Partyjne wojska

Partyjne wojska

W większości partii członków traktuje się instrumentalnie

Dr hab. Anna Pacześniak – politolog, adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Wrocławskiego, wykładowca Université libre de Bruxelles.

300 tys. Polek i Polaków należy do partii politycznych. To dużo czy mało?
– W sondażach zaufania społecznego partie tracą poparcie. Wyróżniamy się pod tym względem już nawet nie na tle Europy Zachodniej, ale i w Europie Środkowo-Wschodniej. U nas to zaufanie jest o wiele słabsze niż w innych państwach regionu. W latach 90. próbowano usprawiedliwić ten stan okresem transformacji i tym, że ludzie byli zajęci przede wszystkim zarabianiem i konsumpcją albo staraniami, żeby utrzymać się na powierzchni, wyrwać z bezrobocia, zaadaptować do nowej rzeczywistości. Mamy jednak trzecią dekadę i ciągle ten sam problem.

Zajrzała pani do wnętrza partii politycznych, parlamentarnych i pozaparlamentarnych. Co najbardziej rzuciło się pani w oczy?
– Podglądam polskie partie polityczne od lat. Zaskakujące może być to, że w kwestiach organizacyjnych partie bardziej różnicuje ich wiek, a nie reprezentowana ideologia, obecność w parlamencie lub pozostawanie poza nim.

Dlaczego ludzie w ogóle zapisują się do partii?
– Zapisują się, ponieważ identyfikują się z nimi pod względem ideologicznym, podoba im się program albo lider ugrupowania. Rzadziej chodzi o możliwość wpływania na rzeczywistość lokalną czy krajową, a najrzadziej o prywatne ambicje i chęć zrobienia kariery. I tu widać rozbieżność między deklaracjami szeregowych członków a postrzeganiem ich motywacji przez elity partyjne.

Elity partyjne mają problem z szeregowymi członkami?
– Baza członkowska polskich partii politycznych nie jest liczna, więc można by oczekiwać, że ich kierownictwo będzie traktować członków partyjnych z podobną uwagą i atencją, jaką w przyrodzie otacza się rzadkie, ginące gatunki. Okazuje się, że nie zawsze tak jest. Często ze strony partyjnych gremiów decyzyjnych słyszeliśmy wątpliwości dotyczące bezinteresowności świeżo upieczonych członków. Politycy ugrupowań opozycyjnych wręcz mówili, że czas spędzony w opozycji jest doskonałą okazją do oczyszczenia szeregów z karierowiczów, którzy szybko opuszczają dryfujący okręt.

Czy tak to wygląda we wszystkich partiach?
– W partiach nowych i w PSL kierownictwo częściej niż w PO, PiS i SLD podkreśla znaczenie członków dla budowania demokratycznej organizacji. Według nich stanowią oni źródło wiedzy o problemach, które powinny być rozwiązywane na poziomie lokalnym czy centralnym. W dłużej działających ugrupowaniach zaciekawiło nas z kolei traktowanie partii jak wojska, a członków, zwłaszcza aktywnych działaczy, jak żołnierzy sprawnej armii. Ta wojskowa nomenklatura była uderzająca. Partie najlepiej zarządzają swoimi zasobami członkowskimi podczas kampanii wyborczych, żeby nie powiedzieć wojennych.

Czy w takim wojennym otoczeniu jest miejsce na dyskusje i polemiki?
– Według aktywnych polityków partia powinna być przede wszystkim skuteczna, a jeśli ktoś chce tylko dyskutować albo tylko pomagać ludziom, powinien raczej wybrać się do organizacji pozarządowej. Takich opinii nie słyszeliśmy z ust kierownictwa nowych partii. Może to przejaw pragmatyzmu starych wyjadaczy oraz idealizmu debiutantów. A może świadectwo innej kultury organizacyjnej w młodszych formacjach. Drugą cechą odróżniającą partie stare od młodych jest wykazywana przez członków młodych ugrupowań większa chęć wpływania na sprawy publiczne i decyzje podejmowane w partii.

Działaczom starych partii już się nie chce?
– Politycy należący do SLD i PSL częściej wskazują, że ich aktywność polega na uczestnictwie w zebraniach partyjnych, spotkaniach z liderami i zbieraniu podpisów pod listami kandydatów przed wyborami. Natomiast w Nowoczesnej i Razem dominuje udział w marszach i manifestacjach organizowanych przez partię, a w Razem dodatkowo pomoc w dotarciu do zwykłych ludzi, którzy do partii nie należą. To pokazuje, że ci, którzy z przekąsem mówią o nowych partiach jako bytach ograniczających aktywność do internetu, nie mają racji.

Najczęściej w kontekście aktywności internetowej i polityki memów zarzuty padają pod adresem Razem.
– Używa się sformułowania, że to partia internetowa, ale trudno się dziwić, że akurat w tym obszarze aktywność Razem jest duża. Ta partia ma najmłodszych członków. Dla tej generacji nowe formy komunikacji są jak powietrze. Politycy pozostałych partii często wyrażają opinię, że Razem bardziej przypomina organizację pozarządową. W Razem jest też najwięcej pracowników umysłowych. Okazało się również, że najwięcej godzin na rzecz swojej partii przepracowują właśnie członkowie Razem.

Co sprawia, że szeregowi członkowie tego ugrupowania są tak aktywni?
– Razem w porównaniu ze starymi partiami, ale także z Nowoczesną, promuje odmienny model członkostwa, który jest bardzo twórczy. Ludzie uczestniczą w pracach nad programem, odbywają wiele spotkań, dyskutują o filmach, książkach, organizują debaty, ale też np. chór. Razem wyróżnia się też pod względem udziału w manifestacjach publicznych. Politycy z kierownictwa zastanawiają się, jakie mechanizmy powinny zostać wdrożone, by zapobiec wypalaniu się najaktywniejszych członków. Zwłaszcza że ci w dużych ośrodkach biorą udział nawet w kilkunastu manifestacjach miesięcznie.

Na lewicy jest także SLD.
– SLD, podobnie zresztą jak PSL, jest partią, w której wyraźną przewagę mają osoby starsze. Prawie połowa naszych respondentów przekroczyła 60. rok życia. Członkowie Sojuszu wyróżniają się jednak dużym sprawstwem.

W czym to widać?
– W wyborach na przewodniczącego partii wzięło udział dwa razy więcej członków niż w Platformie Obywatelskiej. To ciekawe, bo do Platformy należy więcej osób. SLD przeżył traumę po wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2015 r. Wyznaczenie Magdaleny Ogórek jako kandydatki w wyborach prezydenckich spowodowało wielki ferment wśród działaczy, a nawet sympatyków partii. Po klęsce tej kandydatki, a później po nieprzekroczeniu progu wyborczego do Sejmu, w wyborach na szefa SLD wystartowało aż 10 kandydatów, toczyła się wewnętrzna dyskusja, która była do bólu szczera.

Walka do końca o dobre imię partii?
– Byli autentycznie przejęci przyszłością Sojuszu. W SLD istotnym wątkiem jest pozytywny stosunek elit partyjnych do członków. Według czołowych działaczy partia nie jest w stanie zrealizować żadnego ze swoich założeń bez struktur w terenie i członków. Pamięta się o bolączkach wielu partii – zbyt dużym centralizmie i nieliczeniu się przez centralę z opinią członków.

Główna oś politycznego sporu przebiega dzisiaj na linii PiS-liberalna opozycja. Zacznijmy od PiS. Gdy było w opozycji, nie miało większych problemów ze zwożeniem do Warszawy tysięcy członków na manifestacje. Natomiast w ostatnich miesiącach kolejny już raz przesuwa się termin marszu poparcia dla rządu. Mimo wszystko można chyba zaryzykować stwierdzenie, że w partii panuje karność?
– PiS na pewno wyróżnia się na tle pozostałych partii. Jego członkowie nie mają dużej potrzeby udziału w pracach programowych czy wpływu na kształt list wyborczych na poziomie samorządów. Można postawić hipotezę, że silnie jest tu zakorzeniona relacja oparta na hierarchii. Centrala formułuje oczekiwania i plany, a doły partyjne gładko je akceptują, ponieważ się z nimi zgadzają. Podkreślam jednak, że są to na razie nasze przypuszczenia, ponieważ duża część badań wśród członków PiS jeszcze przed nami.

Typ relacji w PiS jest zupełnie inny niż w pozostałych partiach?
– Wydaje mi się, że w tej partii została wytworzona inna kultura polityczna. Na pewno wpływa na taki stan większa centralizacja. Członkowie nie formułują żądań wobec partii, za to oczekują np. organizacji spotkań w terenie z ważnymi politykami PiS, których znają z telewizji. Ktoś mógłby powiedzieć, że mają przez to mniejsze poczucie sprawstwa, z drugiej strony mogą się poczuć wyróżnieni, lepsi, może nawet bardziej wtajemniczeni, kiedy dostaną zaproszenie na spotkanie z kimś ważnym.

W jaki jeszcze sposób PiS wykorzystuje aktywność swoich członków?
– Partia mobilizuje ich do tego, aby np. byli obecni 10. dnia każdego miesiąca na manifestacji. Jeden z naszych rozmówców z kierownictwa PiS mówił, że co miesiąc podstawiają autokary i dowożą członków do stolicy. Przy okazji manifestacji jest darmowa wycieczka do Warszawy i okazja zrobienia zakupów, jak dodawał z uśmiechem. Taką okazją do uaktywnienia bazy członkowskiej PiS była też wizyta w Polsce prezydenta USA Donalda Trumpa. Ale parlamentarzyści PiS wprost mówili nam, że nie mają pomysłu, co robić z członkami na co dzień, jak o nich zadbać, jak ich aktywizować.

To tylko problem PiS?
– Nie, kierownictwo większości partii politycznych, które na co dzień przebywa w Warszawie, nie zdaje sobie sprawy z tego, po co ludzie zapisują się do ich partii. Partie przychylnie patrzą na nowych członków, bo dobrze jest wykazać, że ludzie się do nas garną. Jednak w większości partii podejście do członków jest raczej instrumentalne. Partie potrzebują ludzi, aby zapełniali listy wyborcze, roznosili ulotki, rozklejali plakaty i robili frekwencję podczas spotkań z posłem w terenie. Szczególnie to ostatnie jest uznawane przez parlamentarzystów za atrakcję dla dołów partyjnych.

Dwie największe partie opozycyjne to Platforma i Nowoczesna. Obie liberalne. Pierwsza rządziła dwie kadencje, druga jest o wiele młodsza. Jak wyglądają relacje w tych partiach?
– Nowoczesna skupia ludzi w podobnym wieku co Razem i nieco starszych, ale okazuje się, że ta partia komunikuje się z członkami bardziej tradycyjnie. Jej członkowie często zwracają uwagę, że wstępowali do niej z zamiarem odegrania poważnej roli. Na pewno duże znaczenie dla Nowoczesnej ma to, że najwięcej członków partii to przedsiębiorcy. Tacy ludzie są gotowi się zaangażować, ale chcą widzieć wymierne efekty swojego działania. Nowoczesna ma wiele cech wspólnych z Razem.

Co łączy Nowoczesną z Razem?
– Dominuje wśród ich członków udział w marszach i manifestacjach organizowanych przez partie. Oba ugrupowania mają jednak słabo rozbudowane struktury w mniejszych miejscowościach (a już na pewno w tych poniżej 100 tys. mieszkańców). Ich bazę społeczną stanowi pięć największych miast, powyżej 500 tys. mieszkańców.

Ostatnie wybory w Nowoczesnej pokazały, że choć partia jest podzielona na pół, mamy w niej chyba do czynienia z demokracją wewnątrzpartyjną.
– Partie w Europie coraz częściej sięgają po instrumenty demokracji bezpośredniej w zarządzaniu, np. decydują się na wybory powszechne swoich liderów, czyli każdy członek może w tej sprawie zagłosować. Są nawet takie – wprawdzie nie w Polsce – które reklamują się, że tworzą programy polityczne na bazie pomysłów wysyłanych im mejlem przez sympatyków. Komuś mniej zorientowanemu w partyjnej kuchni może to się wydawać świetnym i demokratycznym posunięciem.

Ale jest też druga strona medalu?
– Tak, demokracja bezpośrednia osłabia wpływ działaczy terenowych, którzy podczas kongresów czy konwencji delegackich zawierali koalicje i mieli realną siłę, z którą kierownictwo musiało się liczyć. W Nowoczesnej ostatnio pokazali, że są w stanie zmieść ze stanowiska założyciela partii. Jeśli mówimy o poczuciu sprawstwa członków Nowoczesnej, to po wyborach nowego lidera może być ono większe. Co nie zmienia tego, że działacze, którzy głosowali na Ryszarda Petru, mogą odczuwać frustrację.

A co z Platformą? Ma duży problem z liderem, co jakiś czas wracają plotki o zbuntowanej frakcji młodych polityków, która na razie jest jednak wyjątkowo grzeczna.
– Co prawda, prawybory prezydenckie i pojedynek z 2009 r. między Komorowskim a Sikorskim wzbudziły zainteresowanie członków, ale nie było ono duże. W wyborach na szefa partii na początku 2017 r., w których mogli głosować wszyscy członkowie, nie udało się rozpalić ich emocji, bo ostatecznie na placu boju został sam Grzegorz Schetyna. Kiedy jest jeden kandydat na stanowisko, może to działać demobilizująco na szeregowych członków. Na miejscu kierownictwa zaniepokoiłabym się tym, bo niska frekwencja jest poważnym sygnałem ostrzegawczym i oznacza brak pełnej legitymizacji.

Dużo pani powiedziała na temat stosunku elit partyjnych do członków z terenu. Ale jak się czują ci ostatni? Nie uważają, że coś jest nie tak, że ktoś patrzy na nich z góry, że ich opinie nie cieszą się dużym zainteresowaniem centrali?
– Z naszych analiz wynika, że ogólnie rzecz ujmując, w polskich partiach politycznych mamy do czynienia z dysonansem między oczekiwaniami członków a zadaniami, które są im powierzane, i że ten dysonans jest największy w partiach o dłuższym stażu. Ludzie ci z reguły woleliby w większym stopniu stanowić ogniwo pośredniczące między partią a wyborcami. Uważają, że informowanie o problemach do rozwiązania w ich środowisku, na ich terenie, w ich otoczeniu to zadanie, które zleca się im zbyt rzadko. Mają większe ambicje, niż to się wydaje gremiom decyzyjnym.

Widać na horyzoncie światełko rewolucji w partiach politycznych, którą mógłby przeprowadzić partyjny lud?
– Nikt nie zapisuje się do partii, żeby ją wywrócić do góry nogami, więc nie oczekiwałabym rewolucji. Oczywiście przed zapisaniem się ludzie patrzą na program, lidera, na to, czy partia reprezentuje podobne wartości, jakie sami wyznają. Ale w wyborze kierują się również tym, jakie szanse partia może przed nimi otworzyć. Jeśli chcą być traktowani podmiotowo, mieć wpływ na tworzenie programu, uczestniczyć w konsultacjach przed podjęciem przez kierownictwo strategicznych decyzji, zapiszą się do innej partii niż ci, którym wystarczy spotkanie się raz na jakiś czas z ważnym politykiem albo sama świadomość, że są po „jasnej stronie mocy”, cokolwiek pod tym hasłem rozumieją.

Wydanie: 50/2017

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy