Piłkarze z YouTube

Piłkarze z YouTube

Liczba obcokrajowców w polskiej lidze to głównie efekt zdolności perswazyjnych menedżerów, a nie umiejętności zawodników

Jeszcze nie tak dawno zatrudnienie zagranicznego piłkarza wywoływało kibicowską euforię – wierzyliśmy, że „nasz” Argentyńczyk czy Brazylijczyk będzie drugim Ronaldem lub chociażby kolejnym Olisadebe. Dziś nastroje są trochę inne, bo co trzeci zawodnik biegający po boiskach Ekstraklasy jest obcokrajowcem. Liczba ta ciągle wzrasta i oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby podnosił się również poziom, ale tak nie jest. Problem jest zakorzeniony głęboko w mentalności piłkarskich decydentów – brakuje długoterminowej myśli i profesjonalizmu. Dlaczego więc kiedy wielcy światowego futbolu stawiają na piłkarską wielokulturowość, wychodzi im to na dobre?
Kluby T-Mobile Ekstraklasy zatrudniają obecnie 140 obcokrajowców różnych narodowości. Dominują nasi południowi sąsiedzi oraz piłkarze z Bałkanów. Sporo jest też Brazylijczyków czy graczy z krajów afrykańskich. Problem leży jednak nie w ilości, ale w jakości. Od kilku lat polityka polskich klubów (nie wyłączając potentatów – Legii, Wisły czy Lecha) przypomina nie tyle grę w piłkę, ile loterię. Masowe zaciągi zagranicznych piłkarzy to transfery głównie nieudane lub bardzo nieudane, zaledwie pojedynczy gracze okazują się prawdziwymi perełkami. Dla polskiej piłki są to toksyczne transakcje, za które nikt nie chce brać odpowiedzialności. Nie ma w tym nic dziwnego, dyrektorzy sportowi muszą się przystosować do życia w chorej rzeczywistości panującej na klubowych korytarzach. Piłkarscy decydenci stworzyli swego rodzaju błędne koło – prezesi i menedżerowie żądają gigantycznych sum za przeciętnie utalentowanych Polaków. Tym samym odpychają potencjalnych kupców z polskiej ligi, zmuszając ich do przeszukiwania rynków zagranicznych.

Menedżerski kapitalizm

Nie ma tutaj miejsca dla prawdziwych fachowców, którzy są w stanie realnie ocenić potencjał kandydata. Liczy się menedżer i jego znajomości. – Liczba obcokrajowców w Polsce to głównie efekt zdolności perswazyjnych menedżerów. Wpychają do klubów piłkarzy niemających odpowiednich umiejętności do gry w Ekstraklasie, prezesi im wierzą i inwestują w tych zawodników, zamiast skupić się na rozwijaniu siatki ekspertów wyszukujących graczy z niższych lig – mówi Stefan Białas, były piłkarz i trener Legii oraz ekspert od ligi francuskiej. – W naszych realiach wystarczy strzelić 10 goli w 30 meczach i jest się piłkarzem rozchwytywanym. Cena natychmiast rośnie niebotycznie – dorzuca Tomasz Kowalczyk, dziennikarz Programu I Polskiego Radia. – Ta sytuacja jest niezrozumiała. Jakub Świerczok trafił z Polonii Bytom do Kaiserslautern tylko z powodu zaporowych cen dyktowanych przez śląski klub. To nieporozumienie, ten chłopak powinien się oswoić z Ekstraklasą, dopiero później wypłynąć do Bundesligi, w której dziś radzi sobie średnio – twierdzi Kowalczyk.
W 2009 r. głośno było o Dawidzie Nowaku, napastniku GKS Bełchatów, który po udanym sezonie zwrócił uwagę Legii Warszawa. Górniczy klub, świadomy potencjału finansowego właścicieli Legii, za swojego piłkarza zażądał kosmicznej sumy miliona euro. Co oczywiste, Legia racjonalnie oceniła wartość napastnika i nie zgodziła się na tę kwotę. Za nieco mniejsze pieniądze stołeczny klub sprowadził Hiszpana Mikela Arruabarrenę, co jednak okazało się kompletnym niewypałem. Niestety, ten schemat ciągle działa i ma się bardzo dobrze. Dzisiaj Nowak nadal gra w broniącym się przed spadkiem Bełchatowie i częściej niż na boisku bywa w gabinecie lekarskim. Teraz zestawienie miliona euro i Nowaka w jednym zdaniu budzi już tylko śmiech i pokazuje absurdalne relacje między prezesami polskich klubów.
– Kiedy przyszedłem do Borussii Dortmund, od razu zrozumiałem, że tutaj obcokrajowiec musi być znacznie lepszy niż zawodnik z Niemiec. Inaczej nie ma szans na grę w pierwszym składzie. Oni promują swoich, nie zamykając jednocześnie drogi piłkarzom z zagranicy – mówił po pierwszym sezonie w Niemczech Jakub Błaszczykowski. Podobnie wygląda sytuacja właściwie w każdym kraju na zachodzie Europy. Wzorem do naśladowania dla całego świata jest szkoła holenderska, która ze względu na niewielki kapitał ludzki pozyskuje i szlifuje obcokrajowców. Były trener Wisły Kraków, Holender Robert Maaskant, długo nie mógł się odnaleźć w naszej rzeczywistości. Zmuszony był do sprowadzenia piłkarzy z zagranicy, z którymi zdobył mistrzostwo. W kolejnym sezonie było już jednak znacznie gorzej. Brakowało im identyfikacji z klubem, a po nieudanym podejściu do Ligi Mistrzów zaczęli myśleć o opuszczeniu Krakowa. – Oczywiście, że chciałem oprzeć drużynę na tutejszych graczach. Niestety, musiałem myśleć doraźnie i sprowadzać piłkarzy z innych krajów, bo Polacy byli po prostu za drodzy. Trzeba było szukać zawodników o podobnych umiejętnościach gdzie indziej, jednak ci gracze nie zawsze się sprawdzają. Często nie potrafią się zaaklimatyzować lub są zwyczajnie za słabi – twierdzi Maaskant.
Wśród pięciu najlepiej zarabiających piłkarzy T-Mobile Ekstraklasy nie ma żadnego Polaka. O ile nie powinniśmy się dziwić wysokiemu kontraktowi Danijela Ljuboji, który gra bardzo dobrze, to pozostała piątka wzbudza w kibicach wielkie wątpliwości. Klasyfikacji przewodzi Manuel Arboleda, który po kilku dobrych sezonach znacznie obniżył loty. Kolumbijczyk przesiaduje na ławce rezerwowych, ale pobiera z klubu ok. 130 tys. zł miesięcznie. Dla porównania Marcin Kamiński, który wygryzł Arboledę ze składu, może liczyć najwyżej na 6 tys. zł. Podobnie dzieje się w Krakowie, gdzie przesiadujący na ławce Kew Jaliens zarabia 10 razy więcej niż młody Daniel Brud. A Legia? Też ma problem z najnowszymi nabytkami – Nacho Novo i Ismael Blanco inkasują 120 tys. zł miesięcznie. Obaj grają znacznie poniżej oczekiwań, w przeciwieństwie do Michała Żyry oraz Rafała Wolskiego, którzy otrzymują trzy razy mniej. Oczywiście tak wysokie kontrakty dla młodych zawodników byłyby bardzo nieodpowiedzialnym zagraniem, jednak nie możemy oczekiwać normalności, dopóki nie skończymy z rozdawaniem pieniędzy „za nazwisko”.

Łapanka z Copacabany

Sezon 2005/2006 był początkiem końca zasłużonej szczecińskiej Pogoni, która decyzją jej prezesa Antoniego Ptaka stała się klubem niemalże brazylijskim. Słynny biznesmen z Łodzi najwyraźniej stwierdził, że Polacy do niczego się nie nadają, i sprowadził do klubu kilkunastu zawodników z Brazylii, bo kto kopie piłkę lepiej niż rodacy Pelego i Ronalda? Niestety dla Ptaka, a raczej dla kibiców ze Szczecina, wynalazek ten okazał się największą klapą i pośmiewiskiem rodzimego futbolu w XXI w. Brazyliany, zagrań z piętki i wyników dwucyfrowych nie było – wręcz przeciwnie, Pogoń w pierwszym eksperymentalnym sezonie zajęła 11. miejsce w tabeli, by po roku na dobre przywitać się z niższymi klasami rozgrywkowymi. Pan Ptak stał się ofiarą tego, w czym ponoć odnosi sukcesy – kapitalizmu, tyle że kapitalizmu piłkarskiego. Innymi słowy, został perfidnie nabity w butelkę przez sprytnych menedżerów, którzy, niejednokrotnie fałszując CV pupili i obiecując cuda, sprzedali ich po cenie „jesteś tyle wart, ile chcą za ciebie zapłacić”. Większość graczy z piłką nożną na średnim poziomie nie miała nic wspólnego, złośliwi twierdzili, że była to typowa łapanka z Copacabany. Na deser warto nadmienić, że pomiędzy wynalazkami Ptaka biegali nasi utalentowani rodacy – Przemysław Kaźmierczak oraz Kamil Grosicki. Obaj niedoceniani w klubie, później stanowili o sile reprezentacji, a pierwszy grał nawet w słynnym FC Porto.
Niezrażone kluby w kolejnych sezonach nadal posiłkowały się graczami z Ameryki Południowej, licząc na cud. W piłkarskiej nowomowie pojawił się ter-
min „piłkarz z DVD”, a później bardziej pogardliwy „piłkarz z YouTube”. Po znakomitych transferach Rogera Guerreira i Edsona ówczesny dyrektor sportowy Legii Mirosław Trzeciak wielokrotnie w wywiadach przyznawał, że na celowniku są gracze o podobnym potencjale. Jak się później okazało, zakontraktowanych zawodników pierwszy raz na żywo oglądano dopiero wtedy, gdy zameldowali się w klubie. Kryterium transferu było więc jasne – kilka dobrych meczów na DVD przesłanych przez agenta i… klapa. Przykład? Choćby Brazylijczyk Junior Godoy, który przy Łazienkowskiej pobył zaledwie rok.

Którą drogą pójść?

– Brakuje nam cierpliwości w wyszukiwaniu młodych piłkarzy grających w niższych ligach. Uważam, że mamy wielu bardzo utalentowanych graczy, którzy nigdy nie dostaną szansy na grę w Ekstraklasie. Zamiast tego idziemy na łatwiznę i ściągamy marnej jakości obcokrajowców – tłumaczy Białas. Kluby z Ekstraklasy w minionych latach wynajdywały bardzo dobrych graczy kopiących na klepiskach niższych lig. Przykłady? Waldemar Sobota, Maciej Makuszewski czy Jakub Błaszczykowski. Ten ostatni, zanim trafił do przeżywającej świetny okres Wisły Kraków, grał w czwartoligowym KS Częstochowa. Sztab Białej Gwiazdy nie
zrozumiał jednak wniosków płynących z tej lekcji i w dalszych latach bez opamiętania sprowadzał zagranicznych piłkarzy. Dziś postmaaskantowska Wisła rezygnuje z dotychczasowego sposobu myślenia i zmienia politykę narodowościową. Jest to oczywiście ukłon w stronę prawicowego ruchu kibicowskiego, ale też sportowa nadzieja na lepsze czasy. Tylko czy tak radykalne decyzje mogą się sprawdzić?
Piłkarscy patrioci krzyczą, że Ekstraklasa SA powinna wprowadzić limity obcokrajowców. Według nich przyniosłoby to korzyść naszej reprezentacji. Sportowi kosmopolici są przeciwni ograniczeniom, wszak w Arsenalu czy Chelsea nikt na to nie zwraca uwagi. – W waszych realiach jest trochę inaczej, bo nie macie wielkich pieniędzy na najlepszych obcokrajowców, z drugiej strony reprezentacja cierpi na deficyt superutalentowanych Polaków. Jednak jeśli spojrzymy głębiej, polskie kluby potrzebują sukcesu międzynarodowego, który dadzą im m.in. piłkarze z zagranicy, tak by później skorzystali młodzi rodacy, mający dziś, powiedzmy, 15 lat. Legia podjęła decyzję, aby zainwestować w Akademię Piłkarską, i teraz powoli zaczyna zbierać tego owoce. Gratuluję, to dobra droga – mówił Maaskant. Białas, który przez kilka lat był trenerem we Francji, pokazuje też, że w piłkarskiej wielokulturowości nie ma niczego zdrożnego. – We Francji gra wielu obcokrajowców, którzy poprzez swoje umiejętności dużo dają rodzimym zawodnikom. Jednak tam szkolenie i wyszukiwanie graczy jest zupełnie inne – dodaje Białas. – Mamy wielu młodych piłkarzy. Krzysztof Chrapek powinien dostać zdecydowanie więcej szans w Ekstraklasie, tak samo Łukasz Teodorczyk. To gracze bardzo utalentowani, którym miejsce w składzie blokują kiepscy obcokrajowcy. Wszystko da się wyważyć. Danijel Ljuboja z Legii jest graczem wartościowym, który może wiele nauczyć młodego Polaka. Taka myśl powinna przyświecać naszym działaczom – twierdzi Tomasz Kowalczyk.

Wydanie: 20/2012

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy