Plemię Herero

Plemię Herero

Państwo, które wygrało wojnę i może narzucić pokonanemu swoją wolę, żąda odszkodowań za poniesione szkody. Większość polskiego Sejmu żąda odszkodowań wojennych od Niemiec. Kiedyż to Polska prowadziła wojnę z Niemcami? Sześćdziesiąt lat temu. Znany jest komu przypadek z historii świata, żeby zwycięzca żądał reparacji sześćdziesiąt lat po wojnie? Następne pytanie: czy Polska znajduje się w stosunku do Niemiec w takim położeniu, że może zmusić je do wypłacenia 600 miliardów dolarów, bo na tyle mniej więcej partyjna większość sejmowa ma ochotę? I wreszcie najkłopotliwsze dla tych partii pytanie: czy Polska znalazła się po wojnie w obozie zwycięzców, czy pokonanych? Gdy rosyjski prezydent oświadczył niedawno, że „razem zwyciężyliśmy”, po polskich partiach i mediach przeszedł dreszcz oburzenia. Dzieci w szkołach wszystkich stopni są uczone, że Polska wyszła z wojny pokonana i taki pogląd obowiązuje każdego, kto chce brać udział w życiu politycznym. I ten we własnym przekonaniu pokonany naród stara się zahipnotyzować silniejszych od siebie, żeby im wmówić powinność wypłacenia mu bajońskich odszkodowań sześćdziesiąt lat po wojnie.
Nie należy – objaśniają swoje postępowanie bardziej umiarkowani politycy – brać naszej uchwały dosłownie. To jest tylko gra. Chodzi nam o to, aby tylko nastraszyć rząd niemiecki w tym celu, żeby wziął na siebie zaspokojenie prywatnych roszczeń niemieckich przesiedleńców. Relacje między Niemcami a Polską nie są jednak tego rodzaju, żeby oni mieli się nas bać.
Każdy naród interpretuje historię odpowiednio do swoich interesów, a mądry naród swój interes widzi w tym, co poprawia jego położenie w międzynarodowych stosunkach sił. Polski rewizjonizm historyczny, wyrzucający nas propagandowo z koalicji zwycięzców 1945 roku jest sprzeczny z naszymi interesami. Jest zlepkiem poglądów niewiarygodnie głupich.
Nie mają racji ci, co polegają na pisanym prawie międzynarodowym. Realne stosunki sił też nie o wszystkim rozstrzygają. Istnieje jeszcze system znaczeń, który interpretuje prawo i wpływa w pewnym stopniu na działanie sił. Polacy do systemu znaczeń wnoszą obraz samych siebie jako narodu wiecznie pokrzywdzonego, który żąda od Wschodu i Zachodu przede wszystkim przeprosin, zaś od Niemców odszkodowań, bo wiadomo, że Niemcy są od tego, aby wszystkim, którzy się zgłoszą, płacić odszkodowania.
Trzeba przypomnieć cos elementarnego. Toczyła się wielka wojna Ameryki, Anglii i Związku Radzieckiego z hitlerowskimi Niemcami. Tą wojną interesował się cały świat, bo ona miała znaczenie dla całego świata. Należeliśmy do koalicji zwycięskiej i zostaliśmy wynagrodzeni terytorialnie tak sowicie, jak to się rzadko zdarza małym uczestnikom koalicji wielkich. Negowanie tego faktu jest po prostu kłamstwem, które nas osłabia w stosunkach międzynarodowych, jeżeli jeszcze nie w tej chwili, to osłabi w niedalekiej przyszłości.
Włodzimierz Kalicki w rzeczowym komentarzu („Gazeta Wyborcza”) do sejmowych obrad twierdzi, jakby to była oczywistość: „Ziemie zachodnie i północne były rekompensatą za kresy wschodnie…”. W powojennym systemie znaczeń to zdanie miało sens, chociaż prawdziwe nie było. Gdyby Stalinowi nie udało się narzucić Polsce władzy komunistycznej, korekta granicy na zachodzie i północy byłaby w najlepszym razie taka, jaką proponował Churchill albo jeszcze mniejsza. Uwierzcie Miłoszowi, skoro przykro jest wam zgodzić się z Bermanem czy Gomułką. Z rosyjskiej perspektywy, nie bardzo w tej sprawie obcej Zachodowi, nie było oczywistych racji, aby rekompensować Polsce utratę ziem ukraińskich, białoruskich i litewskich.
Przenieśmy to twierdzenie w dzisiejszy kontekst znaczeń politycznych. Dlaczego Niemcy mieliby rekompensować Polsce utratę jej kresów wschodnich? To pytanie było bez sensu, dopóki Niemcy były okupowane, dziś są niepodległe i z ich punktu widzenia jest to wątpliwość naturalna.
Wygranie wojny nie gwarantuje pasma nieustających sukcesów. Anglia w wyniku wojny osłabła, utraciła imperium. Polska pozostawała w głębokim konflikcie ze Związkiem Radzieckim. W tym starciu nie miała szans, przegrała, musiała żyć przez pewien czas w nienaturalnym, dziwacznym, opresyjnym systemie komunistycznym. Konfliktem polsko-radzieckim świat się mało interesował, a część opinii zachodnioeuropejskiej uznawała nasze położenie za pomyślne, historiozoficznie uprzywilejowane. Dziś naszemu lokalnemu, podrzędnemu konfliktowi przypisujemy większe znaczenie niż udziałowi w wojnie światowej, największej w dziejach Europy.
Jestem po raz pierwszy od wyborów zadowolony z postawy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Okazał się jedyną w Sejmie partią reprezentującą polityczny rozum. Wszystkie pozostałe uczestniczą w czymś, co mi się wydaje zmową pomyleńców. Wszelkie niemieckie próby retrospektywnego odebrania Polsce pozycji wśród zwycięzców wojny światowej (zbiegające się z polskim rewizjonizmem antykomunistycznym, na którą to zarazę nie ma żadnej rady) i zepchnięcia nas do roli narodu przegranego, który teraz miałby płacić odszkodowania wysiedlonym w wyniku wojny – czy będą to zabużanie czy zaodrzanie – należy odrzucić. Zasadą naszej polityki w odniesieniu do wewnętrznych i międzynarodowych problemów pozostałych po wojnie powinno być przedawnienie. Pamiętać o wszystkim należy, także o tym, że każdy pamięta co innego, ale żadnych odszkodowań, żadnego „przepraszania”, żadnego rozdrapywania ran. Za przedawnieniem po pół wieku przemawia racja stanu, zdrowy rozsądek i ucywilizowana wrażliwość moralna.
Na stronach informacyjnych gazet czytaliśmy o nieprzytomnych wybuchach w Sejmie słownej agresji antyniemieckiej. W dziale opinie w „Gazecie Wyborczej” Ernest Skalski kontynuuje znaną fabułę antyrosyjską. Chodzi ciągle o to samo: o przeproszenie za krzywdy, zwłaszcza za odmowę pomocy powstaniu warszawskiemu. Nikt już w Polsce nie przeczy, że powstanie było nie tylko antyniemieckie, ale również antysowieckie. Gdyby nie było antysowieckie, nie obchodzono by tak okazale jego kolejnych rocznic. Nie podważa to pewnika tkwiącego w polskich głowach, że Sowieci powinni mimo to powstaniu przyjść z pomocą. Skoro nie pomogli, to dzisiejsza Rosja powinna nas za to przepraszać. Ernest Skalski stawia Rosji za wzór polityków niemieckich, którzy za winy sprzed stu lat przepraszają właśnie Murzynów z plemienia Herero. My, Polacy, chcemy być plemieniem Herero dla Rosji.
Mam w tej sprawie zupełnie inne odczucia. Przepraszanie się narodów czy innych zbiorowości jest moralną pustotą, nie ma żadnego znaczenia, nic nie kosztuje i nic nikomu nie daje. Poza tym stosunki między Polską i Rosją w ciągu wieków były o wiele ciekawsze, niż je się przedstawia. Rosja podbiła większą część Polski i włączyła do swego państwa na okres stu lat. Wcześniej i później też przez sto lat faktycznie raz bardziej, raz mniej opresyjnie panowała nad Polską, wtrącała się w nasze sprawy. Z pewnym uproszczeniem biorąc, odpowiada to czasowi panowania Polski nad ziemiami ruskimi – Białorusią i Ukrainą. Niech nas w końcu przestanie wprowadzać w błąd słowo Litwa. Wielkie Księstwo było litewskie z nazwy, nazwa pochodziła z czasów, gdy energiczni Litwini opanowali duże obszary dawnej Rusi. Od Unii Lubelskiej można datować polskie panowanie nad tą częścią Świętej Rusi, trwało ono do upadku Rzeczypospolitej, a polonizacja tych ziem czyniła postępy aż do powstania styczniowego 1863 r.
Nienawidzę być członkiem narodu, który jest ciągle krzywdzony, poniewierany i żeby się dobrze czuć, musi być przepraszany przez byle kogo. Wolę, żeby mój naród miał w swojej przeszłości (lecz broń Boże obecnie) doświadczenie panowania nad innymi, i cieszę się, że miał takie doświadczenie. Jeżeli nasi bracia Białorusini i Ukraińcy chcą, żeby ich przeprosić, nie widzę przeszkód; jest to najtańszy sposób podkreślania swojej wyższości. Cierpię i wstydzę się, gdy mojemu narodowi ktoś okazuje wyższość w ten sposób. Kocham Murzynów Herero, ale nie należę do tego plemienia.

Wydanie: 37/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy