Polska czeka na de Sade’a

Polska czeka na de Sade’a

Na początku grudnia minęła 200. rocznica śmierci markiza de Sade’a. Jego nazwisko powszechnie kojarzy się z sadyzmem i libertynizmem. Jest to skrajne uproszczenie. Był przede wszystkim wybitnym myślicielem i pisarzem. Trudno wyobrazić sobie oświecenie bez markiza. I choć niektórzy widzą w nim jeden z symboli rewolucji francuskiej, nieustraszonego bojownika o wolność, rację ma raczej prof. Bogdan Banasiak (jeden z największych znawców jego myśli w tej części Europy), dla którego de Sade był buntownikiem kulturowym, społecznym i politycznym. Rewolucja uwolniła go z więzienia, ale jednocześnie na powrót go tam umieściła. Jak pisze prof. Banasiak, to samo, „co przyciąga go do Rewolucji – wolność, ateizm, sprzeciw wobec kary śmierci – czyni go podejrzanym w oczach rewolucyjnej władzy”.

W pismach politycznych z okresu rewolucji markiz de Sade nawoływał: „Francuzi, Europa spodziewa się po was, że uwolnicie ją za jednym zamachem od berła i od kazalnicy. Pomyślcie, że nie da się jej uwolnić od tyranii królów, jeśli nie zerwiecie z niej jednocześnie pęt zabobonu religijnego: zbyt ścisła jest więź obu tych tyranii i jeśli tylko jedną z nich oszczędzicie, wkrótce popadniecie w jarzmo tej, którą zaniedbaliście rozgromić”.

Władza Kościoła, jak i autorytarnych rządów, narzucała nie tylko tyranię polityczną, ale też represyjną moralność i kontrolę obyczajową. Jedna i druga była przedmiotem ataków de Sade’a. Szczególnie jednak wolność obyczajowa i seksualna powiewała na sztandarach francuskiego buntownika.

Historia prześladowania seksualności sięga głęboko wstecz – począwszy od pokutniczych praktyk chrześcijaństwa i grzechów cielesności, można opisać wielki cykl represji. Zanim jednak rynek w drugiej połowie XX w. zrobił ze sfery seksu kolejny dochodowy sektor gospodarki kapitalistycznej, wydarzyło się coś jeszcze. Tworzone w XIX w. nowoczesne państwa narodowe chciały zarządzać nie tylko „swoimi” terytoriami, pragnęły również kontrolować myśli, język i ciała „swoich” obywateli. Jeżeli najbardziej powszechną i pożądaną rolą społeczną u progu wczesnego kapitalizmu był robotnik i żołnierz, to narodowe państwo martwić się musiało o „zdrowie” obywateli. Jak wiadomo, tylko w „zdrowym ciele” może zamieszkać „zdrowy duch”. Dlatego państwo chciało za wszelką cenę „unaukowić” i poddać medycznej kontroli ludzką seksualność. W innym przypadku nie tylko mogła się szerzyć moralna anarchia, ale również ludzkie ciało mogły zaatakować różne choroby i patologie. A to groziło problemem z zapełnieniem fabryk robotnikami i znalezieniem odpowiedniej liczby rekrutów dla armii. Bez fabryk nie dałoby się wyprodukować nowoczesnego ładu, a bez armii niemożliwe byłoby tępienie obcych chwastów rosnących w narodowym ogródku państwa.

Po raz kolejny religijna troska o moralność szła w parze z państwowym pilnowaniem porządku – Kościół i państwo znowu razem mogły żyć w symbiozie i w politycznym sojuszu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. W „Historii seksualności” Michel Foucault zauważał, że popularne w tym czasie badania nad dziedzicznością „narzuciły seksowi (stosunkom płciowym, chorobom wenerycznym, współżyciu małżeńskiemu, zboczeniom) »biologiczną odpowiedzialność« za losy gatunku: seks nie tylko mógł zostać dotknięty własnymi dolegliwościami, lecz także pozbawiony kontroli mógł przekazywać lub wywoływać schorzenia u przyszłych pokoleń (…). Stąd projekt państwowego zarządzania małżeństwami, urodzinami i warunkami przeżycia; seks i płodność muszą być administrowane”. Te XIX-wieczne dogmaty przetrwały w niektórych miejscach do teraz.

Dziś w Polsce możemy wciąż obserwować silną chęć administrowania ludzką seksualnością ze strony państwa, Kościoła i konserwatywnej części mediów. Z drugiej strony kuszenie seksem przez kulturę masową w społeczeństwie uznawanym za katolickie powoduje, że oficjalna represyjność działa jak dodatkowa zachęta do smakowania „zakazanego owocu”. Tym bardziej że podobnie jak w innych wymiarach życia społeczeństwa konsumpcyjnego również w sferze seksu działają dokładnie te same zachęty. Tak jak w sektorze ubrań, kosmetyków czy nowych gadżetów elektronicznych także w sferze seksu rynek funduje – jak zauważa prof. Tomasz Szlendak – „porady ekspertów w kolorowych magazynach, produkty, obrazy medialne, wideo- i fotoprzewodniki po barwnym świecie konsumenckiego seksu”. Zjawisko to występuje od jakiegoś czasu również w społeczeństwie polskim, powodując komercjalizację, a jednocześnie indywidualizację zachowań seksualnych. W skali makro musiało to doprowadzić – wbrew stanowisku Kościoła – do poluzowania gorsetu konserwatywnej moralności. Jak pokazują badania socjologiczne, większość respondentów akceptuje ten proces, twierdząc, że „nie ma nic przeciwko zwiększającej się w Polsce swobodzie seksualnej” (prawie 49% osób). Jeszcze więcej uznaje seksualność za prywatną sprawę każdego człowieka, w którą to sferę państwo nie powinno ingerować (ok. 67% badanych).

W społeczeństwie, w którym poprzez agendy państwa i Kościoła wciąż lansuje się wzorzec tradycyjnej rodziny oraz świętość związku małżeńskiego, sfera życia seksualnego pozostaje nie tylko obszarem wzmożonego nadzoru i kontroli instytucji państwowych, ale także miejscem najgorętszych sporów politycznych. I będzie tak, dopóki ruch emancypacji społecznej, kulturowej i politycznej, na który społeczeństwo polskie wciąż czeka, nie wypchnie również z sypialni wścibskich moralistów kościelnych i państwowej policji obyczajowej.

Wydanie: 50/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Komentarze

  1. errata
    errata 18 grudnia, 2014, 16:16

    Cokolwiek byśmy o nim powiedzieli, „spuścizna literacka” tego pana skutecznie go, rzec można, stygmatyzuje.
    W tej zaś sytuacji…nic dodać, nic ująć. Pas!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy