Ostatni film Robina Williamsa

Ostatni film Robina Williamsa

Film nakręcił pan w scenerii świata po apokalipsie. Gdzie znalazł pan takie plenery?

– Miejsca wybrane na plan filmowy były w całości zniszczone przez huragan Katrina. Nie tyle więc kręciliśmy postapokaliptyczną rzeczywistość, ile poruszaliśmy się w postapokaliptycznej scenerii. To był bardzo prawdziwy świat.

Skąd pomysł na przedstawienie współczesnego świata jako świata po apokalipsie?

– Jestem przerażony tym, że apokalipsa może się dokonywać na naszych oczach. A my jej nie dostrzegamy, bo tak bardzo jesteśmy zajęci tym, co się dzieje w naszym życiu, małymi, przyziemnymi problemami. Nie jest normalne, że ludzie, którzy wracają z wojny, nie potrafią się od niej uwolnić. Ona ich naznacza już na zawsze. Niby wracają z pola walki do bezpiecznej przystani domu, a i tak nie potrafią przestać szukać sobie wrogów. To się udziela reszcie społeczeństwa, która także zaczyna patrzeć podejrzliwie na innych. Boi się ufać, woli nabierać dystansu. Proszę zwrócić uwagę, że od czasu inwazji na Afganistan i Irak zarówno USA, jak i państwa sprzymierzone, które włączyły się w konflikt, bardzo mocno się zradykalizowały. Dziś w Europie i Ameryce wzrastają nastroje nacjonalistyczne, co widać też było w Polsce podczas ostatnich wyborów. Skutków tego szukałbym właśnie w trwającym ponad dekadę konflikcie.

Film nakręcił pan w niecodzienny sposób, z użyciem kamer przemysłowych. Czasami ma się wrażenie oglądania reality show, w którym bohater bierze udział.

– Uwielbiam programy reality show typu „Big Brother”. One pokazują, jak człowiek powoli zdejmuje maskę. Na początku udaje kogoś, kim nie jest, by wreszcie się poddać. Tak samo jest na wojnie. Najpierw udajemy cwaniaków i odważnych, by w końcu przyznać się przed sobą i przed innymi, że cholernie się boimy. Filmy też są najciekawsze wtedy, kiedy potrafią zajrzeć w głąb człowieka, pod jego maskę. Powstają wówczas takie arcydzieła jak „Cinema Paradiso”, w którym miłość do kina jest szczera, naiwna, prawdziwa i nieudawana.

Jednak filmy, które pan tworzy, są nie o zdejmowaniu masek, tylko o zaprzeczaniu – tak jest i w „Bulwarze”, w którym bohater zaprzecza swojemu homoseksualizmowi, i w „Man Down”, w którym zaprzecza rzeczywistości.

– W moim odczuciu życie tak właśnie wygląda. Nie chcemy albo nie umiemy się przyznać do pewnych kwestii. Ma to związek z kryzysem komunikacji – nie umiemy rozmawiać ani z innymi, ani nawet sami ze sobą. A mimo to w tych bohaterach można odkryć piękno. W „Bulwarze” uwiódł mnie scenariusz, który napisał 75-letni mężczyzna. Kiedy go czytałem, nie opuszczało mnie przeświadczenie, że obcuję z czymś pięknym i szczerym. Podobnie było na planie. Robienie filmu to zawsze dziwne przeżycie. Łączysz się z ludźmi na trzy miesiące, spędzacie ze sobą dzień za dniem. Zbliżacie się do siebie, tworzycie społeczność, może nawet rodzinę. Ale po trzech miesiącach rozchodzicie się. Każdy trafia do nowej społeczności, z którą kręci kolejny film, i tam ten proces się powtarza. Ma się więc wrażenie pewnego rozpadu. Kiedy się dowiedziałem, że Robin nie żyje, nie mogłem tego zaakceptować. Cały czas wydawało mi się, że on jest teraz po prostu z inną społecznością, z inną ekipą, kręci inny film.

Co tak urzekło pana w scenariuszu „Bulwaru”?

– Kiedy go czytałem, w pierwszej kolejności myślałem o rozwodzie moich rodziców w latach 70. Cały czas pytałem wtedy mamę o to, co zamierza teraz zrobić, jak chce sobie poradzić. A ona zawsze odpowiadała, że to jeszcze nie koniec. I to doświadczenie chciałem przełożyć na mój film, tę pewność, że jeszcze wszystko przed nami. Kontrą do tego myślenia jest „Man Down”, gdzie – jak się wydaje – wszystko jest już za bohaterem, na wszystko jest już za późno.

Strony: 1 2

Wydanie: 20/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy