Pod ciężarem obietnic

Pod ciężarem obietnic

Działania rządu sprawiają, że perspektywa rozwoju gospodarczego stała się niejasna i niepewna

Piotr Kuczyński – główny analityk spółki Dom Inwestycyjny Xelion

Jak pan zareagował na wieść o podpisaniu przez prezydenta ustawy o podatku bankowym?
– Ani się nie ucieszyłem, ani nie zmartwiłem. Wiedziałem, że ta ustawa przejdzie.
Środowiska lewicowe od dawna wskazują, że banki, szczególnie te wielkie, międzynarodowe, pochodzą z neoliberalnego jądra ciemności. Może zatem dobrze, że uderzono w nie podatkiem?
– Proszę pamiętać, że ja także pochodzę z tego świata. Udziałowcami firmy, która mnie zatrudnia, są po połowie UniCredit i Pekao SA. Mimo to sądzę, że moje opinie można traktować jako obiektywne. Podatek bankowy występuje w całej Europie. Problem w tym, że w takiej formie, jaka została przyjęta przez polski rząd i Sejm, istnieje on w zasadzie jedynie na Węgrzech. Dla porównania w Niemczech opodatkowano nie aktywa, ale część pasywów – np. pieniądze, które banki sobie pożyczyły, żeby zagrać na giełdzie lub dokonać zakładów z toksycznymi instrumentami finansowymi. Intencją ustawodawcy było nie zgarnięcie pieniędzy do budżetu – jak w Polsce – lecz powstrzymanie banków przed robieniem złych rzeczy.

Węgrzy się wycofują

Ma pan na myśli praktyki, które doprowadziły do światowego kryzysu w 2008 r.?
– Tak. Nasz sektor bankowy, co trzeba podkreślić, zachowywał się niezwykle przyzwoicie, nie dokonywał tego typu inwestycji, nie wchodził w takie podejrzane instrumenty. Mimo to powszechne jest nawoływanie do ukarania banków. Przypomina mi się książka byłego szefa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju Jacques’a Attalego „Żydzi, świat, pieniądze”. Można z niej wyciągnąć m.in. taki wniosek, że jeśli ktoś pożyczy komuś za dużo pieniędzy, zaczyna mieć poważne problemy. Król Francji Filip IV Piękny kazał wymordować templariuszy, bo był im winien ogromną kwotę. Żydów znienawidzono, bo pożyczali pieniądze. Obecnie wszyscy atakują banki. Większość z nas traktuje je jako coś zewnętrznego, jak gdyby były z innej rzeczywistości. Ale przecież bez banków gospodarka stanęłaby w miejscu – nie byłoby kredytów, możliwości składania depozytów. Czy możemy sobie wyobrazić dużą, dynamiczną spółkę, która mogłaby się obejść bez kredytu inwestycyjnego? Zamiast 10 lat potrzebowałaby na rozwinięcie skrzydeł 100 lat.
Po wprowadzeniu podatku aktywność kredytowa banków spadła o 30%.
– Stale o tym przypominam. Węg­rzy stopniowo od niego odchodzą, w tym roku wynosi on 0,31% i z każdym rokiem będzie malał.
Dlaczego opodatkowanie banków ogranicza kredyty?
– Jeśli bank po wejściu podatku, czyli od 1 lutego, udzieli kredytu w wysokości 100 tys. zł, będzie musiał odprowadzić 440 zł (0,44%) do skarbu państwa. Z pewnością spróbuje podnieść marżę lub oprocentowanie, co nie zawsze się uda na konkurencyjnym rynku. Dlatego może zmienić portfel kredytów – np. zrezygnować z hipotecznych, długookresowych na rzecz mniejszych: gotówkowych, konsumenckich, motoryzacyjnych.
Motoryzacyjnych – na samochody, nie na fabrykę?
– Kredyt na fabrykę może zostać udzielony z obejściem podatku bankowego przez zagraniczną spółkę matkę, która ma w Polsce swój bank. Jestem głęboko przekonany, że większość dużych polskich firm będzie zaciągała kredyty za granicą. Czy o to nam chodzi?

Klient zapłaci

Wicepremier, minister rozwoju Mateusz Morawiecki kierował bankiem, którego właścicielem jest grupa kapitałowa w Hiszpanii. Trudno, żeby o tym nie wiedział.
– Wiedział, ale decydując się na wejście do rządu, musiał poprzeć obietnice złożone przed wyborami przez Prawo i Sprawiedliwość.
Wicepremier Morawiecki powtarza, że nie możemy być dłużej montownią zagranicznych firm, zapowiada skok innowacyjny. Czy podatek bankowy może zaszkodzić rozwojowi projektów innowacyjnych?
– Zapewne zmniejszy chęć pożyczania na nie pieniędzy przez typowe banki niebędące we władaniu skarbu państwa. Według mnie, wicepremier Morawiecki liczy na wsparcie programów innowacyjnych przez PKO BP, na który rząd ma wpływ. Zapewne dojdzie także do uruchomienia akcji kredytowej przez Bank Gospodarstwa Krajowego i Polskie Inwestycje Rozwojowe. Rząd zamierza te instytucje skonsolidować. Wicepremier Morawiecki ma sto procent racji, gdy mówi, że jeśli polska gospodarka się nie zmieni, to po 2020 r. spadniemy z urwiska w przepaść. Nie będzie środków unijnych, stracimy konkurencyjność w kosztach siły roboczej, bo płace przecież do tego czasu wzrosną. Uratować nas może jedynie innowacyjność. W poprzedniej pespektywie unijnej, w latach 2006-2013, wydaliśmy na prace badawczo-rozwojowe 30 mld zł, a efekt jest bliski zera. Jak będzie tym razem? Czy środki, którymi dysponuje wicepremier Morawiecki, i jego siła polityczna pozwolą na realizację jego wizji?
Niektóre banki, nie czekając na wejście ustawy, podniosły opłaty. Mówi się, że banki nie są od tego, żeby minimalizować zyski.
– Każda spółka prawa handlowego ma zyski maksymalizować, to jest jej obowiązek.
Czyli w ostatecznym rachunku podatek bankowy zapłacą klienci?
– Od początku to powtarzam. Nie wierzę w zapewnienia rządu, że konkurencyjność na rynku bankowym zahamuje podwyżki opłat, a ponadto PKO BP ustali korzystne dla klientów standardy, do których dostosują się pozostałe banki. Już sześć banków podniosło marże. Na Węgrzech koszty bankowości należą do najwyższych w Europie.
Czy nie powtórzy się sytuacja z podatkiem VAT, który najwięcej miejsca zajmuje w koszyku osób o najmniejszych dochodach? Jeśli banki podniosą opłaty, najmocniej uderzą one w tych posiadaczy kont, którzy mają na nich najmniej środków, często wpadają w debet.
– Wielu Polaków wciąż nie ma konta, podatek bankowy uderzy zatem w węższą grupę niż VAT, który płacą wszyscy. Niewątpliwie, podobnie jak w przypadku VAT, proporcjonalnie najwięcej zapłacą klienci z najmniejszymi zasobami. Nie odmawiam rządowi prawa do podejmowania decyzji, ale uważam, że te o kluczowym znaczeniu dla obywateli powinny być konsultowane. Wyobrażam sobie referendum z pytaniem: „Czy popierasz program Rodzina 500+, wiedząc, że towarzyszyć mu będą podatki od banków i sklepów, których skutki zostaną przerzucone na konsumentów?”. To byłoby uczciwe postawienie sprawy.

To nie była zemsta banków

Rozczulił mnie fakt, że PiS, które przed wyborami oskarżało Platformę o zadłużanie kolejnych pokoleń Polaków, zwolniło z podatku bankowego środki przeznaczane na zakup obligacji skarbu państwa.
– Moim zdaniem, to słuszna decyzja, podjęta rzutem na taśmę. Pierwotnie PiS zamierzało wprowadzić podatek 0,39% od całości aktywów, potem podniosło podatek do 0,44%, rezygnując z opodatkowania obligacji. Obciążenie zakupu obligacji podatkiem zmniejszyłoby na nie popyt banków, a w tym roku musimy sprzedać obligacje na kwotę 73 mld zł, o tyle wzrośnie zadłużenie.
To trzy razy więcej niż 500+. Czy nie jest to jednak hipokryzja – oskarża się PO, a samemu tworzy mechanizmy zachęcające do kupowania obligacji?
– Zarzuty wobec Platformy były nieprawdziwe, ok. 200 mld zł długu w okresie jej rządów wynikało z konieczności przekazywania pieniędzy do otwartych funduszy emerytalnych. Mechanizmowi OFE winni byli wszyscy, wprowadzono go w 1999 r. wraz z reformą emerytalną. PO go skasowała – moim zdaniem słusznie. Dzięki temu państwo nie musi emitować obligacji, by przekazywać kolejne miliardy do OFE.
Bankom bardziej będzie się opłacało kupować papiery dłużne skarbu państwa niż udzielać kredytów?
– Ile mogą na nich zarobić? Ponad 2% rocznie, zysk na kredycie jest większy. Ale niewątpliwie dużą część pieniędzy będą lokowały w to, co wolne od podatku bankowego.
Jaka część polskiego długu znajduje się w zagranicznych rękach?
– Mniej więcej 34%, to nie jest dramatycznie dużo, ale można sobie wyobrazić zagrożenie wynikające z ucieczki kapitału z Polski, gdyby jeszcze dwie agencje obniżyły ratingi. Rentowność obligacji gwałtownie by wzrosła, a co za tym idzie – równie gwałtownie wzrósłby koszt ich wykupu przez państwo.
Obniżenie ratingu przez Standard & Poor’s sprowokowało opinie, że to zemsta banków za podatek.
– Słyszałem je, ale to głupota. Gdyby rzeczywiście sektor bankowy wpłynął na agencję, żeby obniżyła rating, zrobiłby to przed podjęciem decyzji, dla wywarcia nacisku. Zamiar obniżenia ratingu doszedłby do rządu drogą oficjalną lub inną. Reagowanie na podatek bankowy w ten sposób byłoby bez sensu, tu nie działa podwórkowa zasada: Janek mnie kopnął, więc mu przyłożę w głowę. Obniżając rating, o czym wiele osób zapomina, agencja szkodzi bankom działającym w Polsce, pogarsza warunki ich działania. Miałyby się mścić w myśl logiki: na złość mamie odmrożę sobie uszy?
Ale sam pan przyznaje, że czynniki polityczne wpłynęły na opinię Standard & Poor’s.
– Uważam, że agencja popełniła błąd, obniżając rating. Całkowicie rozumiałbym pozostawienie go na ten rok i obniżenie perspektywy ze stabilnej na negatywną, bo przed nami bardzo trudny rok 2017. Ale w tym roku, jak mówi Marek Belka, budżet jest ogarnięty, nie będzie żadnego problemu. Mamy 9 mld zł z aukcji częstotliwości LTE i 8 mld zysku Narodowego Banku Polskiego, te pieniądze trafią do budżetu. Rząd może je wydać według własnego uznania. Te 17 mld zł wystarczy na pokrycie w tym roku programu 500+. Nie potrzeba do tego podatku bankowego i od sklepów.

Rząd oszczędza na dzieciach

Skoro tak, to dlaczego sztandarowa obietnica PiS, o której słyszymy od roku, mimo większości w Sejmie i Senacie oraz zaprzyjaźnionego prezydenta nie została jeszcze spełniona?
– Ten program mógłby zostać przyjęty w ciągu jednej nocy. W dużo ważniejszych i bardziej kontrowersyjnych kwestiach nie było konsultacji, dlaczego więc PiS decyduje się na nie w tym przypadku? Moim zdaniem, rząd gra na zwłokę, chce opóźnić wejście programu w życie. Gdyby został uruchomiony w maju, to zamiast 25 mld zł państwo wyda na niego w tym roku tylko 17, zaoszczędzi 8 mld. Ale przecież już w 2017 r. trzeba będzie płacić przez 12 miesięcy. Dodatek na dzieci jest w wielu krajach, m.in. w Niemczech, lecz dzietności nie podniósł. W Polsce będzie podobnie, jednak pieniądze, które dotrą do rodzin, w większości zostaną szybko wydane i tym samym to pomogą gospodarce.
Odnoszę wrażenie, że po objęciu władzy przez PiS ekonomia stała się znacznie bardziej polityczna.
– Nie ulega wątpliwości, że 500+ i obietnica obniżenia wieku emerytalnego, która – to już wiadomo – wbrew zapowiedziom nie zostanie zrealizowana w tym roku, miały służyć wygraniu wyborów i zabezpieczeniu sobie poparcia społecznego.
Od dawna mówimy o tzw. problemie roku 2020, ale coraz częściej słyszę, że możemy mieć problem roku 2017.
– Oczywiście, bo jeśli w 2017 r. będziemy mieli pełny program 500+, zwiększoną kwotę wolną od podatku – nawet w wariancie degresywnym, przy którym osoby zarabiające najwięcej zostaną objęte najniższą wolną kwotą – i obniżony wiek emerytalny, to finanse publiczne mogą tego nie wytrzymać. Przecież nie będzie nowej aukcji LTE, nie wiadomo, jaki zysk wypracuje NBP. Z drugiej strony rządowi trudno będzie wycofać się z obietnic. W kolejce na spełnienie czekają następne, choćby obniżenie VAT o 1%, a CIT dla małych firm do 15%. Rzeczywiście szykuje się problem roku 2017.
Co dalej z ratingiem?
– Piątek 13 maja może okazać się dla Polski pechowy, wtedy swoją ocenę ma podać agencja Moody’s. Gdyby obniżyła rating, byłoby naprawdę kiepsko. Myślę jednak, że tak się nie stanie. Natomiast za bardzo prawdopodobne uważam obniżenie perspektywy ratingu z pomyślnej na negatywną. To i tak byłby bardzo mocny cios.
Obecny rząd bardzo lubi powoływać się na przykład Węgier. Ale Fidesz doszedł do władzy po katastrofalnym załamaniu gospodarczym – dopiero w 2014 r. Węgrzy osiągnęli poziom PKB z 2007 r. PiS objęło rządy po wielu latach wzrostu, było w znacznie lepszej sytuacji.
– Zależy, z jakiej strony na to patrzymy. Fidesz znalazł się w idealnej sytuacji, bo gospodarka leżała i kwiczała, miał zatem olbrzymią szansę poprawy. PiS przejęło gospodarkę w dobrym stanie, znacznie trudniej zatem ją poprawić, a działania rządu sprawiają, że perspektywa rozwoju gospodarczego stała się niejasna i niepewna.

Foto: Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 4/2016

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy