Ogórek nie chce eskalować

Ogórek nie chce eskalować

Opowiadano mi kiedyś w Belgradzie dowcip. Przychodzi klient do sklepu, z daleka pokazuje coś na półce i mówi: – Poproszę ten akordeon. – Czarnogórcom nie sprzedajemy – odpowiada sprzedawca, nawet nie spoglądając w jego stronę. „Ja cię przechytrzę”, pomyślał klient i następnego dnia pojawił się w tym samym sklepie z tą samą prośbą, tyle że w białej koszuli i marynarce. Zdumiony usłyszał od sprzedawcy to samo, co wczoraj. Nie dał za wygraną i nazajutrz do garnituru dołożył krawat i wodę kolońską. Cały pachnący jeszcze raz poprosił o akordeon i jeszcze raz usłyszał: – Czarnogórcom nie sprzedajemy.

Facet nie wytrzymuje: – Ajde, brate, wsadź sobie ten akordeon w jakieś bolesne miejsce, tylko mi powiedz, po czym poznałeś, że jestem Czarnogórcem?! – Bo to jest kaloryfer – odparł sprzedawca.

Nic mądrzejszego nie przychodzi mi do głowy, kiedy usiłuję sobie wyobrazić, jak może wyglądać scena wypraszania kogoś ze sklepu dzisiaj, to znaczy w czasach, kiedy i u nas, i na Bałkanach pełno jest wszędzie i kaloryferów, i akordeonów, i poprawności politycznej. Puste półki, owszem, kiedyś same wypraszały ludzi. Wystarczała siła perswazji i rzetelna informacja. – Czy jest u pani masło – pytam ekspedientkę delikatesów przy placu Komuny Paryskiej w okresie późnego Gomułki. – Nie, proszę pana – odpowiada uprzejma pani – u mnie nie ma mięsa, masła nie ma w sąsiednim stoisku.

Dzisiaj żaden sklep nie broni się przed klientami. Bywa, że trzeba wyprowadzić złodziejaszka albo pijanemu przypomnieć, że wejście do knajpy jest dwa numery dalej, ale żeby za samą twarz, zmarszczki albo niemodną torebkę zaraz człowiekowi pokazywać drzwi?!

Magdalena Ogórek poskarżyła się publicznie, że ją wyproszono z trzech warszawskich sklepów. Podobno dlatego, że pracuje w Telewizji Polskiej. Nie chcę jej tutaj namawiać do porzucenia tej roboty, bo do następnych wyborów prezydenckich jeszcze bardzo daleko. Ale żeby nie zostać bez zakupów na święta, mogłaby się pani Magda lekko przebrać, przemalować i spróbować jeszcze raz coś kupić, bez uprzedniego komunikowania sprzedawcy o swoim miejscu zatrudnienia. Handlowcy bowiem mogą przekazywać sobie w genach pewną niechęć do „tych z telewizji”, którzy za to, że są z telewizji, oczekują czegoś ekstra i najchętniej za darmo.

Dziennikarz z Poznania zainteresował się incydentem i poprosił panią MO, aby podała adresy sklepów, które zafundowały jej afronty. Odpowiedziała, że nie chce eskalować i nie powie, skąd ją wyproszono. To bardzo szlachetne zachowanie każe jednak publicznie zapytać ją, po jakie licho skarżyła się publicznie, jeżeli nie w intencji ujawnienia zła i napiętnowania „sprawców”.

Na szczęście był jeszcze ciąg dalszy uzasadnienia. Pani MO powiedziała mianowicie, że gdyby ujawniła adresy, pod którymi ją źle potraktowano, nieznani sprawcy zaraz by wytłukli wskazane witryny, a wtedy „Gazeta Wyborcza” napisałaby, że to sprawka prawicy. Jak to dobrze, że pani MO nie umie żyć ciszej i zachowuje się jednakowo donośnie na zakupach i na ekranie. Jej oświadczenie ocaliło Warszawę przed nocą kryształową i zapobiegło wybuchowi wojny TVPiS o handel.

To wszystko nie znaczy, że będzie świąteczny spokój z telewizją. Widzom już nie wystarcza, że pan Samuel Pereira zawiesza pana Ziemowita Piasta Kossakowskiego, albo odwrotnie – Piast zawiesza Samuela za prowokacyjne kłamstwa propagandowe, bo obaj ponoszą odpowiedzialność za tę grandę, jaką były zdjęcia z misji pomocowej w Kurdystanie pokazane jako ilustracja dolce vita strajkujących w Polsce lekarzy rezydentów. Poszkodowanym przychodzi do głowy, że pora się odwinąć.

W tym samym czasie, kiedy nieznani sprzedawcy odmówili obsługi pani Ogórek, zidentyfikowani sprawcy nie zgodzili się na emisję spotu reklamowego książki o Jarosławie Kaczyńskim i Jacku Kurskim. Autor, Roman Giertych, wypowiedział wojnę TVPiS.

Wydanie: 51/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy