Pan Herbert

Pan Herbert

Samochodem do Płocka. Jestem w tym mieście chyba po raz pierwszy, chyba, bo już sporo żyję, wiele po Polsce jeździłem, a pamięć mam słabą. Poza tym Polska zmieniła się, czasami nie do poznania. Spotkanie w miejskiej Książnicy, duża sala pełna, jest kilka klas z miejscowego liceum. Mam wykład o Herbercie. Byle nie nudzić, byle nie nudzić, myślę. I chyba nie nudziłem, bo czułem cały czas ich uwagę. W moją prelekcję wtopione były dwa fragmenty filmu o Herbercie. Ze wzruszeniem przypominam sobie tembr jego głosu. Potem spacer, piękny widok na Wisłę z wysokiej skarpy, obok zamku i katedry. Ten krajobraz będzie ze mną długo. Oprowadza mnie po Płocku miejscowy poeta, chudy, wysoki, XIX-wieczny. W finale oglądamy pomnik Broniewskiego, tu się urodził, wielka głowa pofałdowana w sztandarze, autorem jest słynny rzeźbiarz Gustaw Zemła. Ten pomnik z lat 60. nie jest dobry, ale zyskuje, gdyż czuje się w nim już miniony czas, nawarstwiony słojami. I nagle uwyraźnia się styl tamtych lat, dzięki czemu całość nabiera waloru zabytku. Oglądam w internecie rzeźby Zemły, w latach 60. i 70. zapełnił Polskę swoimi pomnikami. Najlepszy był jako artysta, kiedy nie rzeźbił na zamówienie, najgorsze zdają się jego „papieże”. Ciekawe, czy chciał, czy zabrał się do Kaczyńskiego? Ma już przecież wiele lat. Autor pomników zawsze okrutnie zależny jest od mecenasa. Michałowi Aniołowi to nie zaszkodziło.

Na płockich drzewach plakaty Obozu Narodowego zapraszają na spotkanie. Wszędzie coraz ich więcej, podobno nasi faszyści wciskają się już nawet do szkół. W wywiadzie Zbigniew Herbert mówił: „Dla mnie Polska bez Żydów, bez Ukraińców, bez Ormian przestała być Polską (…). Ten ideał jednonarodowego państwa jest ideałem faszystowskim, co tu dużo gadać. I to jest zbrodnia, bo kulturze polskiej wielonarodowość dawała kolosalne szanse”. Należy te słowa dedykować naszej prawicy narodowej, która tak ochoczo próbowała wprzęgać Herberta do swoich orlich rydwanów.

Pamiętam w domu rodzinnym częste wizyty Herberta i jego żony Kasi. Piękna, dobra, bezgranicznie mu oddana. W swoim nieszczęściu, w tej przeklętej chorobie miał tu na pewno wielkie szczęście. Moja matka podawała nalewkę z tarniny, Kasia z niepokojem na nią patrzyła. On ratował się przed depresją alkoholem. Zapadło mi w pamięć potrójne urodzinowe spotkanie. Przypadek chciał, że Herbert urodził się 29 października, tego samego dnia i miesiąca, co mój ojciec, i Ewa, wtedy studentka polonistyki, moja przyszła żona. Były więc trzy pokolenia, karafka z nalewką stawała się pusta, dyskusje, które dzisiaj młodym wydawałyby się kuriozalne. Jak żyć z cenzurą na karku?

Znajduję pod datą 29 października 1973 r.: „Spotkanie urodzinowe o godz. 19. Herbert próbuje kupić mieszkanie, opowiada o wizytach u dyktatorów urzędników. Złośliwie mu odmawiają. Mówi o emigracji z Polski. Potem wiele czasu zajmują pełne gniewu rozmowy o konformizmie Iwaszkiewicza. I znowu jak tu żyć? W finale śpiewamy piosenki legionowe. Herbert popłakał się. Moje zdziwienie, że ten obywatel świata jest takim patriotą”. Notuję też trzeźwo, że pewną rolę mogła w tym odegrać nalewka z tarniny.

Okruszki wspomnień są zwykle przypadkowe, zależy, gdzie wiatr osadzi pyłek pamięci. Pierwsze dni stanu wojennego. Jesteśmy wyrzuceni z orbit, ja przez rok nie będę mieszkał w domu. Niemal wszystko było wtedy zamknięte, większość znajomych też, za to otwarta była księgarnia przy Belwederskiej. Dla kogoś, kto stracił niemal wszystko, książki były jak odwieczny ogród. Krążąc jak rozbitek po tym „ogrodzie”, spotkałem Herberta. On też krążył. Rozmawialiśmy o grozie sytuacji, mówił, że ma propozycje, by schronić się w klasztorze. Chory od 1967 r. na chorobę dwubiegunową miewał stany lękowe. A wtedy zewsząd wiało grozą. Odwiedzałem go w tych latach kilka razy, dał mi kiedyś wiersze do mojego podziemnego pisma „Wezwanie”. Osobny temat to jego, powiedzmy, narodowe odchylenie pod koniec życia. Znienawidziła mnie prawica, kiedy po jego śmierci tłumaczyłem to chorobą. Byłem pewien, że mam rację, było mi tylko przykro, że może być przykro jego żonie. Wkrótce odetchnąłem z ulgą, bo potwierdziła moje słowa. Wtedy ona stała się ofiarą hejtu. A jaka poczciwa była tamta prawica, przy obecnej triumfującej.

Wydanie: 23/2018

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy