Polityk, który może namieszać

Polityk, który może namieszać

Ludzie potrzebują zmiany i ta zmiana nadejdzie. To kwestia paru miesięcy

Robert Biedroń

Zacznijmy świątecznie – na stole leży propozycja Polskiego Stronnictwa Ludowego, by Wigilia była dniem wolnym od pracy. I co na to Robert Biedroń?
– Przede wszystkim my, jako politycy, mamy coraz większy problem z rozdzieleniem tego, co państwowe, i tego, co kościelne. Widać to po tym projekcie. Politycy nie widzą, że chcą zrobić święto kościelne, a nie państwowe. To prezent dla Kościoła, nie dla państwa.

Spotkania opłatkowe są organizowane w różnych firmach, instytucjach, chodzą na nie ludzie, co do których nie ma wątpliwości, że są agnostykami.
– Dlatego, że państwo oddało Kościołowi sferę budowania wspólnoty, tożsamości i czy chcemy, czy nie chcemy, nawet ludzie, którzy są sceptyczni wobec Kościoła, celebrują takie święta wokół niego. Nie stworzyliśmy alternatywy, czegoś dla wszystkich. Ja wiem, jak wyglądają spotkania opłatkowe. Nie dlatego, że organizowałem je w ratuszu w Słupsku, bo nie organizowałem. Ale wiem, choćby z wcześniejszego doświadczenia z Sejmu, jak niekomfortowy jest opłatek z ludźmi, których się nie zna, a trzeba im składać dość intymne życzenia. I tak naprawdę jest to często rytuał, przy którym ludzie się męczą i chcą, żeby jak najszybciej to zakończyć.

Ruch społeczny Roberta Biedronia jest pluralistyczny, bo Krzysztof Gawkowski wielokrotnie podkreślał dobre relacje z Kościołem.
– Ludzie wierzący mają prawo celebrować swoje święta, ale państwo powinno stać na straży, żeby te dwa porządki się nie mieszały. Gdy otwierałem jako prezydent Słupska obwodnicę miasta, mogliśmy zrobić tradycyjne przecięcie wstęgi: biskup, kropienie itd. Tego nie było! Pilnowałem rozdziału państwa od Kościoła i zrobiłem bieg na 5 km, każdy mógł biec, kto pierwszy dobiegł do mety, ten przecinał wstęgę! To ludziom bardzo się podobało. Mówili: nareszcie ksiądz nie kropi kolejnego McDonalda, kolejnego szaletu publicznego, nareszcie jest, jak powinno być. Ludzie są zmęczeni przenikaniem się państwa i Kościoła. Powinniśmy, szanując autonomię obu tych instytucji, po prostu raz na zawsze je rozdzielić.

Bardziej bali się proboszcza niż własnej żony

A jakie są na to szanse? Polacy dojrzewają do wyraźnego powiedzenia: kończymy z tym?
– Polacy już do tego dojrzeli. Tylko klasa polityczna nie dojrzała. Znam to z doświadczenia, bo byłem posłem. Widziałem, jak moi koledzy i koleżanki czasem bali się wracać do siebie, do swojego okręgu wyborczego, do swojego miasteczka, z obawy przed reakcją proboszcza. Oni bardziej się bali proboszcza niż własnej żony! Trzęśli portkami, kiedy trzeba było zagłosować za związkami partnerskimi, za przyjęciem konwencji przeciwko przemocy wobec kobiet, za wieloma takimi, cytując klasyka, oczywistymi oczywistościami. Najlepszy przykład – Ratujmy Kobiety. Ten projekt został odrzucony – uwaga! – głosami Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej. Lęk był tak silny, że nie zagłosowali na tak lub nie, tylko wyciągnęli karty do głosowania i udawali, że ich nie ma. Tak się nie da sprawować dzisiaj władzy. Szczególnie że mam kompletnie inne doświadczenie. Gdziekolwiek jadę, ludzie mówią mi, że jednym z najważniejszych wyzwań jest realne oddzielenie państwa od Kościoła. I mówią to nie tylko w Warszawie, we Wrocławiu czy w Słupsku, które są miastami dość zeświecczonymi, ale również w Krośnie, w Zamościu, w Rzeszowie. Polacy są w dużej mierze antyklerykalni i czują, że Kościół jest dziś zbyt pazerny na wpływy.

Skąd ten strach polityków? Zwłaszcza z Nowoczesnej i PO? Przecież to nie są partie, które idą pod sztandarami państwa wyznaniowego.
– Strach ten wynika przede wszystkim ze splątania polityki i Kościoła, nie tylko na scenie ogólnopolskiej, ale też lokalnie. Wielu z nich – uważam, że fałszywie – jest przekonanych, że próbując rozdzielać państwo i Kościół, czyli, jak oni to nazywają, „wojując z Kościołem”, stracą wyborców. Jako prezydent Słupska wielokrotnie musiałem toczyć ciężkie boje z radnymi Platformy, bo oni uważali, że „trzeba dać kościółkowi pieniążki”. Tak mówili – „kościółkowi pieniążki”! Jakby to miało być takim średniowiecznym trybutem. Uważam, że w dzisiejszych czasach, w 2018 r., ludzi ten rytuał uwiera.

Czy rosnąca niechęć do wszechwładzy Kościoła jest pokoleniowa? Im młodszy Polak, tym bardziej byłby za rozdziałem?
– I tak, i nie. Bo np. młodzi dzisiaj głosują bardzo konserwatywnie. Ale myślę, że w polskim społeczeństwie wychodzi pewne DNA, że z jednej strony mamy przywiązanie do tradycji religijnych, a z drugiej – przywiązanie do antyklerykalizmu. Nieprzypadkowo media, które są antyklerykalne, całkiem nieźle w Polsce się sprzedają, przetrwały bardzo ciężkie czasy. Jesteśmy więc dziś gotowi na zrobienie kroku do przodu, jeśli chodzi o rozdział państwa i Kościoła.

Czyli?
– Czyli na wycofanie finansowania lekcji religii w szkołach publicznych. Na likwidację Funduszu Kościelnego, renegocjację konkordatu. Na opodatkowanie Kościoła, tak żeby księża płacili w końcu sprawiedliwy podatek. Patologią jest, że przeciętny proboszcz przeciętnej parafii w Polsce płaci ok. 200 zł podatku ryczałtowego, a w tej samej miejscowości fryzjer czy sklepikarz płaci podatek dziewięć razy większy. Po prostu państwo musi to uregulować.

Mówi się, że ruch Biedronia jest partią filmu „Kler”. I na tym chce płynąć, tak jak Ruch Palikota.
– Na pewno zostali ludzie, którzy są rozczarowani tym, że żadnej partii politycznej do tej pory nie udało się zrealizować postulatu rozdziału państwa i Kościoła. To jest coś, co boli Polki i Polaków, i oni mówią, po raz kolejny, politykom: uleczcie ten kraj z dominacji Kościoła, z jego mieszania się w każdą sferę naszego życia! A ponieważ udowodniłem w Słupsku, że potrafię oddzielić sprawy świeckie od spraw kościelnych, jestem w tym wiarygodny. Choć moja działalność nie sprowadza się tylko do rozdziału państwa i Kościoła. W mojej agendzie jest bardzo wiele innych rzeczy.

Czy rozwój tylko w wielkich miastach?

Czym więc jest ruch Biedronia? Kim pan jest, panie Biedroń?
– Jestem postępowcem. Jestem człowiekiem, który nie mówi: „przez ostatnie osiem lat Polki i Polaki”, tylko: „przez następne osiem lat Polki i Polacy będą mieli…”. Myślę o przyszłości, a nie o przeszłości. To jest moje kredo. Czytam Zygmunta Baumana, czytam Josepha Stiglitza, Janisa Warufakisa, Karola Modzelewskiego, tych wszystkich, którzy mnie inspirują do tego, żeby wspierać społeczeństwo, które nikogo nie wyklucza, nie zostawia z tyłu.

A konkretnie?
– Konkretnie? Kiedy mówię, że oddzielę państwo od Kościoła, każdy może powiedzieć: sprawdzam. Kiedy mówię, że wyrównuję szanse, każdy może powiedzieć: sprawdzam. Zobaczyć, jak to robiłem w Słupsku, stawiając na budownictwo komunalne, na lepszą edukację, lepszą służbę zdrowia, lepsze powietrze. Słupsk jest dzisiaj jedynym miastem w Polsce, które spełnia wszystkie normy, jeśli chodzi o powietrze. Nieprzypadkowo nasze motto brzmiało: zielone miasto nowej generacji. Słupsk dzisiaj jest drugim najszczęśliwszym miastem w Polsce według badań! A tak nie było. Pamiętam, jak odziedziczyłem Słupsk – to było jedno z najbardziej zadłużonych miast w Polsce, tam podpalano samochody, tam była gangsterka. I pokazaliśmy, że się da. Także w sferze godnościowej, w tym, co jest fundamentem budowania społeczeństwa. Słupsk kiedyś był miastem wojewódzkim. Ludzie tam pamiętają, że były instytucje, urząd wojewódzki, przemysł, miasto się rozwijało. To wszystko straciliśmy. I ludzie zaczęli pytać: czy rozwój ma być tylko w wielkich miastach? Czy to koniec? I słusznie pytali.

Czyli kiedy ruch Biedronia osiągnie znaczące poparcie, do Słupska wróci województwo?
– Jeśli mówimy symbolicznie, to „województwo” musi wrócić do takich miejscowości. Chodzi o godność i o to, by państwo tymi miejscami się interesowało. Polska to nie tylko Warszawa i parę innych dużych miast. A ostatnie wybory pokazały, że jeżeli politycy nie zauważą Polski z perspektywy Słupska, Ustki, Świdnicy, to wszyscy na tym przegramy.

Jak to powinno wyglądać?
– Powinniśmy wyrównywać szanse. Wprowadzić konstytucyjny zapis o zrównoważonym rozwoju całego kraju. Deglomerować. Odrzucić warszawocentryzm i przenieść np. niektóre urzędy centralne do innych miejscowości.

Trybunał Konstytucyjny – do Przemyśla?
– Gdzie jest Trybunał Konstytucyjny w Niemczech? W Karlsruhe. Słyszałem o tym pomyśle PiS, żeby przenieść Trybunał Konstytucyjny do Przemyśla, prawdopodobnie za karę, żeby go wyśmiać i poniżyć. Ale dlaczego TK nie miałby być w Łodzi, Słupsku czy w innej miejscowości? Przecież to podnosi rangę i prestiż tych miast. Dlaczego najlepsze uczelnie na świecie tak często są poza wielkimi miastami? Oksford, Cambridge, Heidelberg, Uppsala… Mój partner ostatnio dostał stypendium na jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie, University of Michigan. Czy wiecie, gdzie jest ten uniwersytet?

W Ann Arbor.
– Nikt w Polsce nie słyszał o Ann Arbor, a tam jest jeden z najlepszych uniwersytetów na świecie. To także kierunek dla Polski. I co jeszcze? Wstydem współczesnej Polski, po 30 latach transformacji, jest to, że 20% sołectw nie ma połączeń komunikacyjnych. Że nie jeździ tam ani pociąg, ani autobus. Jeżeli ktoś musi na rowerze każdego dnia dojechać 5 km, dzieci do szkoły, dorośli do pracy, to jest wstyd III RP.

A gdzie byli posłowie PO, kiedy zabierali nam szkołę?

Chleb powszedni, niestety…
– Byłem ostatnio na Suwalszczyźnie, spotkałem tam mieszkańców małej miejscowości i zacząłem im opowiadać o Trybunale Konstytucyjnym, o Sądzie Najwyższym… A oni mi przerwali: Panie, co pan gadasz? Pan zobaczy, tu na górce jest szkoła, ona jest zabita dechami. Wie pan, kto ją zabił dechami? Platforma Obywatelska. Stwierdzili, że się nie opłaca, że za mało uczniów. A my im mówiliśmy: Słuchajcie, tam nie tylko uczą się dzieci z naszej miejscowości, my tam wypożyczamy książki. Tam się odbywają rady sołeckie, to jest jedno z dwóch miejsc publicznych, w których możemy się spotkać. Drugim jest kościół. I tylko on nam dzisiaj został. I wy mówicie, że mamy bronić demokracji, broniąc Trybunału i Sądu Najwyższego? A gdzie byli posłowie PO, kiedy zabierali nam szkołę, która jest symbolem demokracji w naszej małej ojczyźnie? My nigdy nie spotkamy na ulicy sędziego Trybunału czy sędziego Sądu Najwyższego. Ale codziennie na ulicy spotykamy zwolnionych nauczycieli z tej szkoły. I co im mamy powiedzieć?

Mówi pan też wiele o prawie do mieszkania. Miło się tego słucha, ale o mieszkaniach mówią wszyscy. PiS ma program Mieszkanie+. A pan?
– Wiedeń dzisiaj jest uważany za jedno z najszczęśliwszych miast na świecie. Nieprzypadkowo. Otóż kiedy pytamy wiedeńczyków, dlaczego im się dobrze żyje, to odpowiadają, że również dlatego, że mają tanie i powszechnie dostępne mieszkania komunalne, tzw. Czerwony Wiedeń. Ludzie muszą mieć pewien standard, jeśli chodzi o planowanie swojej przyszłości. Kiedy zostałem prezydentem Słupska i przez cztery lata miałem dyżury co czwartek od godz. 15 do 20, to 95% problemów, z jakimi przychodzili do mnie mieszkańcy, to były złe warunki mieszkaniowe. I wiedziałem już wtedy, że jeśli chcę pomóc mieszkańcom mojego miasta, żeby zostali, nie wyjechali, to muszę im zapewnić dach nad głową. Żeby mieli zapewnione pewne minimum egzystencji, żeby nie musieli mieszkać z rodzicami, z teściami albo żeby nie musieli wynajmować.

To powszechne oczekiwanie.
– Dlatego politycy dziś czują, że mieszkalnictwo jest ważne. Tylko co oni mówią? Wspierać deweloperów! U mnie wspierali ich niektórzy radni, lobbowali, żebym uzbrajał grunty za grube miliony i przekazywał je deweloperom. A ja uważam, że równie dobrze może to robić państwo. Może uzbrajać tereny poprzez rozsądne planowanie przestrzenne, pilnowanie, żeby miasta się nie rozlewały. W Słupsku nie budowałem nowych bloków, bo miasta nie było na to stać. Ale uzupełniałem plomby, remontowałem pustostany. I co się stało? Oddawałem każdego roku dziesięć razy więcej mieszkań niż wcześniej. Uprzedzam – wstrzymałem remonty dróg przez pierwsze dwa lata. Ale remontowałem mieszkania. I dzisiaj wiemy, że m.in. dlatego wstrzymałem odpływ mieszkańców ze Słupska.

Wiem, co to znaczy, kiedy rodzice tracą pracę

Jest miasto wojewódzkie, w pewnym momencie przestaje być miastem wojewódzkim i nagle ludzie zostają sami…
– Ja to znam z autopsji! Dlatego kiedy słyszę polityków, którzy mówią, że trzeba odbierać np. 500+ tym, którzy tracą pracę, nie zgadzam się z tym. Bo moi rodzice stracili pracę w latach 90., kiedy zlikwidowano szkołę w Krośnie. Nas była czwórka i myślę, że gdyby wtedy było 500+, gdyby rodzice je dostawali, to pewnie nie musieliby wyjeżdżać do Stanów Zjednoczonych do pracy. I w którymś momencie znaleźliby pracę, tak jak później się stało. Wiem też, jak 500+ pomogło mieszkańcom mojego miasta.

W Słupsku…
– Niedawno spotkałem na ulicy w Słupsku panią, która powiedziała mi, że 500+ bardzo jej pomaga. Ona ma dzieci. I te dzieci wreszcie, po raz pierwszy w życiu, mogą wyjechać na wycieczkę. Powiedziała, że już więcej nie musi wypisywać zwolnienia, usprawiedliwienia, że dziecko jest chore. Bo do tej pory musiała oszukiwać… Ona to powiedziała, a mnie się przypomniało! Ja tak miałem w domu. Nie byłem na studniówce nie dlatego, że się rozchorowałem, chociaż moja matka takie usprawiedliwienie napisała, tylko dlatego, że nie mieliśmy pieniędzy. I wstyd było do tego się przyznać. Wszyscy z całej klasy byli na studniówce oprócz mnie. Do dzisiaj to pamiętam. I nie chcę, żeby ktokolwiek przechodził coś takiego, jak my przechodziliśmy. Ja wiem, jak się żyje w jednopokojowym mieszkanku w szóstkę i śpi na materacu, bo tak mieszkałem. I wiem, co to znaczy, kiedy rodzice tracą pracę, wiem, co to znaczy degradacja społeczna, kiedy mieszka się w mieście, które jest pozbawione wsparcia kraju.

Jesteśmy między dwoma mitami – mitem zielonej wyspy i krainy szczęśliwości oraz mitem Polski w ruinie. Z jednej strony, parametry mamy niezłe, z drugiej – milion ludzi, którzy nie mają pracy, i jeszcze więcej takich, którzy nie mogą związać końca z końcem, mimo że pracują.
– Plus 3 mln, które musiały wyjechać z Polski.

Do której Polski bardziej pan adresuje swoje posłanie? Tej, której się udało, czy tej drugiej? U pana też pobrzmiewają wątki programu społecznego PiS.
– Jest mi bardzo daleko do PiS. Ale dzisiaj polityk musi łączyć. Uważam, że naszym wyzwaniem jako polityków jest mierzenie rozwoju państwa nie średnią PKB, lecz tak jak pisał prof. Bauman – najsłabszym ogniwem. Bo gdy jeżdżę na spotkania podczas burz mózgów i pytam ludzi, kto z was zarabia średnią, to praktycznie nikt nie podnosi ręki. Wszyscy zarabiają mniej niż średnia krajowa! Lepiej więc rozwój kraju mierzyć najsłabszym ogniwem. Patrzeć, kto jest zostawiony z tyłu, i wyrównywać szanse. Nie wszyscy są w stanie równo biec. A ten opuszczony, sfrustrowany, później zagłosuje na Kaczyńskiego. I dopiero jako społeczeństwo za to zapłacimy! Oczywiście trzeba także tworzyć przestrzeń dla tych, którzy chcą rozwijać skrzydła, budować wielkie biznesy, dawać pracę. Dlatego państwo musi być dobrze skrojone, musi dobrze funkcjonować.

Już nie bronili tamtej Polski

Czyli jest pan za silniejszym państwem?
– Oczywiście! Państwo nie może skapitulować. Nieprawdą jest, że wolny rynek wszystko ureguluje. Skutki tego widać nie tylko w Polsce. Wielkie firmy przejęły kontrolę nad naszymi państwami. Budżet Walmartu, wielkiej sieci handlowej w USA, jest większy niż budżet Węgier. A nie mamy instrumentów, które pozwoliłyby w partnerski sposób podchodzić do wielkich korporacji, złapać je za rękę, gdy wyprowadzają pieniądze do rajów podatkowych. Oto słabość państwa, które zostało podkopane przez neoliberałów wołających: wolny rynek! To wolny rynek sprawił, że 40 najbogatszych osób ma tyle bogactwa, ile biedniejsza połowa ludzkości. Że najbogatszy 1% ludzi posiada 82% światowego majątku. Pozostałe 99% posiada tylko 18% majątku. To obłęd! A klasa średnia i klasa ludowa płacą za to cenę. Nie tylko tę, że na coraz mniej nas stać, ale także cenę szkód klimatycznych. To my jemy mięso, które jest zatrute, to my oddychamy powietrzem, które jest zatrute, a nie oni.

Gdy pada słowo cena, to chociażby ci z PO zaraz zapytają: a skąd na to brać? Budżet nie jest z gumy! Komu zatem chce pan zabrać?
– Na razie zabiera się tym, którzy ciężko pracują, ale mało zarabiają. A powinno być inaczej – wyzwaniem dla Unii jest zmuszenie tych wielkich korporacji, które korzystają z jednego z największych rynków na świecie, z portfeli Europejek i Europejczyków, by w końcu zaczęły płacić podatki. Bo dziś nie płacą, wyprowadzają pieniądze.

Mówi pan, że patrzy w przyszłość. Ale w Polsce nie da się uciec od przeszłości.
– Mój tata był w PZPR, a mama w Solidarności. Na pewno nie byłoby mnie przy tym stole, gdyby nie państwo tworzone po 1945 r. To państwo dało szansę, żeby moi rodzice mogli się kształcić i pracować, żebym ja skończył szkołę. To dzięki temu państwu, na które dzisiaj tak wielu narzeka, choć są jego beneficjentami, zrobiliśmy ogromny skok cywilizacyjny. Można to wyśmiewać, można tego nie dostrzegać, ale taka jest rzeczywistość. Masową edukację, walkę z analfabetyzmem, zwalczanie chorób, zwalczanie ubóstwa, awans społeczny, rozwój miast, rozwój Słupska, Krosna, zawdzięczamy temu, co się działo po roku 1945. I o tym trzeba mówić. Wielkim zaniedbaniem moich starszych przyjaciół na lewicy było to, że nie potrafili tego obronić po roku 1989 w dostateczny sposób. Tak bardzo uwierzyli w neoliberalizm, wolny rynek, podatek liniowy i trzecią drogę Tony’ego Blaira, że już nie bronili tamtej Polski. Nie bronili historii lewicy, nie bronili dąbrowszczaków, nie opowiadali o Kościuszce, o tych, którzy walczyli za naszą i waszą wolność. Dzisiaj płacimy za to ogromną cenę.

Bo historię pisze nam prawica z IPN.
– Pamiętam, że jako poseł każdego roku w Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka składałem wniosek o likwidację budżetu Instytutu Pamięci Narodowej. A on z każdym rokiem rósł! Każdego roku za rządów PO. I każdego roku posłowie PO śmiali mi się w twarz, gdy mówiłem, że IPN buduje potęgę Rydzyka i Kaczyńskiego. A oni z tego się śmiali. IPN nie może być instrumentem do fałszowania historii. Tylko niestety nasi koledzy i koleżanki – tu trzeba się uderzyć w piersi – starsi w wierze lewicowej, nie dopilnowali, żebyśmy pamiętali o bohaterach i o tych, którzy dla lewicy są ważni. Żebyśmy stworzyli instrumenty, za pomocą których moglibyśmy historię przypominać. Czyli także media – które byłyby silne, które mogłyby prezentować w rzetelny sposób perspektywę postępową, perspektywę wrażliwości społecznej. Jak patrzę na to, co stworzyli liberałowie, co stworzyli prawicowi populiści, jakie machiny medialne, to ogarnia mnie zazdrość.

Dla nich byłem dobry, kiedy byłem miłym gejem

To teraz te machiny będą pana rozjeżdżać. Gdzieś już wyczytaliśmy, że Robert Biedroń skarżył się, że jest strasznie kopany.
– Byłem dla nich dobry, kiedy byłem miłym gejem, pijącym wodę z kranu w Słupsku, jeżdżącym na rowerze, dbającym o zwierzęta… Bo można było przyjechać z kamerą, pokazać, jak Magda Gessler gotuje bigos. To było miłe, to nikomu nie szkodziło, to sprawiało, że wołali: zobaczcie, jaki fajny ten Słupsk, jaki fajny prezydent, inny niż wszyscy. Dostawałem nagrody, każdego roku byłem wyróżniany w konkursie „Newsweeka” na najlepszego prezydenta, Tomasz Lis wręczał mi dyplom, mam te wszystkie dyplomy. I nagle, kiedy powiedziałem, że wchodzę do wielkiej polityki, okazało się, że jestem najgorszym prezydentem! Nic mi się nie udało! Katastrofa! To jest myślenie z tej bajki. Te tłumy, które przychodzą na spotkania ze mną, na burzę mózgów, pokazują, że to tamci żyją w bańce, nie zdają sobie sprawy, że tworzona przez nich tyle lat rzeczywistość odchodzi w niepamięć. Ludzie potrzebują zmiany i ta zmiana nadejdzie. To kwestia paru miesięcy.

Robert Biedroń – widzimy pana, ale nie wiemy, kto z panem idzie. Gdzie jest ta szersza grupa?
– W dzisiejszych czasach polityka kumuluje się wokół liderów. Można na to narzekać, można próbować inaczej – moi młodsi siostry i bracia w wierze, partia Razem, spróbowali inaczej i zapłacili ogromną cenę – a można próbować to zrozumieć i wykorzystać. Ja staram się być w tym wszystkim skuteczny. Buduję swoją drużynę pieczołowicie i bardzo dokładnie. Za to odpowiada Krzysztof Gawkowski jako ten, który buduje struktury. Jednocześnie wykorzystuję do tej budowy swoją osobę. Dlatego dziś to może tak wyglądać, że jest jeden Biedroń. Ale w przypadku każdego ruchu tak to wygląda.

Platforma zaczynała to w trójkę, postawiła na ludzi z różnych środowisk. Oni przyciągnęli różne środowiska. Czasami zupełnie przeciwstawne.
– Wolę, żeby obok mnie stanęli ludzie, których wartości znam – i są to wartości mi bliskie. Ja nie jestem jak zupa pomidorowa, nie muszę wszystkim smakować, ale chcę, żeby poglądy postępowe były obecne w polskiej polityce. Wierzę w nie. I wiem, że państwo będzie lepiej funkcjonowało, a ludzie lepiej żyli, jeżeli one zaistnieją.

Jeżeli macie tak wyraźnie zdefiniowane poglądy, to po co te spotkania? Te burze mózgów?
– Po to, żeby wyjść także z naszej bańki. Posłuchać, co ludzie mają do powiedzenia. Jeżeli mówię o rozdzieleniu państwa i Kościoła, o walce ze smogiem, o wyrównaniu szans, to ciekaw jestem, co ludzie na to odpowiadają. Nie skończyłem uniwersytetu dla polityków. Nie ma czegoś takiego. Lekarz kończy medycynę, prawnik – prawo. A polityk może się uczyć tylko od społeczeństwa. Jak nie wystawię w Słupsku swojej czerwonej sofy, jak nie zorganizuję burzy mózgów, to nigdy nie zrozumiem ludzi w całej Polsce. A jak ich nie zrozumiem – to nie wygram.


Prezentacja elementów programowych ruchu politycznego Roberta Biedronia
• minimalne wynagrodzenie w wysokości 60% średniej krajowej
• odejście od węgla w energetyce do 2035 r.
• czyste powietrze i odnawialne źródła energii
• powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem
• inwestycje w opiekę zdrowotną i wsparcie pielęgniarek
• koniec z finansowaniem Kościoła przez państwo
• jawne, rzetelne konkursy do wszystkich spółek skarbu państwa
• rozliczenia polityków dziś łamiących prawo


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 52/2018

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. tak było
    tak było 22 grudnia, 2018, 21:28

    ich dwóch a ona jedna

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. futi
    futi 30 grudnia, 2018, 22:50

    Pan Robert Biedroń mówi tu o Słupsku jakby przed nim nic nie było poza zepsutym powietrzem, gangsterami, nieudacznikami. „Krasnoludki” o ponad 50 lat organizują Festiwal Pianistyki Polskiej, ponad 30 lat Komeda Jazz Festiwal, 12 lat Niemen Non Stop, 21 lat Witkacy Pod Strzechy; bez Biedronia były remontowane ulice, chodniki itp
    Większość z jego tu wypowiedzi to kłamstwa – o budynkach komunalnych, o oddłużaniu, o czystości powietrza, jak również o równości kobiet – patrz zarobki w instytucjach podległych UM Słupsk;
    Przypisuje sobie zdarzenia w których nie brał udziału. Oto przykład – obwodnica Słupska
    co mówi wikipedia
    „Obwodnica Słupska – obwodnica omijająca od południa Słupsk. Obwodnica znajduje się w ciągu drogi ekspresowej S6.
    5 sierpnia 2008 podpisano umowę na jej budowę z konsorcjum firm Strabag Sp. z o.o. i Wakoz Sp. z o.o. Rozpoczęcie robót nastąpiło 10 września 2008……..
    Budowa ukończona we wrześniu, udostępniona 26 października[1] a oficjalne otwarta 29 października 2010 roku.”

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy