Ostatni wyjazd furmanów

Ostatni wyjazd furmanów

Czy IPN zrzuci z pomnika Rajsa „Burego”, sprawcę mordu 80 Białorusinów?

W zniszczonych rękach okutanych po nos kobiet bieleją wykrochmalone chusteczki z kordonkowym obrębkiem. Widoczne nawet spod chóru, wędrują do oczu przy każdym trzykrotnym powtórzeniu znaku krzyża. To słowa cerkiewnego prypiewu: „Molu Tiebia, Spasitiel moj” budzą taką żałość, przypominają, w jakiej intencji dzisiejsza liturgia: przyszły pomodlić się za dusze swych mężów, braci i ojców – tzw. furmanów, zamordowanych w podobnie mroźny poranek 57 lat temu.
– Hospodi pomiłuj, Hospodi prosti / Pomohi mnie Boże, krest mój doniesti – śpiewa na koniec batiuszka. I prowadzi żałobnice na cmentarz, gdzie przed usypanym kurhanem stoi pomnik zamordowanych. Usłyszą tam, że to byli męczennicy za prawosławną wiarę.

Mają to przed oczami

Walentyna Kiersnowska, córka Teodora Jakimiuka z Podrzeczan, miała w 1946 r. pięć lat. – Pomniu moho baćkę, tatę znaczy się – zaczyna mieszaniną białoruskiego i rosyjskiego, ale widząc, że trudno mi zrozumieć, przechodzi na polski – jak podcina gniadego po wyjeździe z podwórka. Miał odrobić w puszczy szarwark – wójt mówił, że drewno potrzebne do pieców w gminie i w szkole. Z ich wsi pojechało więcej chłopów. Jeden wrócił nazajutrz – wystraszony, powiedział tylko tyle, że tamtych, z dobrymi końmi, zabrali do puszczy pulśkije partyzany, szto to inszoj Polszczy chotiły. Jego nie chcieli, bo stara chabeta okulała po drodze.
Zrazu nikt we wsi nie podejrzewał, że mogło stać się coś strasznego. – W wojnu prychodyły tut partyzany, ruskije, wony ono jedlo brali, my wsim dawali, a jak inaksz? Kiersnowska wspomina: – Mijały miesiące, a mama ciągle wierzyła, że wymodli powrót ojca. Nieraz w nocy budziła dzieci: „Wstańcie, tata przyjechał”. Wypychała ich bosych, zaspanych do sieni. Nasłuchiwali. Nikogo za drzwiami, tylko pies gdzieś ujada.
Przyszła wiosna, trzeba orać, a w domu ani chłopa, ani konia. Jakimiukowa prosiła w gminie o pomoc w pobudowaniu się bliżej własnego pola, bo za Niemca musieli uciekać z gospodarstwa, które leżało na kolonii. Tam wszystko się spaliło. – Oj tiazko było. Nichto nam ne dopomuh pudniatysia z toj bidy. Młoda kobieta z czworgiem drobiazgu rozebrała na części niezamieszkaną starą chałupę na wsi i przez całe lato, deskę po desce, przeniosła ją w rękach na ojcowiznę.
Józefowi Antoniukowi ludzie „Burego” zabili matkę. Zanie, jego rodzinna wieś, spłonęła w jedną noc. Niektórzy mówili, że to przez 12-letnią Maryśkę Nikołajską. W styczniu 1946 r. zobaczyła na wierzbie rosnącej w środku wsi kartkę. Zerwała. Było tam napisane: „Wobec tego, że złożyliście kontyngent, a tym samym wystąpiliście przeciwko nam, spotka was kara – „Bury””. Niektórzy widzieli, że dziewczyna zwinęła papierek i schowała do kieszonki fartucha. Maria do dziś trzyma się wersji z lat 50. – nie zerwała tej kartki, tylko w zdenerwowaniu obskubała jej brzegi.
Następnej nocy przyszedł „Bury” ze swym oddziałem i spalił całą wieś, również chałupę Nikołajskiego. Zabili 24 osoby. Piotr, brat Maryśki, uciekał do lasu. Dostał w biodro. Leżał na polu i tam wypatrzyli go leśni. Strzelili mu w głowę, pocisk wyszedł okiem. Nim stracił przytomność, usłyszał, jak naradzali się, który go dobije.
– Szkoda naboju, sam dojdzie – ktoś zdecydował.
Piotr żył jeszcze 40 lat. Nie miał oczu, po omacku chodził na pole, kilometr od wsi. Radził sobie nawet z sadzeniem kartofli.
– Gdy tamtego ranka tato odjeżdżał furą z gniadym – opowiada Paraskiewa Antosiuk ze Zbucza – biegłam za nim, wołałam, co przygotować na noc do żłobu. Mimo zimy cały nasz dobytek stał na podwórzu, bo Niemcy spalili oborę i stajnię. O gniadego dbaliśmy bardzo, w gospodarstwie, gdzie 16 ha, bez konia jak bez ręki. Zwłaszcza że ojciec nie miał pomocnika. Starszy brat i szwagier jeszcze nie wrócili z wojny. Wyglądaliśmy ich każdego dnia. Tata ściągnął lejce, przeżegnał się i powiedział: „Daj Boże, żebym ja wrócił wieczorem i przy misce zastał syna oraz zięcia”.
W sąsiednich Szpakach ludzie „Burego”, gdy już podpalili chałupy, wzięli dziewczynę, która chodziła z milicjantem. Najpierw zabili na jej oczach ojca. Zaczęła się czołgać do tych z karabinami, całować po oficerkach, żeby darowali jej życie. Nad dołem, nad trupami ona znów rzuciła się do wyglansowanych butów partyzanta; odpędził ją kopniakiem. Wtedy doskoczyła mu do twarzy i podrapała, nim zdążył wyszarpnąć z kabury rewolwer.
90-letnia dziś Anastazja Chwaszczewska mogłaby wiele opowiedzieć, co działo się w Krasnej Wsi, bo pamięć ma dobrą, ale ogłuchła i tylko domyśla się moich pytań. Ona jedna spośród uczestników żałobnego nabożeństwa w cerkwi była na sądzie „Burego”. – Gdzie jest mój mąż Łukasz?! – wołała na sali do oskarżonego. – A po co ci to? – zdążył odpowiedzieć, nim go popchnął milicjant.
Zięć Chwaszczewskiej wspomina, że teściowa po zaginięciu męża w puszczy nigdy nie pożaliła się, że jej ciężko, choć póki dzieci nie odchowała sama, gołymi rękami musiała obrobić 24 ha. Ale w nocy zza ściany dochodził do niego jej płacz. Nawet wówczas, gdy powtórnie wyszła za mąż. Nie mógł zrozumieć, dlaczego wszyscy udają, że tego nie słyszą. – Lepiej nie pytać – odpowiadała mu żona. O sprawie furmanów dowiedział się dopiero po kilku latach.
Aleksander Juziuczuk, wuj Wiery Łuszyńskiej, miał wtedy 23 lata. Jego siostrze, Marii Laszkiewicz, do dziś mieszkającej w Krasnej Wsi, często się śni, jak stoi w drzwiach, z czapką w ręku, gotowy do zaprzęgania konia. Chce jej coś powiedzieć, ale sołtys ponagla, odciąga za próg. Gdy już wiedziała, że nigdy nie wróci, powiesiła na łóżkiem jego portret zrobiony przez malarza domokrążcę. W niedzielne popołudnie, gdy siedzi przy piecu sama, zdejmuje portret ze ściany i opowiada bratu, co się działo po jego śmierci.

Watażka

„Bury” to pseudonim, naprawdę nazywał się Romuald Rajs. Na Podlasie trafił spod Lwowa jako kapral w służbie zawodowej. Od 1940 r. działał w okręgu wileńskim Związku Walki Zbrojnej, potem w AK. Latem 1944 r., już jako dowódca, rozwiązał resztki swej brygady i repatriował się do Białegostoku. Wstąpił do Ludowego Wojska, otrzymał przydział do Hajnówki. W maju 1945 r. zdezerterował do Zygmunta Szyndzielorza, ps. „Łupaszka”, który dowodził V Wileńską Brygadą AK. Po rozkazie generała Okulickiego o rozwiązaniu AK „Łupaszka” przeniósł się na Pomorze. „Bury” nie zgodził się z tą decyzją i przeszedł do Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Dostał awans na kapitana i żołd. Jego zgrupowanie stało się oddziałem Pogotowia Akcji Specjalnej. „Bury” trzymał swych 200 podwładnych krótko. Żołnierze nie zdejmowali do snu ubrania ani butów, ponieważ oddział znajdował się w stanie permanentnego alarmu bojowego. Za niesubordynację była tylko jedna kara – śmierć.
W styczniu 1946 r. komendant białostockiego okręgu NSZ, Florian Lewski-Kotwicz, zarządził pacyfikację powiatu Bielsk Podlaski. Chodziło o demonstrację siły zbrojnego podziemia. Pierwszą udaną akcją było opanowanie Hajnówki. Podczas odwrotu oddział „Burego” uprowadził do puszczy 40 chłopów pod pretekstem wykonania szarwarku. Rajs potrzebował koni do napadów na kolejne posterunki milicji, gminy i wsie. Furmanów podzielono na żegnających się po cerkiewnemu (prawdopodobnie Białorusinów) i po katolicku. Pierwsi – trzydziestu – zostali zabici w lesie koło Puchał Starych.
Każdy krok „Burego” w styczniu i lutym 1946 r. przez białoruskie wsie znaczyły łuny pożarów i trupy miejscowych. W białostockiej gazecie „Jedność Narodowa” z tamtego czasu zachowały się dramatyczne zdjęcia dokumentujące te akcje.
Gdy w kolejnej kazał rozstrzelać 17 milicjantów, władza ludowa odpowiedziała sądami doraźnymi nad złapanymi mordercami. Rajs krył się w puszczy do jesieni 1946 r. W listopadzie jego konny oddział liczył już tylko pięciu ludzi. Porzucił ich i uciekł do Elbląga, potem do Karpacza, gdzie został urzędnikiem w gminie. Następnie otworzył pralnię. I tam go dopadło UB. W styczniu 1949 r. w białostockiej sali kinowej odbył się pokazowy proces „Burego”. Oskarżono go m.in. o udział w zamordowaniu
80 podlaskich Białorusinów. Proces trwał siedem dni. Przez cały czas Rajs zrzucał winę na swego zastępcę. Nie ujawnił też, gdzie w puszczy jego ludzie zakopali rozstrzelanych furmanów. Udowodniono mu, że był przy każdej egzekucji. Dostał karę śmierci, która została wykonana rok później.

Paraskiewa miała trop

Zaraz po tym procesie gazeta PPR „Jedność Narodowa” zapewniała czytelników, że rodzinom ofiar podziemia zostanie udzielona wszelka pomoc. Nic nie dostali. Żadnej renty ani zapomogi. Wiosną wdowy i ich dzieci zaprzęgały się do pługa. Gdy tylko przestały się żarzyć zgliszcza, kobiety kopały w ziemi jamy, obstawiały podkładami kolejowymi i tam mieszkały. W spalonych Szpakach takie dymiące rurami od piecyka bunkry spotykało się jeszcze dziesięć lat później.
– W roku 1978 poszła ja do lekarza – opowiada Paraskiewa Antosiuk – wyrabiać kartę zdrowa, bo miała iść do roboty w fabryce. Potrzebne było prześwietlenie płuc, ale akurat zabrakło prądu. To ja przycupnęła na ławeczce w poczekalni. I czekam, aż monter wejdzie na słup. Ściemniło się, niewiele widać, a koło mnie siedzi dwóch takich i kłócą się o… „Burego”. Kiedy on tych furmanów zamordował. Jeden mówi, że w 1951 r., a drugi że w 1948. Ja ich przeprosiła i mówię: w 1946 r., 31 stycznia, w poniedziałek. A skąd pani wie? A ja na to, że zapomnę dopiero, gdy ręce na piersi złożę, znaczy się w trumnie. I zaczęli ze mną gadać. Ten, co był z Sielcian, mówi tak: „Przyjedziecie do mnie, ja zaprowadzę, gdzie oni liżyt ubite. Wsje zakopane w lesie, koło Puchał Starych. Trzeba w puszczy jeden znaczony pieniek znaleźć. Koło tego pieńka była mogiła. Jeszcze w latach 50. usypał ją taki jeden ze wsi, trochę durnowaty. Pozbierał w lesie kości rozwłóczone przez wilki, zrobił mogiłkę i krzyż postawił. Dwa razy była splądrowana. Nie przez zwierzynę. Po czymś takim inny bałby się podejść. A on od nowa krzyż stawiał. Za trzecim razem ktoś mu strzelił w plecy i tak durnowaty zginął. A po mogile ani śladu. Tylko trawa tam gęstsza”.
Paraskiewa Antosiuk opowiedziała o wszystkim w domu. Uradzili, że nigdzie nie pojedzie, bo jeszcze nieszczęście ściągnie.

Ekshumacja

Przez prawie 50 lat nikt oficjalnie nie powiedział rodzinom, co się stało z rozstrzelanymi. – 9 maja 1989 r. – mówi Antoniuk – kombatanci z Bielska Podlaskiego zorganizowali wycieczkę śladami II wojny. Pojechaliśmy m.in. w okolice Puchał Starych, gdzie na cmentarzu katolickim w Klichach była bezimienna mogiła ofiar hitlerowskich. Rozmawiałem tam z Michałem Szurbakiem, który w 1951 r., jako wójt w Brańsku, na polecenie województwa przeprowadzał ekshumację ludzkich szczątków z lasu koło Puchał. I on ujawnił, że to byli furmani.
Na cmentarz w Klichach zaczęły wędrować rodziny zamordowanych Białorusinów; towarzyszył im batiuszka. W maju 1995 r. w czasie liturgii do pielgrzymów podeszło trzech miejscowych chłopów. Powiedzieli, że wiedzą, gdzie jeszcze są groby pomordowanych. Zaprowadzili do puszczy. Tu kopcie – nakazali. I tak doliczono się 30 furmanów. Od tej chwili rodziny zaczęły starania o przeniesienie prochów na cmentarz koło cerkwi w Bielsku Podlaskim. Gdy składane w różnych urzędach podania nie skutkowały, zawiązali Komitet Rodzin Pomordowanych. Prokurator Waldemar Monkiewicz w Białymstoku przez dwa lata usiłował różnymi wybiegami zbyć członków komitetu i nie dopuścić do ekshumacji. Przeciw byli ówczesny prawicowy wojewoda, Krystyna Łukaszuk, i Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Ale Białorusini nie dali się wypchnąć z gabinetów władzy. W 1997 r. doszło do ponownej ekshumacji. Wykopane czaszki miały otwory w potylicy – dowód, że ludzie „Burego” strzelali ofiarom w tył głowy. W piachu zachowały się różne przedmioty pomocne w identyfikacji zwłok. M.in. drewniana tabliczka od furmanki Michała Bondaruka z Krasnej Wsi. Paraskiewa Antosiuk poznała buty ojca, bo miały przybitą podeszwę z kawałka gumowej opony.

Dobro poświęcone

W czasie gdy rodziny furmanów domagały się otwarcia anonimowej mogiły w Klichach, syn Romualda Rajsa, wspierany przez Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej, wystąpił do sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego w Warszawie o rehabilitację ojca i odszkodowanie. Sędzia Remigiusz Chmielewski unieważnił wyrok z 1949 r. skazujący Romualda Rajsa na karę śmierci. Z uzasadnienia: „Oddział Pogotowia Akcji Specjalnej przeprowadzał akcje terrorystyczne i bezsporne jest, że przypisane Romualdowi Rajsowi i jego zastępcy (…) czyny wyczerpały znamiona obowiązujących w tym czasie przepisów prawa karnego. Wymienieni jednak uważali, że naczelnym zadaniem, które winni realizować w ramach udziału w NSW, jest wyzwolenie kraju spod dominacji ówczesnego Związku Radzieckiego, a także rozbicie aparatu państwowego ówczesnego Ludowego Państwa. W ich przekonaniu więc dobra poświęcone przedstawiały mniejszą wartość od dobra ratowanego, tj. niepodległości i niezależności kraju (…). Nie można zdaniem sądu stwierdzić, że działania podejmowane przez Romualda Rajsa pomimo poświęcenia najwyższego dobra, jakim było życie ludzkie, pozostawały w rażącej dysproporcji do skutków, które chciano tymi działaniami uzyskać. Był to stan wyższej konieczności”.
Odszkodowania dla Rajsa juniora i jego matki to – jak dowiedział się Józef Antoniuk – kwota 180 tys. zł. Poprosiłam syna „Burego” o rozmowę na temat wyroku sądu. Odpowiedział, że dla niego jest to sprawa już zamknięta i nie odpowie na żadne pytania.

Nie te standardy

Komitet Rodzin Pomordowanych chciał, aby na cmentarzu w Bielsku stanął pomnik ku pamięci furmanów. – To było pięć lat drogi przez mękę – mówi Antoniuk. – Blokowali: wojewoda Krystyna Łukaszuk, Andrzej Przewoźnik i ówczesny wicepremier Janusz Tomaszewski. Pomagał „Przegląd Prawosławny” w Białymstoku, zwłaszcza bardzo zaangażowany w sprawę reporter Michał Bołtryk. Łukaszuk odmawiała pozwolenia – mimo przychylnych wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego i interwencji rzecznika praw obywatelskich – ponieważ projekt pomnika „nie odzwierciedlał faktów dotyczących tego konkretnego zdarzenia”. Rzecznik wojewody poradził komitetowi, aby „dojrzeli i dostosowali się do pewnych standardów”.
W tym czasie na budynku kina w Białymstoku – tego, gdzie sądzono Rajsa – przybito pamiątkową tablicę. Widnieje na niej orzeł w koronie z wieńczącym ją katolickim krzyżem i napis: „W tym budynku po wojnie skazywano na śmierć żołnierzy Polski Podziemnej”. Władze miasta zorganizowały też ekspozycję zdjęć z wydanego w 1999 r. przez Oficynę Volumen albumu „Żołnierze wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 roku”. Zamieszczonym tam fotografiom „Burego” towarzyszy komentarz Grzegorza Wasowskiego i Leszka Żebrowskiego: „Spalenie (…) wsi to akcja odwetowa, bo furmanów ujęto w puszczy na nielegalnym wyrębie drewna”. Wstęp do albumu napisał Jerzy Buzek. O Rajsie i jego oddziale pisze, że to „ludzie zasad oraz honoru”.

IPN się nie spieszy

Uparci Białorusini z komitetu doprowadzili do wszczęcia przez Główną Komisję Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu śledztwa w sprawie pacyfikacji wsi i zabicia furmanów. Gdy zlikwidowano komisję, sprawę przejął Instytut Pamięci Narodowej w Białymstoku. To pierwsze takie dochodzenie w Polsce. Prokurator Dariusz Olszewski z tej placówki ogania się od dziennikarzy w imię niezakłócania śledztwa. – Zakończymy, będzie komunikat – usłyszałam w odpowiedzi na prośbę o rozmowę.
Jakiego finału można się spodziewać? Czy człowiek, który wydał rozkaz zamordowania 80 niemających nic wspólnego z polityką chłopów, nadal będzie uważany za bohatera narodowego? Droga do unieważnienia rehabilitacji Rajsa jest bardzo daleka. Możliwe nawet, że nie do przebycia. Do tej pory przesłuchano 15 żołnierzy „Burego”, żaden z nich nie przyznał się do udziału w pacyfikacji białoruskich wsi. Przy tak przewlekłym dochodzeniu ostatni świadkowie zdążą umrzeć, nim wezwie ich prokurator z IPN.

Niech się ludzie dowiedzą

Józef Antoniuk próbuje na własną rękę dociec prawdy. Co do udziału Rajsa w mordowaniu Białorusinów nie ma wątpliwości; zastanawia go, kto stał za watażką. Dlaczego po furmanów przychodził sołtys? Dlaczego wójt gminy Orla wysłał aż 77 furmanek po opał do puszczy, czego nigdy przedtem nie robił? A kiedy „Bury” cofał się z Krasnej Wsi, dostał jeszcze 50 wozów. – Dlaczego milicjanci chodzili po chałupach i kazali wytypowanym do puszczy podpisać się na liście? Nigdy tak szarwarku nie egzekwowano.
Przewodniczący komitetu zna dobrze historię Białostockiego. Studiował m.in. tekst umowy z 1944 r. między PKWN a ościennymi republikami: białoruską i ukraińską. Na podstawie tego dokumentu katolicy mieli być przesiedleni na tereny polskie, natomiast ludność prawosławna z naszej strony Bugu dalej na wschód. Bolesław Bierut mówił o tym oficjalnie.
Najpierw werbowano ochotniczo. Ale chętnych brakowało. Wtedy wojewoda białostocki, Stefan Wibowski, powiedział wprost na spotkaniu aktywu powiatowego w Bielsku Podlaskim, że na jego terenie dla prawosławnych nie ma miejsca.
Antoniuk podejrzewa zmowę między „Burym” a władzami PPR. Leśny dostał przyzwolenie na prowokację, po której miał nastąpić masowy exodus Białorusinów za wschodnią granicę. Nie jest wykluczone, że Rajs przekroczył granice tajnej umowy.
Mogli coś wiedzieć na ten temat w oddziale „Burego”. Antoniuk zna kilku byłych podwładnych Rajsa, dziś mieszkają w Bielsku Podlaskim. Czasem mijają się na ulicy. Może jeden z nich zabił w Zaniach matkę Antoniuka? Chyba nikt już tego nie sprawdzi. Na tych ziemiach ludzie nie są gadatliwi. Tisze jediesz, dalsze budiesz.
– Mojego szwagra – mówi Józef Antoniuk – zaraz po wojnie dwukrotnie postrzelił kolega ze szkolnej ławy, który został w lesie. Zraniony tylko dlatego przeżył, że udał martwego. Dopiero po 50 latach, tuż przed śmiercią, powiedział, kto chciał go zamordować. A przecież ten zabójca od dawna nie żył. Został ranny, gdy z oddziałem „Burego” napadł na posterunek milicji. Rodzina przywiozła go do wsi, ukryła w stodole. Jego towarzysze z partyzantki bali się, że może ich wydać – przyszli nocą, wyspowiadali i zabili.
W Krasnej Wsi żona zamordowanego w Puchałach Aleksandra Juziuczuka przez wiele lat opiekowała się chorym sąsiadem Kondratiukiem, który też 31 stycznia 1946 r. pojechał na szarwark, ale wrócił, bo był katolikiem. Juziuczukowa podawała Kondratiukowi ostatni łyk wody, gdy umierał; mimo to nie powiedział, co się stało z jej mężem, gdy dojechali do puszczy. – Tu ludzie strach mają we krwi – tłumaczy Aleksander Bondaruk, brat zamordowanego Michała – na pograniczu władza często się zmieniała. I żadnej nie można ufać.
Ale już inny krewny ofiary „Burego” zachęca mnie przy cmentarnej bramie do pilotowania sprawy furmanów. W imię sprawiedliwości: – Czym my, prawosławny, im tak pereszkodżali? – pyta. – My ne zajmalisia politykoj, my na swojej zemlie pracuwali. Teper odszkodowania podostawali akuwci. Jak toje wsio poniaty? Piszitie. Nam nena czoho bojatysia. Nechaj lude znajut, jak było, my ne wieczny.

Nasi męczennicy

Młodzi są już inni. Eugeniusz Iwaniuk, syn siostry Walentyny Kiersnowskiej, mówi mi po wyjściu z cerkwi, że od dziecka czuje się Białorusinem, choć miałby kłopot w porozumiewaniu się językiem swej narodowości. Natomiast Anna Łuszyńska, wnuczka Marii Laszkiewicz z Krasnej Wsi, sama doszła do tego, że jest Białorusinką. – Mogłabym postąpić tak, jak mój starszy o rok kuzyn – wyznaje. – Przed spisem powszechnym zadałam mu pytanie, jaką narodowość zadeklaruje. Stwierdził, że jako przyszły student z nieokreśloną przyszłością poda polską, by nie mieć nieprzyjemności z powodu innej. „Zawsze to łatwiej w życiu”.
Zareagowała z młodzieńczą zapalczywością – wyszła z pokoju. – Kiedyś też zapierałam się, że nie mogę być Białorusinką. Mama nic mi nie powiedziała o naszych korzeniach. (- Ona jeszcze chodzi do liceum – tłumaczy się Wiera Łuszyńska – chciałam ją uchronić przed wyzwiskami „ta ruska”, które kiedyś na mnie spadały).
Ania rozumie matczyną troskę, ale zaraz dodaje: – Ja w każdym razie nie będę się wypierać. Przez obudzenie poczucia przynależności narodowej tak naprawdę nic wielkiego w życiu się nie zmienia. Nadal mówię po polsku, przyjaźnię się z tymi samymi osobami i chodzę na podobnego rodzaju imprezy. Tylko „w środku” jest inaczej.
Ponad rok temu Łuszyńska postanowiła nauczyć się cyrylicy. Teraz słucha białoruskich audycji, sięga po książki w tym języku. Pokrewne dusze znajduje w Internecie. Dla rozmawiających z nią tą drogą młodych Białorusinów furmani są męczennikami za ich wiarę.

Wydanie: 13/2003

Kategorie: Reportaż

Komentarze

  1. bolo62
    bolo62 29 stycznia, 2016, 10:35

    Co to za bzdury w wyroku rehabilitujacym R. Rasa ps. Burego. Mam na myśli dobro wyższe. Przecież taka argumentacja niczym nie różni się od hitlerowskiej. Przecież oni też działali w imię dobra wyższego tzn. zapewnienia przestrzeni życiowej dla narodu niemieckiego. Nie ma żadnego wytłumaczenia dla mordowania cywili. Nie może być żadnej dwuznaczności w tym względzie. Dwuznaczność taka otwiera bowiem drogę do następnych takich zbrodni.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Anonim
      Anonim 15 lutego, 2016, 20:36

      Człowieku, co Ty wiesz o tamtych czasach? Myślisz, że każdy wieśniak na piękne oczy dostawał z reformy rolnej od 16 do 24 hektarów ziemi? A wcześniej ta ziemia była niczyja? Przeczytaj jeszcze raz tekst ze zrozumieniem.

      Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy