PO buduje ciemnogród

PO buduje ciemnogród

Po pomysłach z likwidacją habilitacji, umożliwieniem pisania doktoratu po licencjacie, okrojeniem habilitacji z książki habilitacyjnej, pojawił się kolejny pomysł minister Kudryckiej. Tym razem chodzi o wprowadzenie opłat za studiowanie drugiego kierunku. Minister Kudrycka doskonale ilustruje mechanizm działań pozorowanych. Przez dwa lata nie zrobiła nic, aby poprawić kondycję polskiej nauki. Poza tym, że niczym wzorowa uczennica, która chce wypaść najlepiej na klasówce i wkuwa bezmyślnie oficjalne regułki, próbuje sztuczną nadaktywnością sprawiać wrażenie osoby zatroskanej o rozwój wiedzy. Nic jednak dobrego z tego dla świata nauki nie wynika. Wręcz przeciwnie.
W tym samym czasie kiedy w Polsce troską rządzących jest szukanie środków na budowanie Świątyni Opatrzności Bożej i blokowanie możliwości stosowania metody in vitro, cywilizowany świat oddala się nam coraz bardziej. Kiedy rząd Tuska rzuca na rozwój badań i nauki okruchy w ilości 0,6% PKB, w tym samym czasie Francja wydaje na badania 2,1% PKB, a Niemcy 2,5% PKB. O krajach skandynawskich nawet nie warto w tym kontekście wspominać, bo to już inna epoka. Dla polskich zaściankowych władz wizja nie do wyobrażenia – Finlandia przeznacza na naukę 3,5% PKB, a Szwecja 3,6%.
Na początku roku akademickiego minister Kudrycka obiecywała rekordowe w polskich warunkach nakłady na naukę. Kiedy w styczniu premier Tusk ogłosił pierwszy w tym roku apel o cięcia wydatków poszczególnych ministerstw, przed szereg wybiegła – jak przystało na urzędnika zabiegającego o swój fotelik – minister Kudrycka i bez żadnych zahamowań oddała z budżetu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego około 1 mld zł. Pod koniec roku akademickiego już nie słychać propagandowych obiecanek o zwiększonych nakładach finansowych na polskie uczelnie. W zamian słyszymy postulaty „racjonalizacji wydatków”.
„Oszczędnościowe” działania minister Kudryckiej spowodowały m.in. zawieszenie realizacji programu dotowania podręczników akademickich. Dlatego przedstawiciele wydawnictw naukowych słusznie stwierdzali, że „walka z kryzysem nie może oznaczać wdrażania działań będących de facto jego pogłębianiem, a tym właśnie jest spowodowanie ograniczenia w dostarczaniu dydaktykom, naukowcom i studentom światowej literatury naukowej”.
„Kreatywność”, „innowacyjność”, „konkurencyjność” w zarządzaniu wiedzą – to zaklęcia ze słownika neoliberałów, które mają ukryć realny problem: ogólną biedę, skandalicznie niskie dofinansowanie państwa dla badań i brak godnej płacy ludzi nauki. Jeśli profesor akademicki w Polsce zarabia na państwowej uczelni w przeliczeniu na euro mniej niż pracujący na czarno w Paryżu, Londynie czy Brukseli emigrant z Afryki, to pokazuje skalę peryferyjności i upadku polskiej nauki. Dystans w finansowaniu instytucji naukowych pomiędzy cywilizowanymi krajami Europy Zachodniej a Polską wcale się nie zmniejsza. Wręcz przeciwnie: z roku na rok oddalamy się coraz bardziej od najnowszych myśli i technologii światowych. Czego można oczekiwać w kraju, gdzie posłowie modlą się latem o deszcz, większość osób nie czyta jakichkolwiek książek, a kożystanie ze zdobyczy najnowszej wiedzy medycznej – praktykowanej na co dzień w społeczeństwach Europy Zachodniej – jest niedostępnym luksusem?
Moi studenci z wrocławskiej socjologii organizując protest przeciwko komercjalizacji nauki i wprowadzaniu odpłatności za studia, żądali więcej pieniędzy na edukację i badania, mniej na zbrojenia i wyprawy wojenne. Postulat, choć idealistyczny, to w pełni słuszny i ukazujący priorytety polskich elit. Zamiast inwestować w ludzi i edukację, polscy politycy wolą kupować od Amerykanów latający złom i wysyłać żołnierzy na okupacyjne misje. W obecnych czasach trudno w ten sposób zabiegać o wpływy w świecie i budować prestiż na arenie międzynarodowej. Dziś to najnowsza technologia wyznacza pozycję w ładzie globalnym, a nie zabawki z podwórka generałów.
I choć obecna polityka jest archaiczna, nie przeszkadza to rządzącej Platformie Obywatelskiej reklamować się jako siła modernizacyjna. Wielokrotnie ukazywano już, że PO jest tak samo konserwatywna jak PiS. Mit nowoczesności, europejskości i modernizacyjnej orientacji PO najlepiej mogłaby podważyć odważna lewica, na tle której PO ukazałaby swoje oblicze prawicowej konserwy, która podobnie jak aparat PiS pełna jest narodowych kompleksów i strachu przed kosmopolitycznym społeczeństwem wiedzy.
Modernizacja połączona z dbałością o społeczną równość powinna stać się głównymi filarami politycznej wizji lewicy w Polsce. Młode pokolenie bardziej otwarte na nowinki ze świata i niechętne klękaniu przed funkcjonariuszami Kościoła jest naturalną bazą dla haseł równości i nowoczesności. Na razie pokoleniowa zmiana kulturowa nie zamienia się w budowanie politycznego ruchu na lewicy. Widać jednak, że uciekanie przed PiS w objęcia PO nie rozwiązuje problemów młodych ludzi. Pomysły pani Kudryckiej pozwalają lepiej to zauważyć. Traktowanie bowiem studentów tylko jako klientów sytemu korporacyjnego, którym trzeba dostarczyć papierów uwierzytelniających, jest nie tylko upadkiem szkolnictwa wyższego, lecz także próbą podporządkowania niezależnej praktyki społecznej, jaką zawsze była nauka, zmieniającym się koniunkturom rynkowym i kaprysom biznesu. Jakiekolwiek dalsze pomysły komercjalizacji szkolnictwa w Polsce powinny napotykać społeczny sprzeciw, a ascetyczna polityka finansowa wobec środowiska akademickiego może w końcu ożywi politycznie uśpioną polską inteligencję.

Wydanie: 25/2009

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy