Osioł i słoń

Dopóki Bill Clinton piastował urząd prezydenta USA, musiał w dużej mierze ukrywać swoją inteligencję. Teraz, kiedy przemawiał na zebraniu mającym poprzeć prezydencką kandydaturę Kerry’ego, już sobie nie nakładał takich powściągów. Słyszałem to przemówienie i bodaj po raz pierwszy zrozumiałem, że umysł lotny i wybitny nie jest wartością oczekiwaną przez wielkie rzesze amerykańskich wyborców. Kandydat partii demokratycznej jest w samej rzeczy inteligentny, zna języki obce i z trudnością przychodzi mu składanie obietnic politycznych, które nie są w jego przekonaniu do spełnienia. Stary i wytrawny publicysta konserwatystów, William Safire, pragnąc pogrążyć Kerry’ego w oczach Amerykanów, poświęcił mu artykuł, w którym dowodził, że ten człowiek potrafi się wahać, że może zmieniać zdanie, czyli że pracuje głową po to, aby w konkretnej trudnej sytuacji znaleźć najlepsze rozwiązanie. Dziennikarz republikański uważa bowiem za sprawę oczywistą, że rozważanie niełatwych dylematów, przed jakimi stoją Stany Zjednoczone, nie jest i nie może być korzystne z punktu widzenia imperialnych interesów. Gdyż prezydent nie powinien się zachowywać jak kierowca samochodu na trudnym torze przeszkód, lecz raczej jak prowadzący czołg albo transporter opancerzony.
Prawdopodobnie przeciętny obywatel USA nie potrafiłby tak prostodusznie określić swoich predylekcji wobec osoby przyszłego przywódcy kraju. Jednakże to, co zachodzi w umysłach milionów wyborców, daje się odczytać obecnie, na kwartał przed elekcją, z wyników badań opinii publicznej. Amerykanie już znielubili Busha, ale nie jest to równoznaczne z uznaniem walorów jego kontrkandydata. Czołg nie może prześcignąć sprawnego auta, jednak może je strącić z drogi. Dlatego nasilająca się rywalizacja obu pretendentów wciąż jeszcze nie pozwala stwierdzić, który z nich zwycięży w listopadzie. Obecny prezydent poważnie zaszkodził zagranicznym interesom Stanów Zjednoczonych. Jest on powszechnie uznawany za polityka, który wykopał głęboki rów między Starym i Nowym Światem. Zamiast uśmierzać muzułmańskie animozje wobec „Wielkiego Szatana”, przyczynił się do ich rozpalenia. Atak na Saddama Husajna okazał się pochopny i słabo uzasadniony. Ameryka jest jednak tak wielkim krajem, że decydujące pozostają kwestie polityki wewnętrznej. Przedwyborcza gorączka, jaka rozpala teraz społeczeństwo USA, robi na europejskim widzu wrażenie dziwacznego przedstawienia, w którym istotne treści zagłusza nieustanna wrzawa. Trzeba jednak pamiętać, że od tego, kto będzie stał u sterów państwa amerykańskiego, zależą losy całego świata.

Wydanie: 33/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy