Młot na czarownice

Młot na czarownice

Jak Monika Strzępka zagroziła polskiej kulturze

Monika Strzępka nie jest już urzędującą dyrektorką Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy. W czynnościach zawiesił ją wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł.

Czyżby jej pierwsza w życiu praca na etacie miała się skończyć po niecałych dwóch miesiącach? Mimo że komisja konkursowa to ją wybrała na dyrektorkę Teatru Dramatycznego, a wybór ten zatwierdził prezydent m.st. Warszawy, któremu ten teatr podlega, wojewoda w trybie tzw. rozstrzygnięcia nadzorczego postanowił unieważnić decyzję prezydenta. Na pozór ze względu na uchybienia w stosunku do założeń konkursu, których – jak się okazało – pan wojewoda jest nieustraszonym strażnikiem. Na pozór, bo w sążnistym uzasadnieniu, rozpisanym na 26 punktów i osiem stron, wojewoda dał upust nieujawnianej wcześniej pasji krytyka teatralnego i moralisty, poddając ocenie zarówno twórczość Moniki Strzępki, jak i jej osobę, której dalsze trwanie na posadzie w Dramatycznym zagraża w jego mniemaniu ciągłości polskiej kultury. Tak wynika z wywodów mających uzasadniać powziętą decyzję, które skupiają się na ustawionej w teatrze rzeźbie Złotej Waginy, uznanej za dowód rozpasanej rozwiązłości i kto tam czego jeszcze chce.

Rzeźba w rzeczy samej stanęła w galerii Dramatycznego podczas happeningu towarzyszącego intronizacji Moniki Strzępki na dyrektorski fotel, co pan wojewoda potraktował ze śmiertelną powagą jako zagrożenie i atak na podstawowe wartości, a co równie dobrze można uznawać za część ludycznych obchodów bezprecedensowego wydarzenia, czyli objęcia dyrekcji w Dramatycznym przez kobietę.

Interwencja wojewody w gruncie rzeczy osadzona jest w instrumentalnym traktowaniu twórców kultury. Powinni oni podporządkować się kościelno-partyjnym wyobrażeniom PiS o tym, jak ma wyglądać kultura wolna od lewactwa, LGBT i feminizmu, największych koszmarów nękających samorzutnych strażników moralności. Stąd zapewne ten bezwzględny atak na nową dyrektorkę, która nie kryła i nie kryje lewicowych, feministycznych poglądów, choć jeszcze w Teatrze Dramatycznym nie zdołała wiele zdziałać. Pierwszą premierę, „Mój rok relaksu i odpoczynku” w reżyserii Katarzyny Minkowskiej, przygotowywaną pod jej dyrekcją zaplanowano na 8 grudnia.

Ktoś, kto nie zna twórczości Moniki Strzępki, a przeczytałby uzasadnienie decyzji wojewody, mógłby dojść do wniosku, że to jakaś niedowarzona debiutantka bez dorobku, która dziwnym splotem okoliczności znalazła się na niewłaściwym miejscu. Tymczasem Strzępka należy do czołowych polskich reżyserek teatralnych. Jej pozycję zawodową potwierdzają dziesiątki nagród przyznawanych przez festiwalowych jurorów, publiczność i dziennikarzy (często otrzymywała je w duecie z Pawłem Demirskim). Tak jest niemal od 20 lat, kiedy ukończyła studia na Wydziale Reżyserii Dramatu w Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie. Debiutowała w Teatrze Polskim w Bydgoszczy dramatem Anny Bednarskiej „Z twarzą przy ścianie” (2004). Potem spróbowała z sukcesem pracy nad monodramem szekspirowskim Krzysztofa Gordona „Szeks Show presents; Yorick, czyli wyznania błazna” według scenariusza Andrzeja Żurowskiego w Teatrze Wybrzeże. Wkrótce stworzyła artystyczny tandem z Pawłem Demirskim (jej życiowym partnerem) i duet ten zasłynął spektaklem „Dziady. Ekshumacja” według Adama Mickiewicza (Teatr Polski we Wrocławiu), a potem m.in. „Niech żyje wojna!!!” (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu) czy „W imię Jakuba S.” (Teatr Dramatyczny w Warszawie, Laur Konrada na festiwalu Interpretacje, 2013), który był pierwszym warszawskim sukcesem Strzępki i Demirskiego, odniesionym na deskach teatru, którym właśnie teraz zaczęła kierować.

To anarchiczny spektakl, nikogo nie sławił ani do niczego nie wzywał, a jednak podszyty był tęsknotą za zmianą. Powstał z gniewu, a przynajmniej niezgody na takie czytanie naszej tożsamości, do jakiego nawykowo i bezrefleksyjnie przywykliśmy, uczeni pokoleniami, że ród polski ze szlachty się wiedzie, że wszyscyśmy z dworków tonących w zieleni wśród pól malowanych zbożem rozmaitem, a potem z bohaterów wysadzonych z siodła, którzy po powstańczych klęskach (acz moralnych zwycięstwach) pielęgnowali polskie cnoty. Czy tak, jak jest, musi być? – pytali artyści, ale nie mówili, jak być powinno. Dość, że stawiali pytania żywe i najwyraźniej na ustach młodych, którzy na spektakl w Dramatycznym przybywali licznie, pożerając go oczami i uszami.

Ale po tym sukcesie Strzępka i Demirski długo miejsca w Warszawie nie zagrzali. Pracowali w całej Polsce, w najważniejszych teatrach, by wspomnieć tylko o Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. W Warszawie pojawili się znów po kilku latach w Teatrze Polskim, gdzie wzbudzili sensację adaptacją powieści Szczepana Twardocha „Król” (2018), a potem przygotowali spektakl „M.G.” w tym samym teatrze (2021). Dokonywanie z pomocą figury Magdy Gessler (Eliza Borowska) lustracji Polski prowincjonalnej okazało się doskonałym sposobem na ujawnienie naszych niedoczynności i braków, którym nawet pełna dobrej woli Matka Boska (Grażyna Barszczewska) nie zdoła zapobiec.

Krytykom Strzępka i Demirski na ogół się podobali, władzy raczej nie, zwłaszcza PiS, skoro z plakatu „M.G.” musiał zniknąć na życzenie ministerstwa znak poświadczający współfinansowanie teatru.

Czyli, jakkolwiek by Strzępkę oceniać, nie można jej dorobku tak bezczelnie lekceważyć, jak to robi wojewoda Radziwiłł.

Tego jeszcze w Polsce nie było. Po raz pierwszy przedstawiciel premiera (wojewoda) zdejmuje dyrektora powołanego przez prezydenta miasta. To oczywiste wkroczenie na pole cudzych kompetencji. Władza państwowa uderzyła w nowy klawisz na klawiaturze restrykcji dotykających niewygodnych artystów. Do tej pory swoje zapędy cenzorskie ograniczała do połajanek w dyspozycyjnych środkach przekazu i do wstrzymywania funduszy na niemiłe jej wyjazdy festiwalowe albo dotacji na nielubiane spektakle czy projekty. Sankcje personalne wymuszała wtedy, kiedy instytucje bezpośrednio albo pośrednio podlegały ministrowi. Tym razem użyto instrumentu bardziej wyrafinowanego, a przez to bardziej wątpliwego pod względem prawnym, mianowicie tzw. nadzoru nad przestrzeganiem prawa. Bardzo niebezpieczny precedens. Od rychłego (mam nadzieję) rozstrzygnięcia sporu kompetencyjnego między wojewodą i prezydentem stolicy zależy w dużej mierze przyszłość siły sprawczej samorządów. Jeśli sąd administracyjny postanowienie wojewody uzna za zgodne z literą prawa, niezależność samorządów będzie iluzoryczna, a droga do woluntarystycznej interpretacji przepisów stanie otworem. Kij ma dwa końce – jeden to cenzorska laga na kulturę, a drugi to kańczug na samorządy.

Na koniec warto przypomnieć, że nie wszystkich decyzja komisji konkursowej o wyborze kandydatury Moniki Strzępki na dyrektorkę Dramatycznego ucieszyła. I mam tu na myśli nie władzę, ale środowisko teatralne. To zupełnie normalne – jeśli artysta nie ma zwolenników, ale i przeciwników, taki stan zawsze wydaje się niepokojący. Kiedy jednak czytam, że niektórzy koledzy wyrażają niemal satysfakcję z powodu decyzji wojewody, a jedynie trochę marudzą, że to nie on powinien ją podjąć, czuję się nieswojo. Inna rzecz spory o kształt programowy teatru i rozmaite w tej materii opinie, które każdemu przysługują, a inna – solidarność z decyzjami, które dyskusję uniemożliwiają.

Na tym tle godna podziwu jest powściągliwa postawa Moniki Strzępki. Reżyserka na zadawane jej pytania, co zamierza robić, odpowiada: „Bardzo zależy mi na tym, by nie działać reaktywnie. Nie zamierzam brać udziału w żadnej wojnie”. W oświadczeniu napisała, że nie godzi się „na ciągłe próby zarządzania naszym społeczeństwem przez konflikt i na obejmujący wszystko język wojny”. Na razie sposobi się do premiery, już 8 grudnia. Też się wybieram.

A wojewodzie dedykuję cytowany przez niego fragment tekstu Marii Peszek, którym tak się zatrwożył: „Czarownice, chodźcie krzyczeć. Nasze jest miasto, nasze są ulice / Viva la vulva, wiwat błyskawica!”.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 50/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy