Okulary mierzą temperaturę

Okulary mierzą temperaturę

Współistniejemy już od ośmiu miesięcy, lada moment stuknie nam rok. Początkowo go lekceważyliśmy, więc później pokazał, na co go naprawdę stać. I nie zamierza zwalniać. Planuje zostać z nami na dłużej, a my wciąż traktujemy go jako tymczasowego intruza, z którym nie wiemy, jak żyć.
Koronawirus przez chwilę zapowiadał się na ambasadora wielkiej zmiany cywilizacyjnej, zwłaszcza w kwestii interakcji międzyludzkich. Na płaszczyźnie społecznej wywołał momentalny spadek zaufania między obywatelami i powrót do utrzymywania relacji z tymi, których dobrze znamy, komu ufamy, kogo poczynania jesteśmy w stanie regularnie śledzić. Ten moment ścisłej izolacji trwał jednak dość krótko. Szybko przypomnieliśmy sobie, że musimy wchodzić w interakcje z innymi ludźmi, zwłaszcza obcymi. Nie przestaniemy przecież chodzić do sklepów, umawiać się na spotkania, podróżować do innych krajów. Problem w tym, że nadal nie wiemy, jak robić to bezpiecznie, a dostępnym orężem w tej walce są przede wszystkim plastik, pleksi i kawałek materiału.
Okres pandemii wywrócił do góry nogami nasze priorytety. Niektóre potrzeby stłumił, inne wytworzył. To ostatnie zjawisko wyraźnie zarysowało się na płaszczyźnie osobistego bezpieczeństwa. Na skalę masową zdani jesteśmy na maseczki, przyłbice czy jednorazowe rękawiczki. Ale sektor osobistych środków ochrony, jak każdy inny element gospodarki kapitalistycznej, różnicuje produkty w zależności od tego, ile kto jest w stanie za nie zapłacić. Dlatego trafne okazało się założenie przyjęte na początku pandemii przez część firm technologicznych, małych start-upów i indywidualnych wynalazców – że bezpieczeństwo dla niektórych może nie mieć ceny. Że będą tacy, którzy zgodzą się wydać pokaźne kwoty, by z wirusem współistnieć bez ryzyka zarażenia, ale przede wszystkim nie rezygnować z indywidualnego stylu życia.
Maseczki z pewnością tego kryterium nie spełniają. Bywa, że utrudniają oddychanie, nie nadają się do ciągłego używania, no i nie zawsze dobrze się w nich wygląda. Co innego okulary. Stylowe, trwałe i zapewniające bezpieczeństwo w niepewnych czasach. Takie połączenie brzmi jak recepta na idealny gadżet i na pewno przyniesie wielomilionowe zyski. Na to przynajmniej liczą właściciele chińskiego (choć działającego też na rynku amerykańskim) start-upu Rokid, producenta pierwszych na świecie okularów z technologią rozszerzonej rzeczywistości (ang. Augmented Reality – AR) i wbudowanymi czytnikami termicznymi. W dużym skrócie to okulary, które zidentyfikują przebywające wokół nas osoby z podwyższoną temperaturą i ostrzegą, że możemy się znajdować w towarzystwie nosicieli wirusa – nie tylko COVID-19, ale także zwykłej grypy.
I choć produkt ten przywodzi na myśl Google Glass, największą porażkę kalifornijskiego giganta, Chińczycy we wprowadzaniu go do szerokiego obrotu mogą mieć lepsze wyniki. Okulary Rokid po raz pierwszy zostały użyte, przynajmniej oficjalnie, 23 marca w mieście Hangzhou na wschodzie kraju. Założyło je dwóch strażników miejskiego parku, którzy w ten sposób mierzyli temperaturę spacerowiczów. Eksperyment okazał się na tyle udany, że wynalazek wszedł do szerszego użycia najpierw w Chinach, a teraz już prawie w 40 krajach. Start-up eksportuje okulary od Singapuru po RPA i od Hiszpanii po Argentynę. Na razie głównymi klientami są prywatne przedsiębiorstwa i administracje publiczne, wykorzystujące je do kontrolowania sytuacji pandemicznej w dużych skupiskach ludzi. Sam Rokid informuje jednak, że pojawiają się pierwsi klienci detaliczni. I nie odstrasza ich nawet cena, od 7 tys. dol. wzwyż za parę.
Dzięki okularom jesteśmy w stanie odizolować się od potencjalnych nosicieli, ale jak zapewnimy innych, że sami nie stanowimy zagrożenia? Na to odpowiedź przygotowała izraelska firma Pangea, która w czerwcu wypuściła na rynek pierwsze cyfrowe „paszporty zdrowotne”. Warto podkreślić, że spółka ma doświadczenie w tworzeniu tego typu rozwiązań, bo na co dzień zaopatruje w oprogramowanie izraelskie (i nie tylko) służby graniczne. Paszport na pierwszy rzut oka wygląda jak skrzyżowanie dowodu osobistego z kartą kredytową. Zawiera zdjęcie właściciela, podstawowe dane osobowe, hologram i chip. Jego odczyt w skanerze umożliwia natychmiastowe połączenie z krajową – a docelowo z międzynarodową – bazą danych o chorobach zakaźnych. Na poziomie walki z pandemią koronawirusa przyda się więc do sprawdzenia, czy osoba próbująca przekroczyć granicę, wejść do kina albo na peron metra nie jest objęta kwarantanną. Przekaże też historię zarażeń i pozwoli na weryfikację, czy właściciel dokumentu spełnia kryteria do podróży międzynarodowych lub uczestnictwa w zgromadzeniach.
Wynalazek Pangei natychmiast wywołał falę krytyki. Zwłaszcza wśród tych, którzy nie należą do fanów udostępniania tak wrażliwych danych. Pangea odpowiada, że to, komu pokazywalibyśmy naszą dokumentację medyczną, i tak zależałoby od nas. Informacje byłyby zapisane na chipie, a nie na stałe załadowane do państwowych baz danych, lecz to tłumaczenie przekonuje niewielu. Szczególnie że trudno wierzyć deklaracjom firmy, która na co dzień jest jednym z głównych dostawców technologicznych izraelskiej armii.
Gadżety mają nam pomóc nie tylko uchronić się przed wirusem, ale również kontynuować życie, jak gdyby wirusa w ogóle nie było. Wrócić do porzuconych aktywności, w tym do zwiedzania. Jak to jednak robić bez kontaktowania się z obcymi ludźmi? Chociażby za pomocą interaktywnego, mówiącego aż w 17 językach, opartego na uczeniu maszynowym przewodnika turystycznego SAHRA.
Na razie został on wyposażony w awatar szatynki i wsadzony do aplikacji na telefony komórkowe. Docelowo, jak piszą jego twórcy, ma „zamieszkać” w samochodach autonomicznych. Dziś można z nim rozmawiać na czacie albo wydawać polecenia głosowe. Podając nasze współrzędne geograficzne, otrzymamy dopasowaną do naszych wymagań trasę, według której możemy zwiedzać największe miasta Europy i Stanów Zjednoczonych. SAHRA może nam też zaplanować posiłek, w zależności od tego, na jakie jedzenie mamy ochotę. I to wszystko bez konieczności wchodzenia do lokali, pytania przechodniów o drogę czy nawet wielokrotnego dotykania własnego telefonu.
Wszystkie te rozwiązania są jednak albo wciąż bardzo kosztowne, albo dotyczą jedynie wycinka rzeczywistości. A co z tymi, którzy nie kupią kosztujących fortunę okularów ani nie zamierzają wrócić do regularnego latania międzynarodowego? Ich też czeka zmiana, choć innej natury. Patrząc bowiem na problem globalnie, pandemia znacznie przyśpieszyła rozwój tych technologii, które ograniczają kontakty międzyludzkie. Coś, co do tej pory było często jedynie fanaberią albo luksusowym udogodnieniem, teraz wejdzie do powszechnego użytku. I nie mówimy tu tylko o płatnościach zbliżeniowych, ale też o bezdotykowych meldunkach w hotelach, skanowaniu biletów na pociąg, rejestrowaniu się do urzędów za pomocą aplikacji czy odbieraniu listów przez czytniki kodów QR.
Jakie będzie to miało konsekwencje dla naszego życia społecznego? Trudno jeszcze je oszacować, ale widać, jaką rolę odegrała w tym wszystkim pandemia. Wbrew początkowym nadziejom i przewidywaniom nie stała się bodźcem do wielkiej zmiany. Była raczej przyśpieszaczem i tak nieuchronnych zmian czy procesów. Podobnie jest w technologii – coraz więcej spersonalizowanych rozwiązań, podłączających nas na stałe do baz danych i sieci kontaktów, redukuje do minimum konieczność stykania się z innymi. Od dawna i tak częściej gadamy do ekranów niż do ludzi na żywo. Co gorsza, wraz z przyjściem wirusa zyskaliśmy do tego bardzo dobrą wymówkę.

Wydanie: 37/2020

Kategorie: Nowe Technologie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy