Ostra zmiana poglądów

Ostra zmiana poglądów

Ponad rok temu w Krakowie adwokaci broniący w głośnej sprawie rzekomo nielegalnej nadbudowy kamienicy przy ul. Szerokiej ze zdumieniem przeczytali w gazecie stenogramy swych podsłuchanych rozmów telefonicznych z klientami. Warto przypomnieć, że tajemnica obrończa, podobnie jak tajemnica spowiedzi chronione są w sposób szczególny. Nikt z zachowania takiej tajemnicy nie może zwolnić, nie wolno też przesłuchiwać adwokata na temat informacji, jakie uzyskał od klienta. Kodeks postępowania karnego zezwala adwokatowi na widzenie z klientem w cztery oczy, bez udziału osób trzecich. Korespondencja adwokata z przebywającym w areszcie klientem jest wolna od cenzury. Z drugiej zaś strony, jeśli w czasie legalnie założonego podsłuchu nagrają się rozmowy, których nie wolno wykorzystać jako dowodu albo dla potrzeb postępowania nieprzydatne, zapisy te należy natychmiast z materiału dowodowego usunąć i zniszczyć.
Jeśli więc podsłuchiwany jest podejrzany, a rozmawia przez telefon ze swoim obrońcą i rozmowa ta zostanie niejako przy okazji nagrana, wiadomo, że dowodowego użytku z tego zrobić nie wolno, należy więc nagranie natychmiast zniszczyć. Tu nie tylko, że nie zniszczono, ale dołączono do jawnych akt procesowych, do których przeglądania sąd dopuścił dziennikarzy, a ci objęte tą, zdawałoby się, najświętszą tajemnicą rozmowy adwokatów z klientami upublicznili w gazecie. Wydawałoby się, skandal. Gdzie tam. Choć protestowała Rada Adwokacka i sami zainteresowani, ani sąd, ani prokurator nie dopatrzyli się w tym przypadku żadnych nieprawidłowości.
Była w tej sprawie interpelacja poselska. Odpowiadający na nią ówczesny zastępca prokuratora generalnego też nie dopatrzył się żadnej nieprawidłowości. Teraz, gdy w podobny sposób przypadkiem nagrano rozmowę adwokata Giertycha i jego klienta, i równie przypadkiem dwóch dziennikarzy, którzy kontaktowali się z podejrzanym w sprawie karnej, który miał legalnie założony podsłuch, jest skandal, a zapewne będzie nawet wszczęte śledztwo. Co się zmieniło w ciągu tego roku? – chciałoby się zapytać. A wygląda na to, że zmieniło się dużo, choć, jak się okazuje, zmieniło się zupełnie niedawno. Jeszcze w ostatnim dniu września zastępca prokuratora generalnego, prok. Jerzy Szymański, odpowiadając na inną interpelację poselską, ironizował: „należy przede wszystkim na wstępie zauważyć, że już pierwsze zdanie tego zapytania poselskiego (…) stwierdzające, że ťopinię publiczną niepokoi (…) liczba stosowanych podsłuchów tak procesowych, jak operacyjnychŤ, nie jest zgodne z rzeczywistością, albowiem liczba podsłuchów operacyjnych nie jest znana opinii publicznej (…), zatem opinia publiczna nie ma podstaw do niepokoju”. Logika tego wywodu, używając terminologii ziobrowej, w prokuraturze zdaje się wciąż obowiązującej, poraża. Niezawodną metodą uspokojenia opinii publicznej jest jej nieinformowanie. Słusznie, informacja wywołuje niepokój. Nie ma to jak brak informacji. Zastępca prokuratora generalnego dodaje też, że „dotychczasowe doświadczenia wskazują, iż obecnie obowiązująca procedura uprawniająca sąd do zarządzenia kontroli operacyjnej (…) nie budzi zastrzeżeń”. Brawo. Swoimi złotymi myślami pan zastępca prokuratora generalnego idealnie wstrzelił się w sytuację. Nie minęły dwa tygodnie, a wszyscy politycy wszystkich opcji, wszyscy dziennikarze i naukowcy zgodnym chórem krzyczą, że trzeba z podsłuchami zrobić porządek, że trzeba upublicznić ich liczbę, że trzeba zmienić procedury zezwalające na stosowanie podsłuchu, zaostrzyć i urealnić kontrolę sądową. Najgorzej (dla pana zastępcy prokuratora generalnego), że do chóru tego przyłączył się nie tylko pan premier, ale także bezpośredni jego szef, minister sprawiedliwości i na razie wciąż jeszcze prokurator generalny Krzysztof Kwiatkowski. Co gorsza, premier straszy audytem w sprawie podsłuchów, polecił ministrowi sprawiedliwości znaleźć możliwości, by informacje o liczbie stosowanych podsłuchów były znane opinii publicznej, a także, by sąd przejął kontrolę nad całością materiału zgromadzonego z użyciem podsłuchu. Wygląda na to, że dzielny pan zastępca prokuratora generalnego wyszedł na durnia. Jego logiczna szarża rozbiła się nie tyle o zdrowy rozsądek (któżby się tym przejmował!), ile o jasny i zdecydowany pogląd premiera.
Co spowodowało tę radykalna zmianę poglądów premiera i rządu?
Dopóki CBA nie podsłuchało prominentnych polityków Platformy i nie upubliczniło zapisów tych podsłuchów, premier Tusk nie widział nic niebezpiecznego, a już zwłaszcza zdrożnego w działaniach CBA i innych służb, podsłuchujących na potęgę przy zupełnie fikcyjnej kontroli sądu nad tą istotną ingerencją w życie prywatne obywateli. Nie widział nic złego w tym, że nadal stosowane są areszty wydobywcze, widowiskowe, zakazane przez prawo zatrzymania oraz prowokacje przekraczające dopuszczalne granice.
Na czele specsłużby mógł stać ewidentny oszołom, wciąż tropiący urojone spiski i układy, wykrywający wyłącznie afery, które zorganizowało i do których sprowokowało za pieniądze podatników jego biuro. Gdyby nie to, że CBA namierzyło „Zbycha” i „Mira”, premier zapewne nie zauważyłby, że ta kosztowna służba, za nic mająca prawa obywatelskie, ujawnia zaledwie 3% wszystkich przestępstw korupcyjnych w Polsce, choć do ścigania takich przestępstw została powołana i sens jej dalszego istnienia jest co najmniej dyskusyjny.
To tak jak przeciętny Polak, który tak długo domaga się zdecydowanych działań policji i toleruje jej przekroczenia uprawnień, dopóki sam albo jego szwagier nie dostanie od policjanta pałą po łbie.
Platforma tak długo nie zamierzała robić porządku ze służbami, dopóki służby nie wzięły się za polityków Platformy.
Rzecz paradoksalna, ale na pazerności „Zbycha” i „Mira” i kolegów polska demokracja może coś niecoś zyskać. Może od ich przypadku zacznie się porządkowanie służb specjalnych i ich rozbuchanych uprawnień. To się nazywa w Polsce „błogosławiona wina”. Błogosławiona wina „Zbycha” i „Mira”.

Wydanie: 43/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy