Po schodach

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Rzym, jak wiadomo, to miasto na siedmiu pagórkach, z których na ogół potrafimy wyliczyć trzy czy cztery. Ale na planach, fotografiach czy makietach nie bardzo to widać. W samym Rzymie robi się to jeszcze mniej oczywiste, tak że w tej chwili wiem jeszcze mniej, ile tych pagórków jest naprawdę. Po prostu materia budowlana zapełniła doliny i pewnie zniwelowała wierzchołki. Z jednej ulicy trzeba zejść do leżącej tuż obok po niezmiernie długich schodach, bardzo stromych. Ale główne szlaki komunikacyjne biegną raczej płasko. Z tym wszystkim schodów jest mnóstwo, właściwie nie ma żadnej analogii z polskimi miastami. Warszawskie Kamienne Schodki to unikat, we Włoszech jest zupełnie inaczej – choćby taka Wenecja, która ma schodki przy każdym mostku. A ponieważ mostków jest przeszło 400, więc całkiem automatycznie schodków jest jakieś 800-900.
W Rzymie są raczej pochyłości, a jak schody, to przeważnie bardzo, bardzo wysokie. Nie da się ich uniknąć, bo wszystkie słynne punkty widokowe obdarzono nimi bogato. Na kopułę Bazyliki Św. Piotra częściowo się wjeżdża, a częściowo wchodzi, nieskończona wspinaczka czeka nas także w mauzoleum Hadriana, czyli Zamku Św. Anioła. Nie sposób pojąć, jak sobie radzi papież, bo nie wszędzie da się zainstalować windy. Widziałem go zresztą (W Rzymie być, a papieża nie widzieć?) w postaci białej kropki na niezmierzonych wysokościach pałacu bodajże Sykstusa V. Myślę, że najprawdopodobniej musi używać lektyki, czy chce, czy nie chce, bo innego wyjścia po prostu nie ma.
Najsławniejsze jednak schody Rzymu to niewątpliwie Plac Hiszpański, jedno z tych miejsc na świecie, w których jak na londyńskim Picadilly Cirkus można spotkać każdego człowieka na świecie, jeśli się tylko odpowiednio długo poczeka. Ja na schodach hiszpańskich spotkałem Filipa Bajona. Przysiadł znużony z buteleczką wina w kieszeni – jak się okazało, leczył skutki balangi hotelowej z okazji zaprezentowania papieżowi “Przedwiośnia”. Podeszliśmy do niego razem z moją szurniętą żoną i naszymi przyjaciółmi – szurniętą malarką, Marią Wollenberg-Kluzową i jej szurniętym mężem, inżynierem Tadeuszem. Ponieważ ja sam, jako były poeta, też mam naturalnie kota, już drugi rok wędrujemy zgodnie po wiosennej Italii. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z Bajonem w charakterze zakopiańskiego misia.
Cały świat, a w każdym razie cały świat artystyczny, rzeczywiście tam bywa. Tuż nad schodami jest budynek, w którym zmarł genialny angielski poeta, Keats, a mieszkał nie mniej genialny Shelley. O sto metrów dalej jest tablica upamiętniająca pobyt Słowackiego. A tuż pod schodami jest słynna od 250 lat kawiarnia “Greco”, droga jak diabli, której specjalnością jest wspaniały wystrój i świadectwa pobytu wielkich ludzi (a poza tym kawa ze śmietanką). Od Goethego i Gogola poczynając, a pewnie i znacznie wcześniej. Zawieszono tu także tablicę z podobiznami Polaków – od Mickiewicza i Norwida po Sienkiewicza i Siemiradzkiego. Można by tu dodać spokojnie 10 tysięcy innych. Taka ichnia Jama Michalikowa.
Ale najdziwniejsze schody spotkaliśmy gdzie indziej. Prowadzą od placyku Św. Piotra w Okowach (“in vinceli”) do ruchliwej via Cavour, przez coś w rodzaju piwnicy, zresztą z pieca na łeb. W samym kościele wisi, a jakże, główna relikwia, pokaźny łańcuch, wyglądający na świeżo oliwiony. Ale nie po to ciągną tu wszyscy, których zaniosło do Rzymu. W kościele jest grobowiec papieża Juliusza II, a na nim chyba najsławniejszy posąg świata – rogaty Mojżesz Michała Anioła. Rzeczywiście, dzieło wstrząsające. Zresztą to właśnie Michał Anioł jest autorem innych, najgłośniejszych dzieł całego Rzymu – stworzył kopułę Bazyliki Św. Piotra, wymalował kaplicę Sykstyńską i wyrzeźbił Pietę. Jeśli poza tym przypomnimy sobie, że był znakomitym poetą i zaprojektował mundury gwardii papieskiej, od których potem poszły łowickie pasiaki, to jego wszechstronność zdaje się nie mieć kresu. Prawie tak wielki jak Małysz albo Nina Terentiew.

Wydanie: 18/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy