Francuski kucharz a sprawa polska

Francuski kucharz a sprawa polska

Umarł Paul Bocuse, o czym doniósł „Time” (nr 4/2018). Tygodnik od zawsze upycha w jednej rubryce świeżo nominowanych, emerytowanych i zmarłych ludzi wielkich albo tylko sławnych, a ja tę pozycję studiuję, żeby sprawdzić, czy w życiu udało mi się chociaż na kroczek zbliżyć do którejś z wielkości spoza naszej zony.

Monsieur Paul był kimś w światowej kuchni, chociaż Amerykanie nazywali go oszczędnie papieżem tylko French cuisine. Przyszedł na świat w rodzinie, która gotowała już 150 lat przed nim. A gotować dla gości bardzo długo znaczyło wstawać przed świtem, wydoić krowy, nakarmić świnie, rozpalić piec (węglowy), zrobić pranie i dopiero do garów. Żył 91 lat, to chyba dobry wiek dla kucharza. On sam kilka lat przed śmiercią policzył, że przeżył ponad 150, bo tyle mu wyszło z podsumowania czasu spędzonego z żoną i… dwiema kochankami.

Minister spraw wewnętrznych napisał, że Paul to Francja. To oddaje różnice w kulturze stołu oraz między jadłospisami Francji i Polski. Polski minister od tych spraw mógłby powiedzieć równie smacznie i patriotycznie wyłącznie o „wyklętym”. Pominę już, jak płaczliwie zachował się prezydent Macron, choć to nie on, ale jego odległy poprzednik, Giscard d’Estaing dekorował kucharza Legią Honorową. Polski amator narciarstwa jest odporny na takie maniery.

I teraz wyobraź sobie, drogi Czytelniku, że Paul Bocuse, wtedy jeden z pionierów ruchu nouvelle cuisine, był w roku 1975 gościem mojego programu „Wszystko za wszystko”. Nawet nie jego głównym bohaterem. Ale oczywiście ukradł show Tadeuszowi Szołdrze, gastronomikowi, inicjatorowi budowy sieci Karczem Słupskich. Szołdra, człowiek skromny, zażyczył sobie (telewizja spełniała trzy życzenia bohatera zamiast wypłacania honorarium za poddanie się publicznym mękom), żeby mu w czasie programu coś własnego podał do jedzenia jakiś mistrz francuski. I stało się.

Pomogły nam linie Air France, w których już chyba wtedy Bocuse był najważniejszym kucharzem. Przyleciał z gotowym daniem, z własnymi garami, talerzami i sztućcami, bo jeszcze się nie urodził ten wiceminister, który dopiero 40 lat później miał oświecić Francuzów, skąd mają widelce. Do pańskiego stołu z Szołdrą oddelegowałem (byłem prezenterem i szefem tego show) z ławy pytających Jacka Maziarskiego, który od zawsze miał bezkonkurencyjną urodę osoby ustrojowo niedożywionej.

W tamtych czasach jeść coś francuskiego przed kamerami telewizji to było bluźnierstwo porównywalne z niewyobrażalnym w TVPiS występem Bukartyka. Ścięliśmy tę wyżerkę w montażu do niezbędnego minimum, aby nie ucierpiała polska duma, a francuski kosmos gastronomiczny nie wydał się zbyt odległy.

Nigdy nie byłem w L’Auberge du Pont w Collonges pod Lyonem, choć dostałem zaproszenie. W studiu telewizyjnym w Warszawie pierwszy raz w życiu miałem w ręku menu (prezent od Paula z jego autografem), w którym nie było cyferek po prawej stronie. Obawiałem się, czy moja miesięczna pensja wystarczy na jeden kieliszek dość podłego (gdyby się znalazło w tej knajpie) wina.

Spełniliśmy kaprys Tadeusza Szołdry z nadzieją, że awansuje on sam i jego Karczmy Słupskie. Chyba powstało ich 10 w kraju i tyle samo w świecie. Warszawska, na Czerniakowie, już pod szyldem Sowa i przyjaciele, zamieniła się w studio nagrań. Chyba wtedy twórca nie wytrzymał i pierwszy raz po śmierci przewrócił się w grobie. Nie wiem, czy w zgodzie z jego szlachetną ideą założycielską przetrwał choć jeden przybytek kuchni polskiej.

Bezustanne wstawanie z kolan wywołuje w narodzie zbiorowy zanik pamięci, do czego poza tym służą człowiekowi nogi. Tymczasem inni używają ich do posuwania się do przodu. Bocuse zbudował markę światową i odszedł jako ojciec dzisiejszego fenomenu telewizyjnego wszelkich show kulinarnych. Namawiał szefów kuchni do budowania prestiżu zawodowego. Mówił, że chociaż Bóg jest już sławny, nie zwalnia proboszcza z obowiązku dzwonienia każdego ranka w kościele.

Wydanie: 7/2018

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy