Pierwszy sztych Mateusza Morawieckiego

Pierwszy sztych Mateusza Morawieckiego

W pamiętną dla Przysuchy sobotę 1 lipca poseł Jarosław Kaczyński wyznał przed swoim ludem, że coś mu zgrzyta. Szło, szło – mówił, a teraz nie idzie.

Gdyby następnego dnia nie było niedzieli, wypadki potoczyłyby się zapewne błyskawicznie i od rana panowałby ruch na budowach „mieszkań plus”, bo na tym odcinku zazgrzytało prezesowi partii kierującej. Tymczasem dopiero w poniedziałek, 48 godzin po wystąpieniu objawu chorobowego u posła Kaczyńskiego, widzowie „Wiadomości” zobaczyli wicepremiera Morawieckiego ze szpadlem w spracowanych dłoniach i ekipą telewizyjną pod ręką.

Wicepremier nie był sam. Stał w szeregu ludzi równie jak on gotowych do pracy. Wyglądali jak powojenni junacy z ochotniczej brygady Służby Polsce, tyle że bez nagich torsów i wystających żeber, wyraźnie lepiej odżywieni i w markowych garniturkach. Stanęli na jakimś trawniku przed gigantyczną wywrotką i już mieli zadać ziemi pierwszy sztych, kiedy z offu padła jakaś niesłyszalna dla widza komenda i brygada wykonała nagle w tył zwrot. Jak się zdaje, dopiero w tym momencie zjawił się na planie zdjęciowym dotąd niewidoczny i spóźniony majster od propagandy. Ustawił dostojników z łopatami frontem do roboty i do kamery, wyrównał szyk jak do Polskiej Kroniki Filmowej i zakomenderował: kamera, akcja!

Doświadczeni w podobnych ustawkach budowlańcy przebierańcy sprawnie wykonali pierwszy ruch, ale zaraz stanęli w kadrze, bo nie wiedzieli, co zrobić z ziemią na łopatach. Reżyser skopał plan zdjęciowy. Brygadę miał przed kamerą, ale brygada miała wywrotkę w tyle wizji. Musiałaby rzucać wykopany urobek na pakę za siebie, przez głowę, tak jak na budowach robią to koparki, kiedy nie ma telewizji ani żadnego zjazdu partyjnego. A kto zapłaci za upaprane marynarki?

Zresztą nie wiadomo, czy widoczna ciężarówka była pusta. Mogła przecież już na plan zdjęciowy nowego placu budowy „mieszkań plus” przywieźć kilka ton piasku. Widzowie „Wiadomości” pamiętają, że w takiej świeżo usypanej kupie, w Białymstoku bodaj, niedawno osobiście grzebnął łopatką poseł Kaczyński, inaugurując nowy program. Reżyser nie wiedział, jaki wariant inauguracji wybierze wicepremier – z trawnikiem czy z piaskiem – i poszło byle jak. Jeden zrobił kopczyk przed sobą, drugi rzucił na wiatr, co miał na łopacie.

Zastanawiające, że dzisiejszy rząd najpierw kopie, kiedy coś buduje przed kamerą. I używa szufli, zamiast przyjść z piłami i zacząć od wycinki. Poprzednicy, o ile pamiętam, woleli kielnie. Wydaje się, że w tej ciężkiej pracy na rzecz elektoratu uporczywie i niesłusznie pomijany jest młotek.

Niedostatki sceny na trawie w Gdyni w pierwszy poniedziałek po Przysusze „Wiadomości” nadrobiły na obrazku Polską pełniusieńką „mieszkań plus” w budowie, tak by w nocy z poniedziałku na wtorek ustało zgrzytanie w uchu prezesa. Wicepremier musiał jednak coś jeszcze dodać do tego kojącego obrazka, co czuł na sumieniu, bo w tej samej Przysusze miał poważne i publicznie zademonstrowane zawahanie, czy może się napić wody ze szklanki Jarosława Kaczyńskiego.

Powiedział coś najpierw bez sensu, chociaż po angielsku (my house is my castle), ale sam się zorientował, że tak się nie uda wymazać higienicznej gafy. Zaintonował więc ulubiony refren: taniej, lepiej i więcej od poprzedników. W ten sposób – mówił z trawnika w Gdyni do kamery, czyli do narodu – zbudujemy o kilkanaście tysięcy, o kilkadziesiąt tysięcy, o 100 tysięcy więcej mieszkań, niż budowano.

To wielka sztuka tak mnożyć osiągnięcia na jednym oddechu, żeby sukces obwieszczony na początku zdania był najpierw trzy, potem cztery, a najlepiej dziesięć razy większy, zanim mówca postawi kropkę. Perfekcyjnie zademonstrował tę sztuczkę Marek Kondrat za poprzedniej IV RP w profetycznym przemówieniu na temat, kiedy nasza kiełbasa prześcignie ich kiełbasę. Niepokonany na tym polu będzie chyba na wieki pewien krawiec mężczyźniany z Homla o nazwisku Lejzorek Rojtszwaniec, który za władzy radzieckiej najszybciej na świecie mnożył króliki w sprawozdaniach.

Markowi Kondratowi nikt nie zaoferował teki rządowej, ale też nie z tego powodu artysta porzucił aktorstwo. Lejzorka wzięto za sowieckiego szpiega, kiedy postanowił szukać szczęścia w Polsce.

Wydanie: 28/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy