Pielęgniarki utknęły na granicy

Pielęgniarki utknęły na granicy

Kto jest winny temu, że dyplomy absolwentek liceów medycznych nie są uznawane w Unii? Maria Kaliska w białostockiej przychodni pracuje od 13 lat. Jest wykwalifikowaną i doświadczoną specjalistką. Zarabia 800 zł. Ze szpitala odeszła, bo bała się odpowiedzialności na nocnym dyżurze, gdy pod jej opieką było kilkadziesiąt osób. Z przychodni odejdzie, bo na Zachodzie obiecano jej zarobki dziesięć razy wyższe niż w Polsce. Białostockie wraz z Dolnym Śląskiem ma najwięcej starających się o wyjazd pielęgniarek. Ale już w innych regionach często kończy się na marzeniach. Na razie exodusu pielęgniarek nie będzie. – Bardziej masowe wyjazdy nastąpią (jeśli sytuacja kobiet się nie zmieni) dopiero za kilka lat. Wtedy studia pielęgniarskie ukończą panie, które całą naukę podporządkowały temu celowi. Będą znakomicie znały język i oczekiwania nowych pracodawców – mówi Ewa Taranta z białostockiej izby pielęgniarek. Gorsze wykształcenie Dziś wiele kobiet przeżywa rozczarowanie, gdy w izbach pielęgniarskich chcą otrzymać potwierdzenie swoich kwalifikacji. – Niestety, absolwentki liceów medycznych i medycznych szkół zawodowych mają dyplomy, które nie są uznawane w innych krajach Unii. Nie spełniają jednego z wymogów – 4,6 tys. godzin praktyki – mówi Elżbieta Buczkowska, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. – To dyskryminacja i krzywda dla prawie 60% pielęgniarek. Winne są polskie władze, które w czasie negocjacji traktatu nie zadbały o odpowiednie zapisy. Elżbieta Buczkowska śle w tej sprawie pisma do premiera i czeka na termin spotkania. – Te „gorsze” siostry muszą udowodnić, że pracowały w zawodzie w ciągu pięciu lat z ostatnich siedmiu – mówi Ewa Bebel z gdańskiej izby pielęgniarek. – Z 12 tys. naszych koleżanek zaświadczenia dostało 200. Właściwie codziennie mamy pytania w tej sprawie, wiele osób jest niemile zaskoczonych, bo okazuje się, że jeśli kilka lat nie pracowały w zawodzie, nie mają żadnych szans, by ich dyplom został uznany. W praktyce każde państwo stosuje inne zasady w stosunku do pielęgniarek bez uznanych kwalifikacji. – Muszą przejść testy umiejętności lub staże adaptacyjne – mówi Krystyna Rymarczyk z białostockiej izby. – Najżyczliwsze są Włochy, ale wszędzie wykorzystuje się „gorsze” dyplomy, by proponować kobietom marniejsze stanowiska, no i oczywiście niższe pensje. Pielęgniarka we Włoszech zarabia ponad 1 tys. euro, w Niemczech – 2 tys., w USA nawet 3,5 tys. dol. miesięcznie. Dla Krystyny z oddziału intensywnej terapii jednej z warszawskich klinik są to sumy zawrotne. Jednak na razie nie myśli o wyjeździe. Do zawodu wróciła po kilkuletniej przerwie, dopiero dwa lata temu. Dziś boi się kłopotów. Jedna z jej koleżanek pojechała z takimi tylko zawodowymi papierami, no i zatrudniono ją na okres próbny. Inna pracuje w domu opieki społecznej, a marzył się jej prawdziwy szpital. Jak jest kaczka po angielsku? – Poważną przeszkodą okazały się także kłopoty z angielskim – mówi Jacek Molicki z firmy JobNet, pośredniczącej w wyjazdach. – Wiele rozmów telefonicznych zostaje panicznie przerwanych, gdy proponuję najprostszą wymianę zdań w języku obcym. Wtedy kobieta tłumaczy mi, że zadzwoni za dwa tygodnie, bo musi się przygotować. A ja wiem, że z jej planów już nic nie będzie. No i potwierdzam, że na rynku amerykańskim, bo tylko takimi wyjazdami się zajmujemy, odrzucane są także papiery osób po liceach medycznych. Wiem, że absolwentki są bardzo dobrymi pracownicami, ale reguły tamtejszego rynku są bezwzględne. Te bezwzględne reguły powodują, że osłabł entuzjazm do amerykańskiej przygody. Najpierw zza oceanu płynęły sygnały, że potrzeba tam aż 200 tys. pielęgniarek, czyli tyle, ile pracuje w Polsce. Potem zaczęły przyjeżdżać emisariuszki, np. Kathleen Ann Long, dziekan Wydziału Pielęgniarstwa Uniwersytetu Florydy, która zapewniała, że Polki będą mogły pracować w ich systemie opieki zdrowotnej tak długo, jak będą chciały. Potem zaczęły się zgłaszać kandydatki. I stanęły przed zbyt stromą drabiną. – Procedura jest skomplikowana – mówi Jacek Molicki. – Trzeba zdać testowy egzamin zawodowy w języku angielskim, czyli przebrnąć przez 260 pytań. Na jedną odpowiedź ma się ok. minuty. Egzamin jest organizowany trzy razy do roku, poza granicami Polski, co stanowi dodatkowe utrudnienie. Kolejny szczebel drabiny to egzamin

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2004, 51/2004

Kategorie: Kraj