Pierwsze dni wolnej Pragi

Pierwsze dni wolnej Pragi

Powstanie warszawskie: każdy czekał z utęsknieniem na koniec tego siedzenia w piwnicach


TERAZ JEST POLSKA!!!

Na Pradze wszyscy znali się na wojnie. Kiedy zaczęło grzmieć od huku dział, jakby gdzieś daleko szalała burza z piorunami, nikt nie wątpił, że to… ruscy ruszyli.

Nie było takiego, kto by nie czekał na to z utęsknieniem, na koniec siedzenia w piwnicach. Może wreszcie przestaną lecieć nam na głowę pociski?!

Tej nocy cały nasz dom drżał także od przejeżdżających ulicą czołgów i wozów pancernych. Co będzie dalej?

Nad ranem wszystko ucichło. Ludzie wyszli z piwnic i tłoczyli się w bramie. Nadsłuchiwali. Aż ponownie zazgrzytały gąsienice. Na skrzyżowaniu Stalowej i Środkowej, kilkadziesiąt metrów od naszego domu, zatrzymał się czołg. Kilka osób ostrożnie wychyliło głowy.

– Znowu szkopy? Nie, chyba ruscy – rozgorzał spór.
– To Polacy! – krzyknął Dudzik.

Wszyscy zaczęli wybiegać na ulicę. Z sąsiednich kamienic też. Wokół „T-34” z białym orłem na wieżyczce zrobiło się tłoczno. Wojaków siedzących na czołgu ściągnięto na ziemię. Zapanowała euforia. Szaleństwo. Płacz radości. Łzy leciały nawet mężczyznom. Kobiety obściskiwały czołgistów, całowały w usta, w policzki, a nawet po rękach. Udało mi się dotknąć pepeszy wiszącej na karku wąsatego kaprala.

– Na Targowej pełno naszych! – przekrzykiwał ludzi dowódca żelaznego kolosa.
– Zanieście im coś do picia! – wrzeszczał drugi.

Wróciłem do domu. Złapałem za litrową butelkę i zacząłem nalewać wodę.

– Dzieciaku! Zgłupiałeś? Im trzeba bimbru – zastopował mnie ojciec.

Pobiegłem bez butelki. W okolicy cerkwi, budynku gimnazjum Władysława IV, pod budynkiem Dyrekcji PKP i na całej ulicy Targowej kłębiło się od koni, furmanek, ciężarówek, działek i czołgów. Żołnierze siedzieli na trawie i na krawężniku chodnika, przewijali na nogach onuce, robili skręty z kawałków gazet i opychali się tuszonką z puszek. Pojawiła się butelka samogonu. Każdy brał po łyku, prychał z uznaniem, wycierał usta rękawem i podawał dalej.

Popędziłem w kierunku mostu Kierbedzia. Myślałem, że cała Warszawa jest już wolna, chciałem zajrzeć na Starówkę, do Ogniska na Długiej, zobaczyć mojego wychowawcę „Dziadka” Lisieckiego i kolegów.!

Minąłem zburzony kościół św. Floriana, a chwilę później stanąłem jak wryty: przęsła mostu leżały w wodzie, tylko pierwsze trzymało się na filarze.

– Ej, malczyk! Uchadi stamtąd, bo niemiaszki strelą ci w rzopu – usłyszałem głos z dołu wysokiego nasypu.

Kilku żołnierzy w polskich mundurach stało przy karabinie maszynowym. Jeden z lornetką obserwował Powiśle. „A więc po drugiej stronie Wisły są Niemcy?!” – byłem zawiedziony.
W drodze powrotnej do domu zauważyłem gromadę ludzi wokół budynku niemieckiego przy ul. Floriańskiej. Wynosili szafy, biurka, krzesła… Zaczął się szaber. Pobiegłem do domu po kumpla. Wzięliśmy woreczki. Te na kartofle. W opuszczonej kamienicy znalazłem gumę na zelówki, żelazko z duszą, stolnicę, wałek do ciasta, kilka żarówek, młotek, lampkę nocną i jakieś sandały. Wiesiek też miał pełny worek zdobyczy.

Przed naszą bramą na Środkowej stał krawiec Maszkiewicz, przewodniczący Komitetu Domowego. Jakby specjalnie na nas czekał. Kazał opróżnić woreczki na samym środku podwórka. I mówił głośniej, niż trzeba. Żeby słyszeli wszyscy sąsiedzi:

– Chłopaki! Teraz już jest Polska! Mamy wolną Polskę! Trzeba skończyć z takimi kradzieżami. Ziemniaki… to co innego. Albo pomidory. Ale to? – Pokazał palcem. – Z tym musicie skończyć.

Zrozumiano?

Chciałem się postawić, co mu do tego? Co go to obchodzi? Niech pilnuje swojego nosa… ale słowa „teraz mamy Polskę” zabrzmiały mi w uchu dziwnie mocno. Machnąłem ręką.
Cała kamienica zazdrościła Waszczukom z parteru. Ich mieszkanie wybrał na swoją kwaterę por. Lędzioł. A każdy by chciał, bo pan porucznik płacił chlebem i puszkami tuszonki, smacznej jak rzadko co. Był bardzo miły, chętnie rozmawiał.

Najbardziej zamęczał go krawiec Maszkiewicz. Twierdził:

– Rosjanie załatwiają Warszawę rękami Niemców, czekają, zamiast ją wyzwolić.

Porucznik przekonywał:

– Nikt nie uzgadniał powstania z dowództwem frontu… walki są niepotrzebne, bo i tak byśmy wszystkich wyzwolili…

Nie za bardzo rozumiałem, o co chodzi. Od Lędzioła usłyszeliśmy, że na Saskiej Kępie trwa desant kościuszkowców na Czerniaków. Pobiegłem nad Wisłę w jednej chwili, chciałem zobaczyć, jak Polacy zdobywają Warszawę. Pogoniła mnie do domu kobieta w mundurze i w czarnym berecie. Kierowała ruchem.

O szczegółach forsowania Wisły przeczytałem w „Pamiętnikach” Jerzego Kirchmayera, generała, historyka, uczestnika kampanii wrześniowej i powstania warszawskiego.

Pragę wyzwoliły jednostki 47. Armii Radzieckiej i oddziały 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki.

Most Kierbedzia i kościół św. Floriana Niemcy wysadzili w nocy z 13 na 14 września, kilka godzin przed wkroczeniem Rosjan i Polaków. Podobny los spotkał mosty Poniatowskiego i Średnicowy…

Wojsko Polskie ruszyło do forsowania Wisły już 16. dnia września o 4 rano.

W okresie sześciu dni na warszawski brzeg przepłynęło 2400 żołnierzy 3. Dywizji Piechoty.

Desant załamał się. 1. Armia WP poniosła ciężkie straty: zginęło 376 żołnierzy, a 1467 zostało rannych.

Ostatni meldunek nadany przez kościuszkowców z terenu Czerniakowa brzmiał: „Skierujcie ogień na nas”.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 36/2016

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy