Kiedy widzisz ptaszek, nie wolno ci mazurzyć

Kiedy widzisz ptaszek, nie wolno ci mazurzyć

Odkąd nie ma monopolu TVP na transmisje piłkarskie, kibice mają u nas coraz więcej świąt w telewizji. W samym sierpniu, jeszcze przed miesięcznicą, mieliśmy już trzy: Puchar Niemiec, Tarczę Wspólnoty i Superpuchar Europy.

Święto jest już wtedy, kiedy kibic ma wolne od wysłuchiwania personelu sprawozdawczego z Woronicza i Marcina Żewłakowa w roli eksperta. A jeżeli do tego luksusu dołącza się jeszcze wysoki poziom rozgrywek kontraktowanych przez konkurencyjne telewizje, potrzeba naprawdę niewiele, żeby było super.

Widownie na wszystkich trzech stadionach były wypełnione. Przed telewizorami chyba też zrobiło się ciasno, bo kiedy grają Borussia z Bayernem, Arsenal z Chelsea albo Real Madryt z Manchesterem United, kibice nie mają wątpliwości, dokąd się udać w porze meczu.

Nad Wembley świeciło ostre słońce. Równiuteńka linia głębokiego cienia dachu biegła akurat przez środek placu gry od bramki do bramki. Telewizja, która musi sobie poświecić, żeby było widać, co chce pokazać, miała kłopot. Kiedy w ujęciu jest boisko i jeszcze pasek trybun z publicznością, nie ma takiej kamery, która by nie gubiła balansu w pogoni za piłką wrzucaną raz do cienia, raz na słońce. Pokazujesz, co się dzieje w cieniu, słońce ci wypala resztę obrazka, pokazujesz akcję po słonecznej stronie, w cieniu nie widać, kto jest kim.

Wojna realizatora telewizyjnego ze słońcem była naturalną częścią dramaturgii transmitowanego widowiska. Zawodnicy biegali i startowali do piłki, jakby nigdy nic. To odróżnia naszą ligę od angielskiej, bo następnego dnia, kiedy w Polsce Arka grała z Koroną i tylko przez chwilę zaświeciło słońce, od razu było wiadomo, że będzie zero gry i 0:0. Piłkarz zawodowego klubu angielskiego prędzej by spłonął ze wstydu, niżby miał coś zwalić na pogodę.

Mecz o Tarczę Wspólnoty komentowali Marcin Grzywacz i Tomasz Zieliński, ludzie kompetentni i dowcipni. Wiesz, że oni dużo wiedzą, ale mówią tylko tyle, ile wypada. Aż się chce z takimi chodzić na mecze. I z wzajemnością. Oni nie ukrywają, że chcą mieć widza niemal obok siebie, reagującego na sytuacje na boisku i na ich komentarze. Cytują mejle i tweety z wdziękiem, swadą i wielkim pożytkiem dla przekazu.

W tym meczu chyba po raz pierwszy zastosowano system ABBA w konkursie rzutów karnych, trochę na wzór kolejności serwowania w tenisowym tie-breaku. To bardzo dobry wynalazek, podnoszący napięcie na trybunach i przed telewizorami, ale napisać chcę o tym, co się wydarzyło w transmisji. W pewnym momencie do karnego podszedł sławny bramkarz Chelsea Thibaut Courtois i nie trafił. Kopnął piłkę o kilka pięter za wysoko. Sprawozdawcy w takich momentach zwykle mówią o „jęku trybun”. Ale tym razem zawodowy komentarz uprzedziła zacytowana uwaga widza: „Pewnie pomyślał, że wykopuje piątkę”. Uwaga dla tych, którzy słabo znają regulamin gry w piłkę nożną: z piątki, czyli 5 m od własnej bramki, wznawia się grę i najczęściej chodzi o to, żeby piłka poleciała daleko. Nawet dla jednej dowcipnej uwagi opłaca się współpracować z widzami.

Nie poradzili sobie nasi sprawozdawcy z Seadem Kolašincem, nowym nabytkiem Arsenalu. Dzisiaj niemal we wszystkich najlepszych zespołach zawsze gra jakiś Serb, Chorwat lub Bośniak (a jeżeli nie gra, warto zauważyć nawiasem, to drużyna zaczyna dołować jak Legia). Ich słowiańskie nazwiska są niemiłosiernie wykręcane. Rada jest bezpłatna: jeżeli człowiek nazywa się Kolašinac, to odmieniaj jego nazwisko tak, jak odmieniasz Piszczka, a więc Kolašinca, a nie Piszczeka. Ten język tak ma z samogłoską a w takim miejscu, jak nasz język ma z samogłoską e. Obie są ruchome. I jeszcze jedno. Kiedy widzisz ptaszek nad c lub s, mów: cz, sz. Nie wolno ci wtedy mazurzyć, choćbyś to wyniósł z domu. A kiedy nie widzisz ptaszka, nie czadź i nie szadź.

Jak wymawiać Crvena Zvezda, napiszę, kiedy chłopcy z Belgradu zaczną lepiej grać.

Wydanie: 33/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy