Odszedł latarnik świata

Odszedł latarnik świata

Ryszard Kapuściński: Przede wszystkim czuję się tłumaczem. Tyle że nie z języka na język, tylko z kultury na kulturę „Miałem sen. Trzymam w ręku zegarek. Nagle z jego tarczy znikają cyfry, znikają wskazówki. Tarcza wydłuża się, robi się biała. Z wnętrza zegarka wysypują mi się na dłoń kółka, sprężynki, blaszki. Stoję bezradny, w zupełnej pustce”, napisał Ryszard Kapuściński w tomie II „Lapidarium”. Co pomyślał wtedy po przebudzeniu? Już się nie dowiemy. Ale lektura książek tego najwybitniejszego reportera XX i XXI w. pozwoli przez długie lata duchowo obcować z ich autorem. W 2002 r. usiłowałam podążać za myślą Ryszarda Kapuścińskiego, od nowa wczytując się w jego wszystkie książki, ściągnięte z półki. Powstał z tego artykuł w „Przeglądzie”, na który pisarz, siedzący właśnie nad „Podróżami z Herodotem”, zareagował życzliwym liścikiem i pochwałą, że analiza jest wnikliwa. Chciałabym dziś przypomnieć ten tekst, bo ma on poniekąd pieczątkę nieżyjącego już twórcy. To cenna rekomendacja zwłaszcza w tych dniach, gdy wszędzie pełno tekstów o Ryszardzie Kapuścińskim. I tyle osób przypisuje sobie zaszczyt bycia jego przyjacielem. Płyną, płyną słowa… A to przecież Ryszard Kapuściński napisał w „Lapidarium”: „Słowa staniały. Rozmnożyły się, ale straciły na wartości. Są wszędzie. Jest ich za dużo. Mrowią się, kłębią, dręczą jak chmary natarczywych much. Ogłuszają. Tęsknimy więc za ciszą. Za milczeniem”. Ze światem na ty Nie mógł wymyślić pierwszego zdania do „Cesarza”. Udręczony położył się na podłodze w swej pracowni na strychu warszawskiego domu i z tej żabiej perspektywy przypomniał mu się Lulu z Etiopii, który lał, gdzie popadnie. Od likwidowania mokrych plam na butach najjaśniejszego był ścierkowy. Razem z innymi dworzanami opowiadał Ryszardowi Kapuścińskiemu o swej służbie. Reporter podniósł się z podłogi, usiadł przy biurku. Znalazł wreszcie początek książki, która przyniosła mu międzynarodową sławę: „To był piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu. Miał prawo spać w łożu cesarskim”. „Heban” zaczyna się od światła na lotnisku i zapachu wyczuwalnego już na schodach samolotu lądującego w tropiku: „Jest to zapach rozgrzanego ciała i suszących się ryb, psującego się mięsa i pieczonej kasawy, świeżych kwiatów i kisnących wodorostów, słowem wszystkiego, co przyjemne i drażniące, co przyciąga i odpycha, wabi lub budzi odrazę”. Tak mistrz reportażu wchodzi w temat. Pół kartki dziennie – Ja strasznie dużo pracuję nad tekstem – zwierza się studentom dziennikarstwa – żeby napisać jedno własne zdanie, trzeba przeczytać tysiące cudzych. Nim zabrałem się do „Hebanu”, miałem w domu 260 poważnych pozycji o Afryce. Pisze codziennie. Ręcznie, bo wydaje mu się mało prawdopodobne, żeby porządną prozę można było stworzyć na komputerze. – Jeśli uda mi się jednego dnia zapełnić stronę – mówi – uważam, że to był dobry dzień. Najczęściej zapisuje ćwierć albo połowę kartki. Nim usiądzie przy biurku, wyłącza telefon, bo przeszkadza. Codziennie dostaje co najmniej kilkanaście propozycji, żeby przyjechać na spotkanie, np. do Tokio, Strasburga albo do Bydgoszczy. Do tego setki listownych próśb o rekomendację, napisanie wstępu, zrecenzowanie czegoś. – Wstaję o 6 rano – żali się – i nie wiem, za co się brać. Jestem niewolnikiem swojej sytuacji. W terenie nigdy nie posługuje się magnetofonem. Rzadko robi notatki, stara się zapamiętywać fakty. – Kiedy siadam do pisania, najpierw odtwarzam w pamięci kilka lub kilkanaście scen, a potem wszystko wraca do mnie falą; wtedy biorę kartkę, ołówek i zaczynam wynotowywać poszczególne zapamiętane obrazy, następnie bardziej szczegółowo je obmyślam, aż w końcu zaczynam pisać. Właśnie obrazami. W reportażu z Luandy, stolicy Angoli, którą opuszczają Portugalczycy, słychać dźwięk młotków. To koloniści zbijają skrzynie na swój majątek. „Budowa drewnianego miasta skrzyń trwa całymi dniami od świtu do zmierzchu. (…) Nawet dzieci budują skrzynie, na lalki. Stopniowo z nocy na noc miasto kamienne traciło swą wartość na rzecz miasta drewnianego. (…) Potem to drewniane miasto odpłynęło. Odjechali kupcy, strażacy, śmieciarze. Przy życiu trzymały się jeszcze psy. Wreszcie i one wywędrowały. (…) Po wyjściu gromady psów miasto zapadło w ostateczną drętwotę. Postanowiłem wyjechać na front”. Bez komentarza Mistrz plastycznego symbolu. W „Imperium” spostrzega, że ogromną częścią metalurgicznej produkcji ZSRR jest drut

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 05/2007, 2007

Kategorie: Kraj