„Miłość” bez sentymentu – rozmowa z Michaelem Hanekem

„Miłość” bez sentymentu – rozmowa z Michaelem Hanekem

Dzięki nagrodom wzrasta popularność artysty i w efekcie poprawiają się warunki pracy przy następnym filmie

Michael Haneke – (ur. w 1942 r. w Monachium) reżyser; filmem zajął się dopiero w wieku 47 lat, wcześniej studiował teatrologię, filozofię i psychologię, pracował jako dramaturg w niemieckim radiu, był też scenarzystą w telewizji. W teatrze miejskim w Baden-Baden zadebiutował jako reżyser teatralny sztuką Marguerite Duras. „Siódmym kontynentem” w 1989 r. rozpoczął trylogię „Zlodowacenie emocji” i zaczął karierę reżysera filmowego. Jego motto brzmi: „Wszelkie formy przemocy i terroryzmu pochodzą z tego samego źródła”. Po 35 latach przerwy, w 1997 r., pojawił się w Cannes z szokującym przemocą „Funny Games” jako przedstawiciel kina austriackiego. Za ekranizację „Pianistki” Elfriede Jelinek otrzymał na tym festiwalu główną nagrodę jury w 2001 r., a za „Ukryte“ ze wspaniałą rolą Juliette Binoche w 2005 r. – za reżyserię. Pierwszą Złotą Palmę dostał zaś za „Białą wstążkę”. We Francji za filmowe „poszukiwania prawdy” został komandorem Orderu Sztuki i Literatury. Ostatnie filmy produkuje w większości za pieniądze francuskie. Po wyróżnieniu Złotą Palmą za „Miłość” „historycznej zasługi” gratulował Hanekemu kanclerz Austrii Werner Faymann, austriacka minister kultury Claudia Schmied podkreślała zaś, że to „zasłużona nagroda” dla „nonkonformisty”. Artysta zwrócił uwagę, że na pokazach byli ministrowie kultury Niemiec i nowego rządu Francji, ale austriacka minister się nie pojawiła. Dziwi się mówieniu o „austrofilmie” i wielkiej sile kina austriackiego, skoro państwo tak mało na to kino łoży. Minister kultury próbowała się zrehabilitować, zapraszając Hanekego tuż po powrocie z Cannes na przyjęcie i rozmowę.

Rozmawia Beata Dżon

Tematyka pańskiego filmu nie jest lekkim tworzywem – choroba, śmierć…
– Ostrzegano mnie, że ten temat to tabu. Wystarczy jednak pooglądać telewizję, by dostrzec, że w ostatnich latach często do niego się sięga. Jeśliby więc nie było widzów, takie tematy natychmiast zostałyby wykreślone z ramówki. W kinie także ta tematyka pojawiała się wielokrotnie.
„Miłość” jest daleka od sentymentalizmu.
– To zawsze kwestia jakości, powagi, z jaką do czegoś się podchodzi. Dla mnie to wielki i ważny temat, który musi być traktowany na odpowiednim poziomie. W podejmowaniu tematyki śmierci zawsze może się pojawić kicz czy banał. Staraliśmy się uniknąć sentymentalizmu tak dalece, jak się dało.
W jaki sposób taka tematyka pojawiła się w kręgu pana zainteresowań?
– Jak w niemal każdej rodzinie również w mojej były przypadki, które wiązały się z tą tematyką. Spotkało to mnie osobiście, a także osoby, które kochałem, i stało się impulsem do tego filmu. To poczucie wstrząsu, kiedy zostaje się porażonym albo utrąconym chorobą, traktowane jest często jak punkt wyjścia do wypowiedzi artystycznej.
Czy ma to posłużyć także przezwyciężeniu własnych lęków?
– To byłaby nadinterpretacja. Można tak powiedzieć w tym sensie, że każdy film jest określonym sposobem radzenia sobie z lękami, tak samo jak każde dzieło pisarza. Ale dla mnie z pewnością nie był to bezpośredni cel.

Scenariusz dla dwóch aktorów

Myślał pan o konkretnych aktorach, przygotowując scenariusz?
– Pisałem go dla Jeana-Louisa Trintignanta, Emmanuelle Rivę zaś znałem z młodości, z jej roli w filmie „Hiroszima, moja miłość”, ale potem straciłem ją z oczu. Ogłosiłem zwykły casting dla kobiet w tym wieku i ona od początku była moją faworytką.
Widz stawia sobie pytanie, czy tak jak w przypadku bohatera cierpienie ukochanej osoby przygotowuje go do ostatecznego momentu, do odejścia. Co pan by odpowiedział?
– Nic nie odpowiem! Sens filmu zakłada, żeby widza pozostawić z tym pytaniem. Jeśli autor dostarczyłby instrukcję obsługi, byłoby to bezproduktywne.
Z czym zatem zostaną widzowie pana filmu, z lękiem czy z nadzieją?
– W całej sprawie nie chodziło o wywoływanie większego lęku, ale o efekt pocieszenia. W obliczu jakiejś tragedii pocieszające jest to – nieważne, czy w książce czy w kinie – że ma się poczucie, iż ze swoimi problemami nie pozostaje się całkiem samemu. Można doświadczyć tego, że innym przytrafia się dokładnie to samo. Wiele osób dziękowało mi, ponieważ znają tę tematykę z historii własnej rodziny. Mówiono mi wręcz, że to tak, jakby film był zrobiony w konkretnej rodzinie. Ktoś inny był poruszony, bo to mogliby być jego rodzice czy dziadkowie.
Czy od początku było jasne, że historia będzie się rozgrywać w środowisku mieszczańskim?
– Tak, zresztą to środowisko jest mi najlepiej znane. Aby uzyskać odpowiednie tło i lepszą atmosferę, postarałem się o odtworzenie mieszkania moich rodziców. Poza tym świadomie nie chciałem robić dramatu społecznego, epatować problemami społecznymi, chociaż to mogłoby się dziać w każdej grupie. Jeśliby chodziło tylko o to, że ktoś nie może sobie pozwolić na pielęgniarkę, odwracałoby to uwagę od głównego problemu. Łatwo można by rzec, że „gdyby nas było stać na opiekę, starość byłaby o wiele lżejsza”. Tego chciałem uniknąć. Ludzki dramat pozostaje, nawet bez finansowych i społecznych niedostatków.

Miłość, muzyka, Palma

A tytuł „Miłość”? Pojęcie miłości tanieje i jest nadużywane…
– Z pewnością nie użyłbym takiego tytułu w zwykłej opowieści o miłości, ale można to zrobić, kiedy istnieje tragiczny kontekst. Poza tym pomysł pochodzi od Jeana-Louisa Trintignanta. Po przeczytaniu scenariusza stwierdził, że skoro historia jest tak przepełniona miłością, dlaczego film nie miałby nosić takiego tytułu. Tym samym długie poszukiwania zakończyły się sukcesem.
Bardzo oszczędnie używa pan muzyki w filmach.
– Zbyt kocham muzykę i nie chcę nią przykrywać moich błędów, jak to przeważnie dzieje się w kinie. Muzyka pojawia się w realistycznym filmie wtedy, kiedy płynie z radia albo ktoś gra na instrumencie. Muzyka gra wielką rolę w moich filmach, dlatego że mam do niej wielki szacunek. Mój teść był dyrygentem i kompozytorem.
Czy Złota Palma coś zmieni?
– Nie biegam wkoło z Palmą w ręku i nie chwalę się nią. W przypadku takich nagród ważne jest to, że dzięki nim wzrasta popularność artysty i w efekcie poprawiają się warunki pracy przy następnym filmie. Moja pierwsza Złota Palma leży w opakowaniu pod jednym z głośników, druga zapewne trafi pod drugi, dla równowagi.

Wydanie: 23/2012

Kategorie: Kultura
Tagi: Beata Dżon

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy