Powrót Lutka Danielaka

Powrót Lutka Danielaka

„Wodzirej” Feliksa Falka w warszawskiej Imce

Nie jestem pewien, czy to jest wycieczka do PRL. Na pewno nie jest to wycieczka nostalgiczna, z tęsknoty za czasem minionym czy rajem utraconym. Ale też nie jest to łatwa wycieczka prześmiewcza, by wystawić na widok publiczny raz jeszcze rozmaite absurdy tzw. minionej epoki. Niby ten spektakl odwołuje się do przeszłości, do PRL, ale jednocześnie wygląda na nieźle zakorzeniony we współczesności. Przedstawienie w Imce nie jest bezpośrednią adaptacją scenariusza filmowego, a jedynie korzysta z filmu jako inspiracji. Nie jest też próbą odtworzenia na podstawie tego scenariusza rzeczywistości minionej ani przepisaniem dramatu Falka, czyli przełożeniem na współczesne realia. Remigiusza Brzyka najwyraźniej interesuje nie krytyka współczesnego show-biznesu, ale opowieść o mechanizmie kariery za wszelką cenę, tocząca się między czasem minionym a współczesnością, z wyraźną przewagą czasu teraźniejszego, skoro mowa tu o laptopach, e-bookach, online’ach, komórkach, słowem o dzisiejszym oprzyrządowaniu biur, przy czym jako jedyny ślad tej nowoczesności na scenie zagrają ścinki z niszczarki do dokumentów – w dekoracjach dominuje umowność.
Przekład „Wodzireja” udał się nad podziw dzięki zastosowaniu kombinacji dwóch kluczy adaptacyjnych: uniwersalnego i partykularnego. Uniwersalnym okazał się Szekspirowski „Makbet”, tylko napomykany, sugerowany, aluzyjnie cytowany – w spektaklu pojawiają się trzej kusiciele, niczym wiedźmy z dramatu Szekspira snujący przed Lutkiem Danielakiem wizję jego sukcesów, jeśli stanie się Michałem Aniołem swojego losu, a z siebie samego uczyni rzeźbę swego życia – Dawida. Ich przepowiednie obracają się wniwecz jak u Szekspira, a jedną z tych „wiedźm” okaże się na moment kolega fotograf w okamgnieniu przeistaczający się w nawiedzonego wieszczka. Wysoki to może próg, ale pragnienie równie silne: i Makbet, i Lutek mają na widoku cel. Klucz partykularny to z kolei mnożące się poradniki kariery, jakich pełno dziś w każdej księgarni, zwłaszcza amerykańskie, roztaczające przed czytelnikami kuszące wizje osiągnięcia celu i proponujące sposoby (czyli tzw. know-how) dojścia do niego. Brzyk wyszydził ten typ poradnictwa, ukazując, jak złudne bywają miraże sukcesu.
Droga bohatera do sukcesu wraz z kolejnymi stacjami matactwa, podstępu, donosu, uległości, lizusostwa, kupczenia własnym ciałem i stręczenia usług seksualnych ukazana została nader wyraziście – w dużej mierze to zasługa Wojciecha Błacha, który grając Danielaka, unaocznił stadia swego rodzaju infekcji sukcesem. Najpierw pojawia się pokusa, mglista możliwość odmiany losu, potem rodzi się natręctwo myśli, od których już tylko krok do czynów, początkowo z pozycji proszącego, potem jednak coraz wyraźniej z pozycji myśliwego polującego na konkurentów.
Mocną stroną spektaklu okazała się ucieczka od dosłowności, od małego realizmu, w stronę prezentacji, skrótu, etykiety zastępczej. Oto zamiast drążka do ćwiczeń baletowych wystarczy ruch kredą i biała linia, aby powstało wyobrażenie sali tańca. I tak na każdym kroku: zwroty wprost do publiczności, prestidigitatorska przemiana z postaci w postać – jedynie Błach nie zmienia roli, choć rola najwyraźniej zmienia Danielaka, pozostali wykonawcy grają po kilka różnych ról, zaznaczając postacie wyrazistymi kreskami.
Świetny start projektu PRL, który Tomasz Karolak zamierza kontynuować w Imce, przedstawiając jeszcze w tym sezonie dwie kolejne premiery: „Generała”, rzecz osnutą wokół biografii gen. Jaruzelskiego, i „Polaka kosmonautę”, powstający jeszcze utwór Michała Walczaka na temat pierwszego polskiego kosmonauty, Mirosława Hermaszewskiego. Już teraz widać, że wycieczka do PRL jest nie tyle wycieczką w przeszłość, ile wycieczką w głąb, czyli w te same moralne ruchome piaski, przez które brnęliśmy w przeszłości i brniemy nadal, choć w innych okolicznościach.
Kiedy na koniec teatralnej wersji „Wodzireja” okazuje się, że balu nie będzie, bo imprezy kulturalne zostały odwołane, jest przecież grudzień roku pamiętnego 1981, zbliża się stan wojenny, i wszystkie zaprzaństwa Lutka poszły w gwizdek, to tak naprawdę jedyny moment, kiedy pojawia się tu jakiś znak z przeszłości. Na dobrą sprawę nie musiałby to być wcale rok 1981, ale jedna z naszych licznych żałob narodowych, a i wtedy Lutkowi kariera przeszłaby koło nosa. Odwołanie imprezy w „Wodzireju” Brzyka pełni taką samą funkcję jak przybycie wysłannika księcia w Molierowskim „Świętoszku”. U Moliera karę gorszycielowi wyznaczał władca, u Brzyka – szara rzeczywistość, która bierze słodki odwet na burzycielach ładu moralnego. Brzyk okazuje się idealistą, choć ironicznym.


„Wodzirej”, spektakl na podstawie scenariusza Feliksa Falka, reżyseria Remigiusz Brzyk, dramaturgia i adaptacja Tomasz Śpiewak, muzyka i opracowanie muzyczne Jacek Grudzień, scenografia Anna Maria Karczmarska, Teatr Imka, Warszawa, premiera 19 marca 2011

Wydanie: 13/2011

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy