Pies – prymus w nauce o człowieku

Pies – prymus w nauce o człowieku

Z pasją nas obserwuje. Kiedy nie śpi, w każdej sekundzie śledzi nasze zachowanie

Jak wiedzą dzisiaj badacze, żadne inne zwierzę nie stało się takim znawcą ludzi jak pies. Jest mistrzem w odgadywaniu naszego zachowania i interpretowaniu zamiarów. I komunikuje się z nami tak intensywnie i na tak różnorakie sposoby, że wielu ludzi czuje, iż pies ich rozumie, niekiedy lepiej niż istoty ludzkie.

„On rozumie każde słowo”, mówią właściciele psów co najmniej równie często, jak „on nic złego nie robi”.

Ten jedyny w swoim rodzaju związek człowiek-zwierzę stał się ważną dziedziną badań. Wiele instytutów na całym świecie bada, na czym on polega i jak głęboko rzeczywiście sięga. Wśród nich jest także największy obecnie ośrodek badania psów na świecie. Nazywa się Family Dog Lab i należy do Wydziału Biologii Uniwersytetu im. Lóranda Eötvösa w Budapeszcie. Prowadzi go 55-letni zoolog Adam Miklósi, który jest także kierownikiem całego wydziału. Od założenia w 1994 r. Family Dog Lab opublikowało ponad 100 opracowań i co roku ukazują się nowe. Większość badań skupia się na kwestii, na jakiej zasadzie działa komunikacja między człowiekiem i psem. A także jakie procesy neurologiczne biorą w tym udział.

I tak niedawno węgierscy badacze odkryli, że w mózgach ludzi i zwierząt aktywne są bardzo podobne obszary, gdy chodzi o przetwarzanie głosów. Także reakcja na emocjonalne zachowania, np. płacz lub śmiech, u psów następuje w podobnych rejonach mózgu co u człowieka. Ta zgodność w obróbce informacji społecznych mogłaby być wyjaśnieniem, dlaczego nasze współżycie tak dobrze funkcjonuje. Jednym z wielu wyjaśnień.

To badanie mogło zresztą zostać przeprowadzone tylko dlatego, że pewna badaczka wytresowała biorące w nim udział psy, by przez kilka minut leżały bez ruchu w aparacie do rezonansu magnetycznego przy zachowaniu pełnej świadomości, pomimo dużego hałasu i ciasnoty. Już samo to właścicielowi psa, znającemu strach swojego czworonoga przed gabinetem weterynaryjnym, może wydać się cudem.

Laboratorium dr. Miklósiego znajduje się na brzegu Dunaju i trafia się do niego bardzo łatwo, wystarczy podążać za psami. Siedzą przy wejściu głównym do budynku uniwersytetu, wjeżdżają windą na szóste piętro, gdzie znajduje się instytut. Wchodzą lub wychodzą albo jako kandydaci do różnych badań, albo dlatego że należą do współpracowników. Po korytarzach wędrują studenci. Niektórzy zbierają się w kuchence, gdzie można zrobić sobie herbatę, stoją razem w grupkach. Korytarz wielokrotnie załamuje się pod kątem prostym. Wszędzie jest gwarno jak w ulu, ale nigdzie nie widać Adama Miklósiego. Czyżbym go przeoczyła? Kilka skrętów wstecz i nagle go dostrzegam. Szczupły mężczyzna średniego wzrostu ze szpakowatą bródką. Stoi odwrócony plecami do mnie, przy drzwiach do pomieszczenia konferencyjnego. Rozmawia z kolegami, gestykulując.

Adam Miklósi ma żywy temperament, włosy nieustannie opadają mu na twarz. Ledwie uścisnął mi rękę i przedstawił mnie swoim współpracownikom, już siedzi przy stole konferencyjnym gotowy, by zacząć. (…)

Miklósi nie od samego początku był badaczem psów. Najpierw pracował nad rybami, jednak na początku lat 90. uniwersytet nastawił się na badania czworonogów. Miklósi był wtedy za granicą. Kiedy wrócił, trafił w sam środek reorganizacji wydziału i dowiedział się od swojego profesora, że od tej chwili będą prowadzić prace z psami.

– To był najgorszy dzień w mojej karierze – mówi. Wprawdzie lubił psy, nie mógł sobie jednak w ogóle wyobrazić siebie zaangażowanego w takie badania. To była zupełnie nieznana dziedzina, nie tylko dla niego. Dodatkową nowością było to, że od początku ustalono, iż nie będą pracować z psami laboratoryjnymi, lecz z takimi, które mają właściciela i przychodzą z zewnątrz. Ale jak mieliby coś takiego planować? Ówczesnego statusu psów zupełnie nie dało się porównać z dzisiejszym. Zwierzęta biegały po podwórkach lub mieszkały w budach, szczekały, pilnowały domów. Jeszcze długo nie były członkami rodzin o takim znaczeniu, jakie mają dzisiaj. Nie było także szkół dla psów ani treserów, ani stowarzyszeń sympatyków psów, ani niczego w tym rodzaju. (…)

23 lata później ten sam Adam Miklósi nazywa psa, stanowiącego obiekt badań, szczęśliwym przypadkiem. A nawet więcej: odkrycie psa jako obszaru badawczego, mówi, jest prawdziwą rewolucją.

Szczęśliwy przypadek dla nauki

Psy są łatwo dostępne na całym świecie. Indyjski naukowiec może wyjść na ulicę i przeprowadzić eksperyment z 10 psami. To, co odkryje, może bez większego wysiłku sprawdzić kanadyjska specjalistka. W nauce doświadczenia muszą być powtarzalne, w przeciwnym razie nie mają wielkiej wartości. Nauka nie dysponuje tak wielką liczbą kruków. Podobnie jest z małpami człekokształtnymi. Ale psy? Nie ma problemu. To istotna przyczyna tego, że prowadzi się nad nimi tak wiele badań i że w tak krótkim czasie uzyskano tyle ciekawych wyników. Obecna pilna krzątanina to także próba odrobienia tego, co zostało zaniedbane do lat 90., kiedy jeszcze myślano, że psy są wilkami, tylko pośledniej jakości. I wydawało się, że poważne badania zwierzęcej inteligencji mogą – o ile w ogóle próbowano je wykonywać – być prowadzone tylko na małpach człekokształtnych.

– Zbyt długo koncentrowaliśmy się tylko na naczelnych i szczurach – mówi Adam Miklósi.

Prowadziło to także do błędnych wniosków. Przez długi czas małpy człekokształtne były uznawane za najbardziej inteligentne. Uważano, że jeśli one nie dają sobie z czymś rady, to inne zwierzęta tym bardziej nie sprostają wyzwaniu. I tak jeszcze około 20 lat temu zakładano, że żadne zwierzę nie jest w stanie zrozumieć gestów wskazujących, ponieważ nie potrafią tego szympansy. (…)

Podczas gdy początki udomowienia wciąż jeszcze są zagadką, o wiele lepiej znamy jego rezultat: zwierzę z legendarnym darem obserwacji, które do dziś nieustannie doskonali swoją zdolność rozumienia nas, ludzi. Pies z pasją nas obserwuje. Kiedy nie śpi, w każdej sekundzie śledzi nasze zachowanie. Dokładnie przygląda się ludzkim gestom oraz mimice i próbuje odkryć, co też takiego mamy zamiar za chwilę zrobić i co to dla niego oznacza. Gdy zatopieni w myślach spojrzymy na lodówkę, nie umknie to jego uwadze, bo może przecież oznaczać, że za chwilę pojawi się jedzenie.

W Family Dog Lab, ale też w wielu innych instytutach w ramach niezliczonych projektów badawczych przebadano, jak się taki dar postrzegania objawia. I tak zdolność rozumienia gestów wskazywania badacze odkryli za pomocą swego rodzaju gry w trzy kubki. W czasie eksperymentu pod nieobecność psa ukrywali smakołyk pod jednym z dwóch kubków. Następnie pies mógł wybierać. Gdy trącił nosem lub łapą niewłaściwy kubek, nic nie dostawał. Zdarzało się to regularnie, kiedy człowiek nie dawał mu żadnych wskazówek. Bez wskazania palcem pies zgadywał i raz trafiał, raz nie. Najwyraźniej dobry węch przy tym zadaniu nie był dla niego żadną pomocą, zawartości naczynia nie dało się wywąchać.

Wyglądało to zupełnie inaczej, gdy prowadząca doświadczenie osoba wskazywała na właściwy kubek. Wtedy większość psów od razu znajdowała smakołyk, przy czym nawet nie było konieczne wskazanie ręką. Wystarczało, że człowiek tylko spojrzał na kubek albo udzielił wskazówki ruchem głowy. Okazało się przy tym, że już sześciotygodniowe szczenięta opanowują tę umiejętność. Mogłoby to oznaczać, że rozumienie ludzkich gestów pokazywania, pozyskane poprzez długi związek z nami, przeszło do zespołu cech dziedzicznych (genomu). (…)

Jedno z ustaleń z przeprowadzonych badań psów: czworonogi nie tylko potrafią nas wnikliwie obserwować, lecz także mają swoje metody, by skłonić nas do działania. Wskazuje na to pewne doświadczenie, które również przeprowadzono w węgierskim Family Dog Lab. Kiedy psy napotkają nierozwiązywalny problem, wykorzystują ludzi jako narzędzie.

Adam Miklósi i jego koledzy ukryli kawałki mięsa dla dziewięciu psów poza ich zasięgiem. Siedem z nich już po minucie przerwało swoje wysiłki dokonywane w celu dosięgnięcia pożywienia i w poszukiwaniu pomocy zaczęło spoglądać na swoich właścicieli. Spośród oswojonych siedmiu wilków, które przetestowano dla porównania, tylko dwa w ogóle nawiązały kontakt wzrokowy ze swoim właścicielem, jednak nie był on tak długi i intensywny jak w przypadku psów. Jest to zrozumiałe, albowiem w świecie wilków patrzenie prosto w oczy uchodzi za agresję. Kto wpatruje się w stojącego naprzeciwko osobnika, z reguły jest nastawiony na kłótnię. Z ludźmi nie można się jednak komunikować, kiedy nie chce się na nich patrzeć. Czy na tym mógłby polegać jeden z powodów, dlaczego człowiek i wilk niegdyś się spotkali? Biolog Miklósi uważa to za wielce prawdopodobne. Kiedyś we wczesnym okresie udomawiania musiały pojawić się wilki, które zareagowały bardziej ochoczo niż inne na komunikację w ludzkim stylu, dzięki czemu lepiej nadawały się na towarzyszy i w ten sposób zapoczątkowały ród naszego pierwszego zwierzęcia domowego.

Dzisiaj psy uważają ruchy oczu człowieka za nadzwyczaj interesujące. Śledzą je bardzo dokładnie, jak stwierdzili badacze z Family Dog Labs, posługując się metodą o nazwie eye tracking (badanie okulograficzne), dzięki której rejestruje się ruchy oczu psa. Jednak selekcja ze względu na zdolności odpowiadające ludzkim nie wyjaśnia jeszcze całkowicie, dlaczego psy tak bezgranicznie zdały się na nas. Jest w tym pewien paradoks. Psy jako zwierzęta domowe żyją w świecie, w którym są całkowicie od nas zależne. Muszą odnaleźć się w środowisku innego gatunku, którego reguły nie są ich regułami. Im lepiej znają ludzi, tym łatwiej im to przychodzi. (…)

Czy wiedzą, co mówimy?

Od kiedy pies żyje z nami, słyszy mówiących ludzi, a kiedy się do niego zwracamy, używamy słów. Czy prymus w nauce o człowieku chwyta także coś z naszej mowy? Kiedy pomyśli się o słynnym psie rasy border collie wabiącym się Chaser, trzeba powiedzieć: tak. Po wieloletniej nauce suka z USA opanowała słownictwo dotyczące 1022 pojęć, głównie nazwy zabawek, które wszystkie potrafi rozróżnić. Ponadto rozumie znaczenie trzech różnych czasowników – przynieść, położyć (łapę) i szturchnąć (nosem) – i potrafi je połączyć z zabawkami. Poza tym umie podzielić swoje zabawki na kategorie, wie na przykład, która z nich należy do piłek, a która do pluszowych zwierzątek. Nowych słówek suka uczy się przez to, że porównuje je ze swoim starym słownictwem, dokładnie tak samo jak małe dziecko podczas nauki języka. Kiedy położy się nieznaną zabawkę na olbrzymiej stercie przedmiotów należących do Chaser i wypowie słowo, którego jeszcze nigdy nie słyszała, wie, że musi to być nazwa nowego obiektu. I dokładnie ten wybiera. Takimi mistrzowskimi umiejętnościami zwykły pies domowy z reguły nie może się wykazać. Ale także on rozumie więcej z tego, co mówimy, niż się dotąd wydawało.

Budapeszteńscy naukowcy już w 2016 r. wykazali, że mózg psa przetwarza dźwięki w obszarach odpowiadających ludzkim. Badania tego rodzaju prowadził 37-letni Attila Andics. Nie był jednak w pełni zadowolony z wyników. Zadał sobie pytanie, czy psy także reagują na słowa, które znają, a jeśli tak, to w jaki sposób. W codziennym potoku języka mówionego stale znajdują się pojedyncze wypowiedzi, które mają dla nich znaczenie, przede wszystkim pochwały, takie jak: „świetnie zrobiłeś”, „super” albo „dobry pies”. I te słowa z kolei są wymawiane przez ludzi z odpowiednią intonacją.

Attila Andics siedzi w kuchence w Family Dog Lab i z entuzjazmem opowiada o doświadczeniu, podczas którego badano psy w aparacie do rezonansu magnetycznego.

– To było niesamowite osiągnięcie Márty – mówi – że nakłoniła psy do tego, by chętnie wskakiwały do środka i leżały tam całkowicie nieruchomo. Márta Gácsi, również biolog, brała udział w tym eksperymencie i tresowała zwierzęta. I rzeczywiście: na nagraniu wideo, które pokazuje mi Andics, można wyraźnie zobaczyć, jak jeden z psów, mały biały mieszaniec, niemalże nie może się doczekać, aż przyjdzie jego kolej. Tańczy wokół nóg badaczy, którzy akurat zakładają labradorowi słuchawki przed wsunięciem go do rury. Raz za razem biały kundelek próbuje wskoczyć na stół do badań.

Podczas badań z wykorzystaniem skanowania mózgu Andics odkrył, że psy rzeczywiście reagują na znane sobie słowa. Ale nie tylko, rejestrują bowiem także intonację, z jaką się do nich mówi – i to w taki sam sposób jak my. (…)

Jak pachnie czas?

Legendarny psi nos nieustannie i wciąż od nowa fascynuje. Psy użytkowe mają za zadanie wywęszyć np. występowanie komórek rakowych w ludzkim ciele, trufle w ziemi, najsłabszą woń materiałów wybuchowych. Jak utrzymuje amerykańska badaczka psów Alexandra Horowitz, dobrze wytrenowane psy rozróżniają nawet po zapachu jednojajowe bliźnięta. Potrafią jeszcze więcej: wyczuwają nosem czas.

Pomieszczenia, w których przebywamy, pełne są krążących cząsteczek zapachowych. Wśród nich są te, które należą do naszego własnego zapachu, a także te, które przynieśliśmy ze sobą z zewnątrz. Z czasem niektóre zapachy słabną. Dochodzi zatem do zmiany śladów zapachowych w pomieszczeniu i to jest coś, co psy mogą wyczuwać w porządku chronologicznym. Kiedy właściciel psa rano idzie do pracy i zostawia zwierzę, by wrócić koło południa, pies może śledzić zacieranie się ludzkiej nuty zapachowej, która jest obecna w mieszkaniu, i po określonym stopniu pozostałej intensywności rozpoznać, kiedy przychodzi czas powrotu jego człowieka. Pies dosłownie wyczuwa węchem upływ czasu. Rejestruje, jak wraz z podnoszącą się temperaturą ogrzewa się pomieszczenie i przez to zmieniają się cząsteczki zapachowe. Wczesny poranek pachnie inaczej niż popołudnie. To znaczy pies wie także, jak długo czeka już na swojego człowieka. Psy najwyraźniej wcale nie żyją wyłącznie w „tu i teraz”, jak często można przeczytać, co sprawia, że szukającym wymówki właścicielom łatwiej przychodzi zostawianie ich samych na długie godziny.

Także na zewnątrz, kiedy wychodzą na spacer, są w stanie węchem wyczuwać obok siebie przeszłość i teraźniejszość. Ślad zapachowy, jaki dopiero co pozostawił pies sąsiada, uderza im w nozdrza o wiele silniej niż inny, który ma już dobrych kilka godzin. Alexandra Horowitz opisuje, jak bloodhoundy, a jest to rasa psów o fantastycznych zdolnościach węchowych, mogą śledzić zapach zaginionych ludzi jeszcze po kilku dniach i odkrywają także, w którym miejscu drogi dwóch osób się rozeszły. Jak precyzyjnie pracuje psi nos, badacze sprawdzali w taki sposób, że na jednej z pięciu szyb umieszczali ludzki odcisk palca. Owe fragmenty szkła chowano następnie na różne okresy, od kilku godzin do trzech tygodni. Potem je wyjmowano. Bloodhoundy musiały zidentyfikować szybkę, na której znajdował się odcisk palca. Jednemu psu udało się to 94 razy na 100 prób. On też zidentyfikował węchem fragment szkła z ludzką nutą zapachową nawet po tym, jak przez siedem dni leżała na dachu na świeżym powietrzu, wystawiona na działanie słońca, wiatru i deszczu.

Fragmenty książki Kathariny Jakob Ukryty geniusz zwierząt, przekład Bartosz Nowacki, Prószyński i S-ka, Warszawa 2019

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 19/2019

Kategorie: Nauka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy