu społeczeństwa amerykańskiego można było zobaczyć na American Film Festival, zorganizowanym po raz drugi we Wrocławiu przez Romana Gutka. Jak powiedział Todd Solondz, którego filmy również były tam pokazywane, amerykańskie marzenie zbyt często zamienia się w amerykański koszmar. Jego najnowszy film „Czarny koń”, nagrodzony we Wrocławiu, pokazuje w krzywym zwierciadle społeczeństwo egoistów, samotników, neurotyków, kompletnie wyalienowanych ludzi żyjących pod presją sukcesu i uczestniczących w grze pozorów. Nie ma tam miejsca dla outsiderów, choć tak naprawdę większość uczestników tej codziennej maskarady należy do przegranych. Główny bohater, zanurzony w samotnej egzystencji, pogardzany przez otoczenie, żyjący w toksycznej rodzinie, w oskarżycielskim monologu wyrzuca z siebie pretensje do całego systemu, który tłamsi ludzi takich jak on. Atmosfera filmu, którego akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, dość mocno przypomina klimat, w którym obecnie na co dzień żyją Polacy – rywalizacja, sztuczne uśmiechy, wyścig szczurów i terapie psychologiczne mające zaradzić problemom jednostek. Trudno jednak rozwiązywać problemy indywidualne bez likwidacji opresyjnych mechanizmów wpisanych w funkcjonujący system społeczno-polityczny.
Jeszcze większe podobieństwo między Polską a USA widzimy w „Bombay Beach”. Sceneria dokumentu to podupadłe miasteczko na pustyni Kolorado w stanie Kalifornia, ale równie dobrze akcja mogłaby się rozgrywać na terenie byłych PGR-ów czy w prowincjonalnych polskich miasteczkach. W tutejszych warunkach pije się tanie wina dla zabicia beznadziei, tam dorośli trwają na diecie złożonej z taniej whiskey i papierosów, a problemy emocjonalne dzieci rozwiązuje się za pomocą niedrogich środków farmakologicznych.

Ostatnie batalie o krzyż z udziałem „prawdziwych Polaków” to nic w porównaniu z amerykańskimi fundamentalistami religijnymi. Nasi obrońcy krzyża i wyznawcy jedynej słusznej prawdy na razie nie podkładają bomb pod gabinety ginekologiczne, w których dokonuje się aborcji. Nienawiść do odmieńców w polskich warunkach wyrażana jest przede wszystkim werbalnie. Fundamentaliści chrześcijańscy w Stanach, broniąc się przed „kulturą permisywności” i zepsuciem moralnym, dla prawdy są w stanie sięgnąć po przemoc. Tak jak to się dzieje w filmie „Czerwony Stan”, gdzie sekta chrześcijańska nie tylko pikietuje pogrzeby gejów, lecz także nie ma oporów przed użyciem karabinu w walce z „homoseksualną sodomią”. Jeden z policjantów biorących udział w szturmie na kościół, w którym więzi się ludzi o niewłaściwym stylu życia, patrząc na stojący przed budynkiem olbrzymi krzyż, zastanawia się, ile mógł on kosztować. Nie pieniędzy, tylko „zdrowego rozsądku”. Otoczona hektarami pustej ziemi świątynia fanatyków też pobudza refleksję policjanta: „Jak oni przegonili wszystkich sąsiadów z okolicy?”. Drugi daje mu prostą podpowiedź: „Jak chcesz zająć kawał pięknego terenu, to postaw na trawniku krzyż olbrzymich rozmiarów. I ziemia jest już twoja”. Skądś to znamy.
„To drugie słowo na F” ukazuje dawnych buntowników zanurzających się powoli w drobnomieszczańskiej rzeczywistości, przeciwko której protestowali. Cały bunt okazuje się bardzo płytki, a kiedy liderzy punkowych grup, takich jak Pennywise, Black Flag czy Bad Religion zostają ojcami, dawna estetyka miesza się z ekonomicznym przymusem zarobienia na pieluchy i rodzinę. W rynkowo-kapitalistycznej rzeczywistości bunt też staje się towarem na sprzedaż i kończy się tam, gdzie zaczynają się twarde reguły rynku.

Po tych amerykańskich koszmarach wróciłem na polski grunt i wybrałem się na premierę „80 milionów” – filmu inspirowanego wydarzeniami historycznymi. I choć sama opowieść o tym, jak Józef Pinior przy pomocy innych działaczy dolnośląskiej „Solidarności” (m.in. Piotra Bednarza i Władysława Frasyniuka) wynosi z banku na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego wszystkie pieniądze zgromadzone na związkowym koncie, zamieniona jest w sprawnie zmontowany film w klimacie sensacyjno-przygodowym, z dobrą grą aktorów, to na premierze czułem pewien dysonans. Słuchając lecących z ekranu haseł o obronie klasy robotniczej i prawie do organizowania się w związki zawodowe, pomyślałem sobie o tym, dlaczego nikt nie robi filmów o kondycji i życiu dzisiejszych polskich pracowników. Lokalny, prawicowy establishment, który rządzi od ponad 20 lat Wrocławiem, z pewnością nie zjawiłby się tak licznie na premierze obrazu o likwidacji wrocławskiego Elwro czy Pafawagu, o losach ludzi z mieszkań zakładowych sprzedawanych w nowym ładzie wraz z ich lokatorami. Tamte wydarzenia z lat 80. były heroiczne, obecne dramaty ludzkie są takie przyziemne. Nie nadają się na filmowe hity.

 

Wydanie: 48/2011

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy