Pochwała ciszy

Czyżbyśmy wreszcie doczekali się politycznych wakacji? Rok temu mieliśmy jatkę w rządzącej koalicji, prawie aresztowanie wicepremiera Leppera, realne zatrzymanie ministra Kaczmarka, potem rozwiązywanie Sejmu. Dwa lata temu wymianę premierów, kiedy wyganiano Marcinkiewicza i kiedy zastępował go Jarosław Kaczyński. Trzy lata temu mieliśmy też kampanię, aferę z panią Jarucką (sąd do tej pory jej nie osądził), wybory i wojnę Kaczyńskich z Tuskiem. Teraz jest szansa na to, że te dwa-trzy tygodnie spędzimy we względnej ciszy. Doceńmy to.
Jestem pewien, że już po parunastu dniach Polacy zaczną odkrywać, że świat bez politycznego jazgotu jest po prostu bardziej higieniczny. Żyje się lepiej, gdy nie ma awantur, oskarżeń, nienawiści, tych wszystkich donosów, wymysłów.
Ktoś powie, że tak po prostu wygląda polityka, która jest grą o władzę, o wpływy, w której ścierają się przeciwstawne interesy. Nie zgadzam się z tym – owszem, polityka to gra różnych interesów, ale to gra, a nie młócka. Tymczasem w Polsce życie publiczne sprowadzone zostało do poziomu najbardziej prymitywnego „Big Brothera”, gdzie najważniejsze jest, kto kogo, a nie dlaczego czy w jakim celu.
W tej perspektywie tak kluczowy problem jak naprawa służby zdrowia sprowadza się do pytania: czy padnie Ewa Kopacz i ile punktów straci Donald Tusk? Przepraszam bardzo, za dziesięć lat, co ja mówię – za pięć lat nikt już nie będzie pamiętał nazwiska minister zdrowia (kto pamięta nazwiska ministrów zdrowia z czasów rządów AWS?), natomiast konsekwencje ich decyzji ponosił będzie każdy. To samo odnosi się do sprawy budowy dróg, wzmacniania edukacji czy też umiejętnego wykorzystania miliardów napływających z Unii.
Wszyscy zgodzimy się, że są to zadania trudne, wymagające wielkiej wiedzy, doświadczenia, że przeprowadzać się je powinno w atmosferze skupienia. Że to robota raczej dla profesora, a nie dla krzykaczy.
Dlaczego więc w mediach królują krzykacze, szalone zaklęcia, ludzie, którzy opowiadają, że wszystko da się załatwić jednym pstryknięciem, byle tylko im oddać władzę?
Widzę jakąś potężną niestosowność, potężną nierównowagę wobec zadań, które stoją przed Polską, a metodą, jaką próbuje się je rozwiązać. Otóż tak się nie da.
I dlatego pewną nadzieję pokładam w wakacjach politycznych, w tym okresie przymusowego wyciszenia.
Że uwolnimy się od tego krzyku, tej permanentnej, tandetnej kampanii wyborczej. Że zaczniemy oceniać rzeczy takimi, jakimi są, a nie tak, jak wmawiają nam propagandyści. Że parę milionów Polaków znów ruszy w świat i wracając do kraju, zastanowi się, jak to jest, że Hiszpanię czy Niemcy zabudowano autostradami, a u nas nic się nie udaje. A gdyby zajrzeli do zachodnich fabryk czy biur? Dla mnie uderzającą w nich rzeczą była… cisza. Żadnego rozgardiaszu, żadnego wrzeszczącego radia – tam pracuje się w skupieniu.
Wierzę, że gdy coraz większą liczbę Polaków wrzask zacznie razić, nasze życie publiczne powoli zacznie się poprawiać. Może będzie nudniejsze, ale na pewno zdrowsze. A to chyba ważniejsze.

Wydanie: 32/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy