Pocztowcy walczą o przeżycie

Pocztowcy walczą o przeżycie

Na dzień dobry listonosz dostaje dziś ok. 1850 zł brutto. Nie ma nowych chętnych, a jeśli są, to szybko odchodzą

Tomek zaczął pracę w Poczcie Polskiej zaraz po skończeniu liceum, w roku 1999. Zarabiał 1000 zł brutto. Ludzi w jego wieku było w urzędzie niewielu. Przeważali starsi, po czterdziestce. Dla dużej ich części to był zawód rodzinny. Pracowali tu od pokoleń, czuli się mocno związani z instytucją. Po trzech latach nastąpiło pierwsze zauważalne tąpnięcie. Zaczęło brakować pracowników administracyjnych. Zlikwidowano stanowiska kierowników oddziałów i oddzielnych naczelników rejonowych.

Wprowadzono też plany obudowane premiami. – Aby je otrzymać, listonosz musiał być „przedsiębiorczy”. Chodziło o sprzedaż: od kont bankowych i ubezpieczeń do pościeli i słodyczy. Zaczęła się niezdrowa konkurencja między pracownikami – wspomina Tomek. – Bardzo długo pracowałem na trzy czwarte etatu. Wyraźnie czułem, że byłem wykorzystywany. Pracowałem, jakbym miał etat, a często nawet półtora.
Dwa lata temu odszedł z pracy. Zostały mu złe wspomnienia i przepuklina kręgosłupa.

Atmosfera jest nieprzyjemna także dlatego, że – jak mówi Tomek – kierownictwo i naczelnicy często traktują urzędy jak prywatny folwark. Pracownicy mają poczucie, że nie są szanowani. Grozi się im zwolnieniem. – Zamiast odnosić się do listonoszy i asystentów z szacunkiem, ciągle powtarzają, że nie wyrobiłeś planu i że na twoje miejsce jest 10 innych. W moim otoczeniu przez takie traktowanie zrezygnowało z pracy kilku dobrych listonoszy z długoletnim stażem, którzy nie wytrzymali presji.

Dla Pawła, innego ekslistonosza, najgorsze były zimy. W pracy przysługiwała mu 15-minutowa przerwa. To było dotkliwe szczególnie zimą, bo tego czasu nie wystarczało na zjedzenie ciepłego posiłku, zregenerowanie się. W dodatku na posiłek Paweł dostawał talon o wartości 7 zł. – Z zazdrością patrzyłem, jak energetycy czy budowlańcy przychodzą do restauracji niedaleko urzędu. Firma dawała im obiad za 15 zł i spokojnie mogli zjeść.

Premia teoretyczna

Z Andrzejem i Mariuszem spotykam się w małej miejscowości pod Warszawą. W obawie przed zwolnieniem uprawiają konspirację. Zmieniają imiona i miejsce spotkania. Andrzej pracuje na poczcie 11 lat. Zarabia 1550 zł na rękę. – Przez ten czas wiele się zmieniało. Przede wszystkim nadeszła era handlu – wyjaśnia. Kierownictwo urzędu opracowało system premii. Żeby je zdobyć, pracownicy musieli się wykazać jako sprzedawcy. Reklamując proszki do prania, znaczki, słodycze, gazety, książki. – Mogłem liczyć na premię za sprzedaż znaczków, 200-300 zł miesięcznie – wspomina. Oprócz tego pracodawca wywiera presję na pracowników, aby ci sprzedawali ubezpieczenia, lokaty i zachęcali do zakładania konta w banku. – W moim rejonie nic się nie dało sprzedać. Ile można wpychać ludziom batony? Mogłeś stracić czas na reklamę produktów, ale za ten czas nikt ci nie zapłacił – dodaje Mariusz. Doszło do tego, że znacząca część kont w Banku Pocztowym należała do pracowników i ich rodzin. Jeśli listonosz nie był w stanie namówić odbiorców przesyłek, a chciał dostać premię przed świętami, prosił członków rodziny, aby ci założyli konta na siebie. Wszystko miało charakter prowizoryczny. Konta były puste, ich właściciele w ogóle z nich nie korzystali. Statystyki usług rosły. Dyrekcja ogłaszała sukces.

Dodatkową premię można było otrzymać, gdy w miesiącu listonoszowi zostały maksymalnie dwa listy do powtórnego doręczenia.
– W moim rejonie wyceniono to na 200 zł – opowiada Mariusz. Tyle teoria. W praktyce było to niewykonalne. – Premia okazywała się czystą fikcją. Jak mogłem coś takiego wykonać? Wychodzisz w rejon, ja miałem domki jednorodzinne i domy komunalne. Rejon rowerowy. Dostarczasz przez osiem godzin listy polecone i zwykłe. 400 zwykłych listów i 70 poleconych! Połowy odbiorców nie zastajesz w domu, więc awizujesz – mówi Mariusz. – Do tego jeszcze molestuj ludzi, żeby kupili od ciebie znaczki – wtrąca się, nie kryjąc złości, Andrzej.

Problemy z rozbiórką

– Wytłumaczę ci, czym jest rozbiórka. Jest trzech listonoszy. Jeden choruje, we dwóch musimy za niego roznieść listy. Oprócz swojej pracy rozbieramy na pół jego rejon. Oczywiście nie dostajemy za to dodatkowego wynagrodzenia – dorzuca Mariusz. Listonosz może usłyszeć: zrób rozbiórkę za kolegę. To zajmuje jakiś czas, jeśli trochę go zostanie, listonosz może się skupić na swoich listach. Jeśli listy zostaną, przechodzą na następny dzień. – U mnie w rejonie listonosza nie było przez cały rok. Cały czas robiliśmy za niego rozbiórkę – wspomina Mariusz. – Jeżeli naczelnik jest normalnym człowiekiem, dostaniesz parę złotych za nadgodziny. Jeśli dba tylko o swój interes, nic nie dostaniesz. Ja miałem w tym roku 400 nadgodzin i ani grosza nie dostałem. Kiedy poszedłem do naczelniczki, wyrzuciła mnie z pokoju. Powiedziała, że ona i dyrektor nie mają pieniędzy. Kazała mi szybko zjeść śniadanie, spakować się i wyjść w teren – wypomina Andrzej.

Zdarza się także rozbiórka dotycząca całego dużego rejonu. Pracownicy dostarczają wówczas korespondencję nie tylko w swoim rejonie, ale i w innym, bywa, że odległym miejscu. Jakiś czas temu grupa listonoszy z Mińska Mazowieckiego przenosiła się dwa razy w tygodniu do Garwolina.

Ponieważ brakuje rąk do pracy, ci, co są, muszą brać nadgodziny. – Jak naczelnik jest człowiekiem, to je wypisze i dostaniesz pieniądze. Dyrekcja dba jednak o to, żeby nadgodzin nie było – mówi poirytowany Janusz, listonosz z kilkuletnim stażem. Naczelnicy, chcąc zapunktować u dyrektora, nie podają nadgodzin. Dyrekcja niechętnie przekazuje pieniądze na ten cel. – Robota jest zrobiona za darmo. Ja miałem kilkadziesiąt godzin w tym miesiącu. Dostałem dokładnie 70 zł. W tygodniu pracujesz po 10 godzin, a więc masz 10 nadgodzin tygodniowo. Tak naprawdę dostałem wynagrodzenie za jeden tydzień pracy. Pamiętam też, że przez trzy miesiące zasuwałem po 12 godzin i dostałem za wszystkie nadgodziny 50 zł.

W jednym z miast na Śląsku Państwowa Inspekcja Pracy stwierdziła nieprawidłowości w nadgodzinach. W piśmie inspektora PIP z 2 lutego 2017 r. czytamy: „W trakcie kontroli potwierdzono, że zdarza się, iż praca listonoszy w godzinach nadliczbowych jest nieewidencjonowana. Inspektor Pracy po kontroli wystosuje środki prawne, zmierzające do ustalenia ilości godzin nadliczbowych przepracowanych przez listonoszy, które nie zostały uwzględnione na kartach ewidencji w czasie pracy, i wypłacenia należnego wynagrodzenia wraz z dodatkiem”. Pismo otrzymali przedstawiciele Solidarności. Niestety, nie zareagowali. Nie zaskakuje, że pracownicy Poczty Polskiej mają o nich złą opinię. „Prezesowski” albo „żółty”, tzn. sprzyjający pracodawcy – to najgorsza, ale popularna wśród listonoszy łatka, którą można przypiąć związkowi zawodowemu.

Brakuje rąk do pracy

W całej Polsce brakuje listonoszy, kierowców-doręczycieli, kurierów, a nawet asystentów do obsługi w urzędach. Na dzień dobry listonosz dostaje dzisiaj ok. 1850 zł brutto. Nie ma nowych chętnych, a jeżeli są, szybko odchodzą. Szukają pracy w innych firmach, często zostają kurierami. Taka sytuacja wpływa na jakość usług. Na przykład w Piasecznie kilkanaście rejonów jest nieobsadzonych, co powoduje wielotygodniowe opóźnienia. Janusz pokazuje mi dokument, z którego wynika, że przesyłka priorytetowa nadana w Piasecznie 3 marca została wydana do doręczenia 10 marca, a do odbiorcy dotarła 3 kwietnia. Wszystko przez brak listonoszy. – W pewnej miejscowości niedaleko Mińska Mazowieckiego pracowało pięciu listonoszy. Jeden był zatrudniony na etacie, reszta miała trzy czwarte etatu. Niezależnie od tego najczęściej pracowali, jakby mieli dwa etaty. Nie wytrzymali. Psychicznie i fizycznie praca była wycieńczająca, tym bardziej jeśli masz świadomość, że pracujesz za 1200 zł – opowiada Janusz. Trzech listonoszy zwolniło się z pracy. Dzisiaj listy roznosi dwóch i awaryjny, zatrudniony na umowie-zleceniu parafialny kościelny. Mieszkańcy, chcąc otrzymać list polecony, idą prosto do urzędu pocztowego. – Brakuje rąk nawet do wrzucania awizo – podkreśla Janusz. W jednym z podwrocławskich urzędów jest rejon nieobsadzony od dwóch lat.

Listonosze mają niewykorzystane urlopy za 2015 r. – Nikt nie bierze pod uwagę tego, że PIP może nałożyć karę. Wszystko to w ramach oszczędności. Tylko listonosz tego nie odczuwa przy wypłacie. Poza tym brak rezerwy chorobowo-urlopowej jest ogromnym kłopotem w naszej firmie – zwraca uwagę Jola, która pracuje na poczcie od lat. Zarabia najniższą krajową.

Często nowego pracownika szkoli nie kadra kierownicza, tylko listonosz, który ma ponad 110% obciążenia i rozbiórkę kolegi. W takiej sytuacji nowo zatrudniony już drugiego dnia wysyłany jest sam w rejon. – Nie dziwię się olbrzymiej rotacji pracowników. Będzie coraz gorzej, bo doświadczeni listonosze mają dość wyzysku i myślą o rezygnacji – ostrzega Jola. W większości urzędów są braki kadrowe, ale nie zawsze oznacza to, że pracowników nie ma, ponieważ brakuje chętnych. – Każdy naczelnik urzędu jest rozliczany z rentowności, więc jak nie przyjmie pracownika, to wyjdą z tego niezłe oszczędności – opowiada Dorota, która przeszła wszystkie szczeble kariery w urzędzie pocztowym.

Okienko

W urzędach cyklicznie odbywają się kontrole wewnętrzne. Dla kobiet pracujących w okienku to sytuacje bardzo stresujące. – Nierzadko kontrolujące mnie panie stoją nade mną ze stoperem i mierzą, ile czasu zajmuje obsługa klienta. Oprócz tego sprawdzają drobiazgowo, jak wygląda wystawa, czy wszystko jest na swoim miejscu. Zwracają uwagę także na to, czy polecamy znaczki i słodycze. Ale przecież nie mogę codziennie polecać batonów tym samym osobom, bo to niepoważne – mówi Aldona ze Śląska.

To, jak ma wyglądać wystawa w punkcie pocztowym, zależy nierzadko od zaleceń tzw. góry, czyli kierownictwa. W ostatnich miesiącach przeważają elementy związane z Kościołem i jego świętymi, a także artykuły nawiązujące symbolicznie i treścią do narodu. Minione dwa lata były okresem wzmożonych kontroli wewnętrznych i niezapowiedzianych wizyt tajemniczych klientów. – Taki klient wysyła paczkę i przy okazji obserwuje, czy kobiety pracujące w okienku polecają mu dostępne produkty. Nie tylko słodycze, pościel, ale też gazety, książki i najważniejsze – usługi bankowe, konta i fundusze. Jeśli ktoś czeka 10 minut w kolejce, to znaczy, że się nie wyrabiam, więc otrzymuję upomnienie – tłumaczy Jola.

Ostatnie lata to czas naznaczony brakiem pracowników. Część zwolniła się w ramach dobrowolnych odejść. Byli to ludzie doświadczeni, którzy nie mieli już sił harować za tak niską pensję. Jola: – Często pracuję za siebie i koleżankę albo nawet za dwie koleżanki. Zaczynam rano od przeglądania listów, liczę pieniądze. W tym czasie odpowiadam też na reklamacje, odpisuję na mejle i liczę nowe towary. Wybija godz. 10 i siadam przy okienku. Obowiązkowo muszę być uśmiechnięta.

Strajk

Niedawno 2 tys. pracowników Poczty Polskiej protestowało w Warszawie, a kilkanaście tysięcy w całej Polsce. Chcieli podwyżek i poprawy warunków pracy. Podczas warszawskiej manifestacji rzucał się w oczy transparent z hasłem: „Zapomniani przez zarząd Poczty Polskiej. Zdradzeni przez związki zawodowe”. Pracownicy mobilizowali się na profilu internetowym „Listonosze Polska”. Część namawiała do ogólnopolskiego strajku w dni robocze. Ich zdaniem, tylko w ten sposób można coś wywalczyć. Podczas demonstracji domagali się 1000 zł podwyżki, dodatkowych pracowników na zastępstwa chorobowe i nowego podziału rejonów pocztowych. Zażądali też przywrócenia do pracy dwóch pocztowców usuniętych za udział w jednym z wcześniejszych protestów.

Represje

Przed Ogólnopolskim Protestem Pracowników Poczty Polskiej władze firmy przeprowadziły na szeroką skalę akcję zniechęcania do udziału i zastraszania. Mimo że pikiety zostały zarejestrowane w urzędach miast i odbywały się poza godzinami pracy, wmawiano pracownikom, że są nielegalne. Straszono wyciąganiem konsekwencji służbowych.

Jednym z głównych organizatorów protestu w województwie śląskim był Klaudiusz Wieczorek, listonosz z Piekar Śląskich z 14-letnim stażem. W czwartek rano pojechał na pikietę, a potem wrócił do pracy. Doręczył wszystkie przesyłki, a kiedy wszedł do urzędu, czekało już na niego zwolnienie dyscyplinarne. Jako powód przedstawiono „stosunek do działań służbowych oraz nakłanianie innych pracowników do nienależytego wykonania przez nich pracy, co narusza obowiązek pracownika dbałości o dobro zakładu pracy, jak i zasad współżycia społecznego”. Zarzuty zostały oparte głównie na wpisach Wieczorka, które zamieszczał na facebookowym profilu „Listonosze Polska”. – Tak naprawdę został zwolniony dlatego, że protestował, ale podali inne powody. Według góry szkalował dobre imię firmy – tłumaczą koledzy zwolnionego listonosza. „Nie boimy się szykan ze strony pracodawcy i jesteśmy solidarni z każdym, kto jest i będzie represjonowany za działalność pracowniczą. Klaudiusz Wieczorek dzięki naszej oddolnej pomocy ma już zapewnioną pomoc prawną oraz finansową i będzie walczył o przywrócenie do pracy za bezprawne zwolnienie”, napisali na profilu. Drugim pracownikiem, który stracił zatrudnienie za udział w manifestacji, jest Rafał Czerski. Listonosz Poczty Polskiej, który założył grupę Listonosze.pl na Facebooku i doprowadził do ogólnopolskiego protestu tej grupy zawodowej 16 marca.

Jaka przyszłość?

25 marca 2017 r. w Warszawie odbył się II Ogólnopolski Zjazd Delegatów „Listonosze Polska”. Mówiono na nim o możliwości powołania zdecentralizowanych związków zawodowych zrzeszających pracowników poczty w poszczególnych miastach. Pełna transparentność finansowa, brak etatów związkowych, utrzymywanie się tylko ze składek członkowskich, delegaci związani instrukcjami od załogi i natychmiast odwoływani, jeśli ich nie realizują.

Wydanie: 17-18/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy