Pielęgniarki pod presją

Pielęgniarki pod presją

Rzadko zdarza się wdzięczność bliskiego pacjenta, który dostrzega naszą ciężką pracę

Godzina 15. Szpitalny oddział zapełnia się rodzinami stojącymi przy łóżkach pacjentów. Każda rodzina przeżywa to na swój indywidualny sposób. Ja zawsze bacznie obserwuję. Czasem się wściekam, czasem wzruszam, czasem jestem zdziwiona. Wiem, że to chwila dla nich. Ich prywatność, której nie można im zabierać. Jednak lubię przyglądać się tym rodzinom. Daje mi to zarys tego, jakim człowiekiem się opiekuję. (…)

Na oddziale intensywnej terapii prawie każdy pacjent jest podobny do innych. Uwielbiam poznawać ludzi. W miejscu, w którym pracuję, pacjenci jednak nie mówią, nie śmieją się. Co jakiś czas mamy pacjentów, z którymi można porozmawiać, jednak rzadko są zdolni do logicznej rozmowy. Zawsze zastanawiam się, jakim człowiekiem jest mój pacjent, co w sobie nosi. Być może ta wiedza nie jest mi potrzebna. Może sprawia, że przywiązuję się do pacjenta. A może to mało profesjonalne. Mimo wszystko to bardzo ludzkie.

Rodziny pacjentów różnie radzą sobie w sytuacji, kiedy muszą zmierzyć się z chorobą bliskiego. Są osoby, które przychodzą i stają obok łóżka. Wypakowują z ogromnych toreb najpotrzebniejsze rzeczy i wtedy zaczyna się najdziwniejsza część tego przedstawienia. Zakładają ręce, stoją jak w kościele i patrzą na chorego. Nic nie mówią w tym czasie. (…) Część po jakichś 10 minutach zaczyna się nudzić. Oglądają wtedy innych pacjentów albo rozmawiają z osobą, z którą przyszli na oddział, marnując tym samym możliwość bycia bliżej z chorym. Jeszcze chociaż przez chwilkę.

Są rodziny, które przychodzą i całkowicie skupiają się na chorym. Całują go, głaszczą, mówią. Obiecują, że wszystko będzie dobrze, jednak musi trochę wytrzymać. Jeszcze dzień, tydzień lub miesiąc. (…) Ten typ rodzin nie płacze przy chorym. Oni przychodzą i mając pełną świadomość, że jest bardzo źle, starają się swoją nadzieją i miłością sprawić cud.

Są i takie rodziny, które zawsze mają mnóstwo zastrzeżeń. Wszędzie widzą nieodpięte kroplówki, które przecież według nich są wyznacznikiem jakości opieki pielęgniarskiej. Rodziny te wszędzie węszą niedopatrzenia ze strony personelu i doszukują się naszych błędów. Staram się to zrozumieć. Chcą najlepszej opieki dla swojego bliskiego, a cała sytuacja to dla nich ogromny stres.

Istnieje jeszcze jeden typ rodzin. Ten, którego boję się najbardziej. Rodziny pytające. „Proszę pani, wszyscy tak długo są zaintubowani i tutaj leżą, prawda?”, „Myśli pani, że on z tego wyjdzie?”, „Dlaczego mój mąż się nie budzi?”. (…) Nie mam pojęcia, co mam mówić. (…) Nie chcę gasić nadziei w rodzinach. Często to ostatnie, co mają. Z nadzieją im bardziej do twarzy.

Tak jak kilka niemiłych pielęgniarek może wpłynąć na postrzeganie całego środowiska, tak samo stosunek i zachowanie rodzin ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie w pracy. (…)

Niestety, dobrze wiem, że moje koleżanki często słyszą rzeczy, które naprawdę mogą odebrać chęć do działania. Kiedy rodzina zarzuca ci, że źle się opiekujesz jej bliskim, wątpi w umiejętności pielęgniarek i kwestionuje wszystkie decyzje lekarzy, to autentycznie boli. Słyszysz kilka niemiłych komentarzy, a wiesz, że robisz wszystko, co w twojej mocy, więc w pewnym momencie dochodzisz do wniosku – hej, coś tutaj nie gra!

Pielęgniarka pracująca ponad 40 lat w zawodzie
Jeżeli pacjent jest charakterny, to nie ma znaczenia, czy jest w lepszym stanie, czy w gorszym – trzeba sobie z nim poradzić. Natomiast gorsze są rodziny, które robią straszny bałagan na oddziale, przeszkadzają nam w pracy. Pacjent dobrze jeszcze nie wejdzie do oddziału, a już wszyscy nad nim wiszą i krzyczą, dlaczego my jeszcze nic nie wiemy, i wołają, że to skandal. Jeżeli są jakieś ostrzejsze scysje z pacjentami, to dziewczyny zawsze wyganiają mnie, żebym ratowała sytuację, ze względu na moje doświadczenie i dojrzały wygląd. Ludzie stali się bardziej roszczeniowi – to na pewno. Po pierwsze, mamy erę internetu, przez co wszyscy się leczą w Google. I wszyscy wiedzą wszystko o sobie, wiedzą więcej niż lekarze. Po drugie, jest bardzo ciężki dostęp do lekarzy, więc wszyscy na siebie warczą. Dziewczyny są przemęczone, pacjenci są roszczeniowi, dostęp jest utrudniony i kółko się zamknęło. Takiej sytuacji nie ma w prywatnych klinikach. (…)

40-letnia pielęgniarka w dużym szpitalu
Były takie młode dziewczyny, które tak fajnie się swoją mamą opiekowały, ale po jej zgonie zrobiły nam taką jazdę, że masakra. Dosłownie nas zwyzywały i poszły. Jeszcze potem wróciły na oddział z zarzutami, że to i tamto nie było przy mamie robione, właściwie to w ogóle nikt do niej nie przychodził, a do tego wszystkiego nie mamy odpowiedniego sprzętu. A tłumaczyłyśmy wiele razy, że sprzęt jest, ale pacjentki w tym przypadku nie da się odessać. Nasze tłumaczenia jednak nie mają znaczenia, bo ludzie słyszą to, co chcą. Pacjenci też skarżą się swoim rodzinom, ale sami nie zadzwonią po nas, „bo nie chcą budzić”, albo nas nie zawołają, „bo jakoś nie mogli nas uchwycić”.

Oddziałowa na internie
Ostatnio nakrzyczała na mnie żona pacjenta, że jak nacisnął dzwonek, to pielęgniarka nie przybiegła od razu, a on cierpi. Spytałam, co mogę zrobić dla pana, żeby tak nie cierpiał. „Podać pilota z szafeczki” – takiej pomocy potrzebował. Nawet żonie na chwilę zrobiło się głupio.

Młoda pielęgniarka, która wyjeżdża za granicę
Niestety, doświadczenie pokazuje, że roszczeniowe rodziny rzeczywiście mogą więcej. Jedna pacjentka miała być oklepywana co sześć godzin, ale dałyśmy radę co osiem lub dwa razy w ciągu dyżuru. Rodzina była wielce oburzona i zgłosiła doktorowi, że pielęgniarki miały mamę oklepywać, żeby jej się lepiej odkrztuszała wydzielina, a nie robią tego wystarczająco często. My wtedy miałyśmy tyle pracy, że ledwo łapałyśmy zakręty. Lekarze o tym wiedzieli, ale po tej interwencji i tak nam ciągle powtarzali: „Tylko nie zapomnijcie oklepać tej pani ze trzy razy, bo dziś też już rodzina o tym mówiła”. I faktycznie, pewnie gdyby nie zwróciła nam uwagi, to odpuściłybyśmy. Niekiedy te kilkanaście minut na trzecie oklepanie to dla nas jedyny czas na wyjście do toalety albo szybkie drugie śniadanie. Tak to wygląda w Polsce: pielęgniarka zawsze musi wybierać, co zrobi kosztem innej rzeczy.

Doświadczona pielęgniarka na neurochirurgii
Zaangażowanie rodziny jest bardzo ważne, ale mam wrażenie, że społeczeństwo wychodzi z innego założenia: skoro to szpital, to ty, pielęgniarko, zajmuj się pacjentem od A do Z, a my nie musimy nic. Wystarczy, że przyjdziemy na 10 minut, popatrzymy i pójdziemy. I na tym się kończy, bo ktoś jest w szpitalu i już opiekę ma. Oni są bardzo zdziwieni, jak mówimy, żeby np. jakieś środki do pielęgnacji przynieśli, jak gąbka czy balsam do smarowania. Być może są szpitale, które na takie braki nie narzekają, ale skoro my o coś prosimy, to znaczy, że tym nie dysponujemy. Kupienie gąbki to chyba nie jest wielki wydatek, można ją nawet przynieść z domu. Gdy słyszę pretensje, że coś powinno w szpitalu być, to odsyłam do dyrektora szpitala. Nie ja się zajmuję zaopatrzeniem, ja działam tym, co mam. (…)

Pielęgniarka ze specjalizacją chirurgiczną, 40 lat w zawodzie
Przychodzi na oddział dziewczyna w tipsach do swojej mamy, starszej pani i mówi do mnie: „Może przyniesie siostra basen?”. Irytuje mnie to, ale nie dlatego, że mam iść po basen. Chodzi o to, co ta biedna starsza kobieta sobie pomyśli, skoro najbliższa jej osoba nie jest w stanie się nią zająć? W głowie mi się to nie mieści. Albo siedzą dwie córki koło mamy i pytają: „Siostro, może trzeba byłoby mamę oklepać?”. Czy nie jest to przykre? Ja się czułam spełniona, jak moja mama leżała w szpitalu, a ja ją mogłam umyć, nabalsamować. Czułam, że w jakimś stopniu jestem w stanie jej pomóc. I dlatego czasem bywam tak strasznie wściekła na rodziny… A potem i tak słyszysz komentarze do lekarza: „Szukam pielęgniarek, a one znowu piją kawę”.

Pielęgniarka pracująca 30 lat w zawodzie
Bardzo często widzimy, że rodzina przyprowadza pacjenta i już się o niego nie pyta. Czasami trzeba było nawet poprosić rodzinę, żeby pokryła pobyt w szpitalu, bo dziennie on tyle kosztuje. Ja też musiałam się opiekować moim ojcem i wiem, że taka opieka jest wykańczająca dla całej rodziny. Każdy chce odpocząć, zwłaszcza jak nie ma wsparcia. Przychodzą więc do szpitala na ostatni moment, bo coś tam chcą ugrać albo pokazać się, żeby poczuć się lepiej. Jak prosimy o opiekę nad pacjentem, pytamy, czy mogliby nam pomóc go umyć, to jest wielkie oburzenie. Ja sobie już radzę z takimi, zawsze mówię, że mogę pokazać, pomóc, że fajnie, bo to państwo zrobicie w domu. Tak jakby byli zdziwieni, że trzeba będzie tego ojca czy tę matkę wziąć do domu i po prostu nim czy nią się zająć. Z dziećmi jest trochę inaczej, ale starzy ludzie są niefajni w domu. Starość nie pachnie, nie jest miła.

Pielęgniarka na kontrakcie
Teraz pracuję w pogotowiu ratunkowym, na oddziale ratunkowym i na bloku operacyjnym, ale wcześniej była to intensywna terapia. Tam było najgorzej, pod względem napięcia. Po przekroczeniu drzwi wzrasta ci poziom adrenaliny i włącza się mechanizm przygotowania się do ucieczki. Mam wrażenie, że stajemy się tam takimi zwierzętami, które ciągle są przygotowane do działania, i nawet jak idziesz do dyżurki napić się czegoś, to cały czas myślisz o pacjentach. Miałyśmy monitor w dyżurce, więc gryząc kęs kanapki, cały czas patrzyłyśmy kątem oka na pacjenta. Odkładasz kanapkę, jak słyszysz dźwięk pompy, respiratora albo jakiś inny hałas, który nie jest normalny. Czasem nawet przegryzienie jednego kęsa i przełknięcie jest trudne. Na początku, po 12 godzinach pracy, spałam kolejne 12 godzin – tak byłam wykończona. Nie byłam w stanie wejść po schodach do domu, bo miałam tak wiotkie nogi. Później człowiek się przyzwyczaja. Tak samo, jak z każdym dniem pracy umiesz lepiej wyczulić się na pewne dźwięki i dokładnie wiesz, które piknięcie czy westchnienie rzeczywiście oznacza moment, kiedy musisz reagować, a które niekoniecznie. Dlatego później rodziny postrzegają nas czasem jako nieczułe. (…)

Pielęgniarka pracująca w placówce publicznej oraz w prywatnej
Jeżeli ktoś ma w publicznym szpitalu bardzo chorą osobę, umierającą, i płacze, to wiadomo, że trzeba kogoś takiego jakoś pocieszyć. Tłumaczyć, że trzeba wierzyć. Natomiast w prywatnym ośrodku, w którym pracuję, rodziny pacjentów są bardzo roszczeniowe, zapewne ze względu na stan chorych. Tam 80% pacjentów nigdy z tego nie wyjdzie, a my jesteśmy pierwszymi osobami, którym można się wyżalić, ale też można nas zaatakować i wylać na nas wszystkie pomyje.

Specyfika tego ośrodka jest taka, że uczymy rodziny, jak opiekować się ich bliskimi, i po około dwóch tygodniach to oni sami mają przejąć obowiązki. Chodzi o te najmniej skomplikowane zajęcia, jak kąpiel. Podpisują takie zobowiązanie w regulaminie placówki, a potem wykrzykują, że to my od tego jesteśmy i nam się nie chce pracować, a oni tutaj płacą i miało być wszystko zapewnione. (…)

Pielęgniarka z dwuletnim stażem na oddziale intensywnego nadzoru kardiologicznego
(…) U mnie na oddziale obracamy pacjentów minimum cztery razy na dobę. Jesteśmy w stanie zmienić jednej osobie brudny pampers dziesięć razy na dobę. Za każdym razem tę osobę smarujemy. Mamy też dziewczyny od odleżyn oraz od specjalnych opatrunków. Przy tym wszystkim tylko raz w życiu w ogóle zdarzyło się w mojej obecności, że przyszła do nas pani i zapytała się, czy ma nam pomóc umyć pacjenta i wypielęgnować, bo ona wie, że pielęgniarki mają strasznie ciężką pracę i jeden kręgosłup. Wiadomo, że koniec końców często wolimy to zrobić same, bo będzie szybciej, ale to było bardzo miłe z jej strony. (…)

Pielęgniarka specjalistka, cztery lata w zawodzie
Kontakt z rodzinami generalnie wchodzi w zakres naszych obowiązków. Nie chodzi o rozmowy na temat przebiegu i planów leczenia, ale tego, co aktualnie się dzieje z pacjentem, oraz edukacji, czyli jak rodzina może pomóc, w jaki sposób się zaangażować. Zawsze miałyśmy taką zasadę, że jak wchodziła rodzina, to dokładnie wskazywałyśmy miejsce, gdzie mogą przebywać przy tym
pacjencie, stawiałyśmy krzesło, opuszczałyśmy barierki i mówiłyśmy, że mogą trzymać go za rękę. Wbrew pozorom rodziny często tego nie wiedzą, boją się dotknąć pacjenta. Podpowiadałyśmy, o czym mogą z nim rozmawiać. To śmieszne, ale większość rodzin stoi nad tymi pacjentami na intensywnej terapii jak nad już martwymi, jakby się modlili nad grobem. Nie dziwię się, bo tak to wygląda, ale trzeba ich trochę zmobilizować. Kolejna rzecz to wykonywanie czynności pielęgniarskich przy rodzinie. My się bardzo tego boimy i też miałam zawsze założenie, że rodzina musi wyjść, gdy coś robię przy pacjencie. Oddziałowa nauczyła mnie jednak, że właśnie dobrze, gdy widzą i wiedzą, co się dzieje, a skoro pracujemy zgodnie z procedurami, to nikt nie może się do nas doczepić. Umiemy przecież wytłumaczyć, dlaczego wykonujemy daną rzecz. Miała rację, bo włączanie rodziny w proces pielęgnowania jest podstawą.

Doświadczona pielęgniarka na oddziale intensywnej terapii i wad wrodzonych noworodków i niemowląt
Zdarzyło mi się odczuć agresję rodziców, którzy w chwili desperacji i poczucia straty wykrzykiwali: „A co pani zrobiła?! Może pani czegoś nie podała, źle podała”. Wtedy pielęgniarka musi się wykazać twardym charakterem i nałożyć zbroję, przez którą pewne rzeczy się nie przedostaną. Może dlatego czasami tak jesteśmy postrzegane – jako zimne i niewzruszone. Jest wprost przeciwnie, dlatego trzeba umieć od tego się odciąć. Praca pod taką presją to ogromny stres, a głowa musi być nadal jasna, sprawna. Trzeba liczyć dawki, bo u noworodków to są jakieś tam dziesiąte miligrama, i my te dawki wiecznie musimy mieć w głowie, a bardzo często jest tak, że liczymy we dwie. (…)

Oddziałowy na oddziale intensywnym
Gdy rodzina przychodzi podziękować nie tylko za opiekę lekarską, ale właśnie pielęgniarską, to już jest z ich strony sympatyczne, że widzieli nasze działania. A już największym gestem wdzięczności jest sytuacja, w której dziękuje nam rodzina zmarłego pacjenta. To wielka sztuka, bo wiesz, że nie robią tego, bo wypada dać pielęgniarkom czekoladę. Na intensywnej terapii trzeba dbać o przepływ informacji, bo to jednak bardziej rodzina niż pacjent nas odbiera. To wpływa później na postrzeganie całego zawodu. Zwrotna informacja od nich, że rzeczywiście widzieli nasze starania, zawsze daje dużą satysfakcję.

Doświadczona pielęgniarka na oddziale intensywnej terapii i wad wrodzonych noworodków i niemowląt
Z rodzicami mam bardzo ciepły kontakt. To są silne relacje, bo przysyłają nam zdjęcia, jak się dzieciaki mają. My się nimi wymieniamy: „A pamiętasz, jak myśmy nad nim ręce załamywały, zobacz, jaki fajny chłopak” – taka była rozmowa chociażby dzisiaj. Oczywiście czasami bywa tak, że rodzice są w tak permanentnym stresie, że rośnie agresja i pojawiają się nieprzyjemne zachowania – pewnie takie, których oni by sami po sobie się nie spodziewali.

Miałyśmy taką mamę, strasznie trudny orzech do zgryzienia, bo wszystko, cokolwiek byśmy zrobiły, było źle. Czułyśmy się wiecznie pod presją. Po czym w momencie, kiedy ona usłyszała, że to dziecko wychodzi do domu, to w ciągu jednego dnia zmieniła się do tego stopnia, że nie mogłam się napatrzeć. Z tortami biegała po oddziale. Powiedziałam, że nie musiała ich przynosić. „Nie, nie, proszę pani, ja wiem, jak ja się zachowywałam. Proszę o tym wszystkim zapomnieć. Ja wam bardzo dziękuję, byłyście wszystkie cudowne”, tłumaczyła. Mam też takich rodziców, którzy przychodzą z ogromnymi słowami podziękowania, mimo że stracili u nas dziecko.

Nie zawsze tak się dzieje, ale w momencie, kiedy na przykład reanimujemy dziecko czy coś złego się dzieje i wiemy, że mogą to być ostatnie chwile tego dziecka, profesor pozwala rodzicom zostać na sali. Oni te wszystkie starania, całą bieganinę, te rzeczy, które się dzieją, widzą. Czasami stoją przed salą, czasami w sali, zależy, ile miejsca nam potrzeba do działań. Później nam dziękują, mówią, że jesteśmy wspaniałe i że oni widzieli, że my zrobiliśmy wszystko, żeby to dziecko uratować. Szkoda, że się nie udało, ale oni nam bardzo dziękują. I to są momenty, kiedy po prostu skóra cierpnie, gula w gardle staje.

Doświadczona pielęgniarka na oddziale hematologii
Mieliśmy pacjentkę w stanie agonalnym, jej mąż przychodził codziennie, był dla nas bardzo życzliwy, pomagał nam. Cierpiała bardzo długo. Kiedy zmarła, napisał do nas list. To było bardzo wzruszające, bo rzadko zdarza się w Polsce taka wdzięczność bliskiego pacjenta, który dostrzega naszą ciężką pracę.

Fragmenty książki Weroniki Nawary W czepku urodzone. O niewidzialnych bohaterkach szpitalnych korytarzy, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2019

Fot. Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta

Wydanie: 13/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy