Polska małych miast: zwijamy się

Polska małych miast: zwijamy się

Jest kasa, jest Biedronka, fajnie się żyje, spokojnie

Prof. Wojciech Łukowski – pracuje na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych i w Ośrodku Badań nad Migracjami UW, realizuje obecnie projekt badawczy „Mobilność mieszkańców małego miasta w doświadczeniu biograficznym i pokoleniowym”.

Panie profesorze, jak z perspektywy mniejszych miejscowości prezentuje się polskie życie polityczne? Jest różnica między tym, co w Warszawie, a tym, co się dzieje lokalnie?
– Gdy schodzimy na poziom lokalny, miast poniżej 100 tys., bardzo silnie pojawia się wymiar lokalny, rozumiany tak, że my załatwiamy lokalne sprawy, my nie uprawiamy polityki. Moim zdaniem na poziomie lokalnym jest niedoreprezentacja odniesienia się do gry politycznej, tej na szczeblu ogólnokrajowym. No i pojawia się pytanie, na ile obecne czasy będą próbą spolityzowania tej sytuacji. Która – dodam – w zdrowym systemie politycznym nie byłaby taka zła.

Więcej partyjnej polityki to lepiej?
– Polityzacja ma też zalety. Oczywiście nie wyklucza, że w takiej czy innej gminie wygra kandydat niezależny czy jakiś miejscowy komitet, ale wymusza na partiach politycznych bardzo poważne zajęcie się poziomem lokalnym. Żeby nie było tak, że mieszkaniec małego miasta ogląda TVP Info, TVN 24 czy śledzi inne komunikatory i widzi jakiś teatr, który nie bardzo można przełożyć na język lokalnej rzeczywistości.

Bo tak jest?
– Tak, i to jest rzeczywista dysfunkcja. Byłoby fatalnie, gdyby w każdym mieście działo się to co w Sejmie. Za to fantastycznie, gdyby na agendzie partii politycznych były wyraźnie uwypuklone problemy, które przekładają się na konkretną politykę lokalną. Na przykład wzmacnianie ogólnopolskich programów socjalnych w zależności od specyfiki danego miejsca… A tego nie ma. W rezultacie ta luka działa alienująco. Na poziomie ogólnopolskim sięgamy do niezwykle uproszczonych, emocjonalno-aksjologicznych schematów, a na poziomie lokalnym korzystamy z komponentu bardziej poznawczego, racjonalnego. Rozważamy, kto lepiej kalkuluje.

My, klienci władzy

Czyli gdy mieszkaniec na poziomie lokalnym ocenia burmistrza, to zastanawia się, czy jest dobrym gospodarzem, czy potrafi należycie zrealizować inwestycję, a gdy zaczyna oceniać poziom ogólnopaństwowy, to kieruje się emocjami, schematami?
– Tak! I ta niespójność jest na dłuższą metę alienująca i zniechęca do polityki. Ale też mamy drugą stronę medalu. Umiejscowienie lokalnego decydenta w takim schemacie, że on jest od załatwiania różnych spraw, a nie od jakichś wizji czy koncepcji, sprzyja budowaniu klientelizmu. Jeśli ludzie zdefiniują lokalnego przywódcę jako tego, który załatwia różne problemy, on reaguje na to i kalkuluje, co mu się bardziej opłaca. Powoduje to wypłukiwanie lokalnej polityki z niektórych ważnych problemów, które powinny być podjęte. Wystarczy chwalić się, że miasto buduje kolejny most, kładkę… Owszem, to rzeczy istotne. Ale można powiedzieć, że te małe miasta dryfują.

Budują i dryfują?
– One się rozwijają w tym sensie, że co chwilę coś tam się dzieje. Ktoś zostaje obsłużony.

To znaczy?
– Dam przykład: dosyć istotnym elementem lokalnej układanki stały się uniwersytety trzeciego wieku. Kto tam jest? Najczęściej przedstawiciele lokalnej klasy średniej na emeryturze. Czyli ludzie, którzy bez tego uniwersytetu bardzo dobrze daliby sobie radę. Także w sensie ekspresji, emancypacji, zainteresowania światem itd. I oto jedzie wycieczka do Sankt Petersburga, co oczywiście wywołuje w obrębie tego uniwersytetu niedosyt, bo miejsc jest mniej niż chętnych, a wycieczka bywa sponsorowana przez gminę. Można powiedzieć, że ludzie w starszym wieku, w dobrej kondycji psychicznej i nie najgorszej fizycznej, otrzymują dodatkowy bonus. A ci, którzy naprawdę potrzebują tej pomocy…

Nic!
– Lub bardzo niewiele, np. przycisk umożliwiający wezwanie pomocy… Miasteczko, które badam, ma realnie 25 tys. mieszkańców, w tym 5,5 tys. emerytów! A skala uniwersytetu to 300 osób. W stosunku do wszystkich emerytów procent niewielki, ale biorąc pod uwagę wybory – 300 razy trzy albo 300 razy cztery. Przy ogólnej frekwencji 40% te 1,2 tys. osób to już więcej niż języczek u wagi, to bardzo poważna grupa, którą warto obsługiwać. Zwłaszcza że takie obsługiwanie jest sympatyczne. Jest inauguracja uniwersytetu, wykład, jest okazja, żeby się zaprezentować, powiedzieć same superlatywy o ludziach, którzy tu przybyli. Potem zakończenie uniwersytetu. Zawsze jest jakiś catering, jakiś element ludyczny, jakiś występ. To wszystko jest sympatyczne, ale jak spojrzymy na to z perspektywy pewnej logiki, gradacji spraw mniej ważnych i ważniejszych, widzimy, że wpływ tej władzy na procesy lokalne jest wyspowy. Obejmuje grupy, wobec których najłatwiej klientelizm wytworzyć. Podobnie – lokalny sport. Łącznie z dysproporcją między pieniędzmi, które idą na infrastrukturę sportową, będącą często na poziomie europejskim, a tym, że to V czy VI liga.

Wygląda to tak, że burmistrz organizuje potańcówki, koncerty, wycieczki rowerowe, na Dzień Dziecka sprowadza znany zespół muzyczny. Zabawia mieszkańców. A ważnymi rzeczami się nie zajmuje.
– Bo prawie każdej ważnej rzeczy towarzyszy ryzyko kolizji interesów. Inny przykład – miasteczko się „rozwija”, event goni event, ale szpital powiatowy ma 18 mln zł długu. To oczywiście sprawa kompetencji – szpital jest powiatowy, a powiat nie ma pieniędzy. Miasto natomiast ma. Skoro więc szpitalowi grozi upadłość, a miasto ma budżet 100-milionowy, być może warto, aby włączyło się w procedurę restrukturyzacyjną, bo to i zdrowie obywateli, i miejsca pracy, i prestiż. Ale wtedy nie będzie paru koncertów, paru eventów… Owszem, można zapytać, czy ważniejsze jest, żeby władza o nas dbała naprawdę, czy tylko dawała igrzyska. Ale ludzie tak nie myślą. Łatwiej iść drogą eventów.

Poza tym jest duże prawdopodobieństwo, że restrukturyzacja szpitala się nie powiedzie.
– Istnieje ryzyko, że szpital znajdzie się w rękach jakiegoś kolejnego hochsztaplera, więc tego się unika.

Koncert znanej grupy – ryzyko zerowe.
– Tak władza kalkuluje.

Misjonarze dobrej zmiany

I wygraną ma w kieszeni?
– No nie. Nie wiadomo jeszcze, jak to się wykrystalizuje, jak przesunie, ale „dobra zmiana” prowadzi do tego, że na szczeblu lokalnym pojawiają się jej misjonarze. Którzy próbują wprowadzić element partyjno-polityczny. Choć mam wrażenie, że są wciąż w pewnym szpagacie – czy już iść pod tym sztandarem, czy dalej udawać, że jest jakiś apolityczny sztandar zastępczy.

Pisowcy nie wiedzą, czy iść pod sztandarem PiS, czy lokalnego komitetu?
– Tych ludzi nie jest dużo. Kilku, kilkunastu, którzy zapisali się do PiS, kilku, którzy poszli do Kukiza… No i teraz sytuacja trochę zaczyna przypominać taki oto układ: mamy eventy, mamy ciepłą wodę w kranie, powstały w mieście dwie nowe knajpy, bardzo dobre, mamy kino… Ale kształtuje się nam inna linia polaryzacji. Po jednej stronie będzie ten przysłowiowy gospodarz, który w ogóle polityką się nie interesuje, który kiedyś był w jakiejś partii, ale dawno o tym zapomniał i nie chce tego pamiętać, a po drugiej jest alternatywa. Zabarwiona narodowo. Mówiąca o innych sprawach. I pytanie jest jedno – czy dla lokalnej publiczności będzie ona atrakcyjna? Bo przychodzi ten moment… Ludzie mogą powiedzieć: Przecież od 20 lat jest to samo! Może czas na zmianę? Owszem, jest ryzyko, że wybór może być zły. Ale czy to ryzyko jest aż tak duże?

Dlatego się wahają.
– Mamy w Polsce podział emocjonalny i on też ma swój wymiar lokalny. Wzmocniony przez 500+, bo ten program wprowadziło PiS, a nie inna partia. Często jest to też skorelowane z pokoleniowością. Kandydaci prawicy są przeważnie z pokolenia 30-latków. Czyli tego, które teraz w sposób naturalny powinno przejmować stery.

Młodzi pisowcy szturmują?
– I przy pewnej ich inteligencji lokalna scena polityczna po wyborach może być bardziej upartyjniona. Nastąpi większa ideologizacja lokalnej przestrzeni. Pomniki jednego rodzaju, święta jednego rodzaju, nazwy ulic jednego rodzaju. To już trwa! Od pewnego czasu obserwuję wypłukiwanie lokalnych społeczności z miejscowego kolorytu. Mieszkańcy mniejszych miast dużą część swojej tożsamości budowali na pamięci o lokalnych działaczach, osobach dla tej społeczności zasłużonych. Teraz ta część tradycji przestaje być ważna. My jesteśmy częścią wielkiego narodu! Jesteśmy małym miasteczkiem, ale jesteśmy w Polsce. To jedyna oś tożsamościowa. A ten lokalny aspekt, historyczno-tożsamościowy, gdzieś tam zostaje wypłukany.

Już nie tu, jeszcze nie tam

Ludzie w małych miejscowościach się zmieniają?
– Zacznijmy od tego, że dzisiaj właściwie każdą niewielką miejscowość w Polsce można by opatrzyć prefiksem trans…

Dlaczego trans?
– Dlatego, że duża część ludzi jest poza swoim matecznikiem, ale pozostaje w bardzo silnych związkach z nim. Czyli ma diasporę na Islandii, w Brukseli itd. Mało tego, pojawiają się hybrydowe formy tej tożsamości. Na przykład jest dwóch kumpli, kierowców, którzy znaleźli pracę w Niemczech. Zarabiają tam na poziomie 2 tys. euro, plus jeszcze pracodawca dopasowuje się do ich sytuacji, tak że pracują trzy tygodnie w miesiącu, a tydzień mają wolne.

I wracają do domu.
– Przez tydzień są tutaj. Więc cały ich świat jest tutaj. Ale to świat siłą rzeczy bardzo zredukowany. To nie obecność, to ćwierćobecność. A raczej okazja, żeby się pokazać. Pójść razem do restauracji, przejechać się po mieście nowym samochodem. Ten człowiek żyje w zawieszeniu. Przybywa rodzin patchworkowych. Ktoś jest w Anglii, w Polsce ma dwoje dzieci. Ale tam, w Anglii, związał się z kobietą, która ma dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa, i ma już z nią dziecko. I przy różnych okazjach ujawniają się konflikty. Wtedy znaczna część energii idzie nie na szczęście, radość, bycie razem, tylko na utrzymywanie tego prującego się patchworku.

Co się zmieniło od wejścia do Unii?
– Po roku 2004 była euforia, że otwarte granice, że praca. A teraz zaczynają wyłazić tego konsekwencje. Różne! Ten kierowca, który jedzie do Niemiec, patrzy na tamten świat, porównuje, przenosi pewne wzorce. Z drugiej strony życie lokalne jest dla niego coraz dalsze. Dla niego wybory lokalne z pozycji numer 8 w priorytetach życiowych spadają na pozycję 25.

A ci, którzy nie wyjechali?
– Są z reguły mniej mobilni, mniej kreatywni. Dodatkowo ich potencjalna kreatywność została zaklajstrowana przez 500+. Bo świat się kręci, jest kasa, jest Biedronka, fajnie się żyje, spokojnie. Ale w wyborach akurat oni mogą być bardziej mobilizowalni. Bo czerpią satysfakcję życiową nie z refleksji, co się dzieje w lokalnym świecie, tylko z tego, że mają zapewnioną jakąś tam przyzwoitą konsumpcję, której wcześniej nie mieli.

A kółka parafialne? Są ważnym miejscem?
– Życie religijne też zaczyna przybierać postać eventów. Na przykład misterium męki Pańskiej stało się gigantycznym eventem, na który bierze się kasę z samorządu. I cała pula środków przeznaczonych na kulturę w budżecie obywatelskim została zagarnięta przez parafię. A event jest gigantyczny, na całą diecezję. 300 aktorów, kostiumy, scenografia, dwugodzinne przedstawienie – to wszystko kosztuje. Ci, o których mówiłem, młodzi zbuntowani, młodzi konserwatywni, młodzi religijni, nacjonalistyczni, są w orbicie tego wydarzenia. Pomagają, występują jako aktorzy. I raczej nie robią tego z powodów religijnych. W ogóle event jest areligijny, to raczej wydarzenie ludyczne.

Ludzie chcą, żeby coś się działo. Polska staje się zabawowa? Homo ludens z nas wychodzi?
– Tak.

Następnego pokolenia nie będzie

A jak Polaków zmieniło 500+? Żony już się nie boją, że zabraknie do pierwszego, bo mąż przepije?
– Trzeba się odwołać do wciąż nośnej koncepcji dualnego rynku pracy i dualnej przestrzeni społecznej. Podrzędny segment w małym miasteczku tworzą ci, którzy pracują za płacę w okolicach najniższej krajowej. I teraz dostali 500+. Segment uprzywilejowany to w polskich realiach budżetówka oraz, powiedzmy, jakieś wyspy klasy średniej, wygenerowane przez środowisko lekarzy, przedsiębiorców… Trochę ryzykowne jest umieszczanie ich razem, w praktyce to bardziej złożone. Do tego dorzućmy jedną uwagę – ludzie myślą w kategoriach wielopokoleniowych, o sobie, ale też o następnym pokoleniu. I teraz co się dzieje? Część tej grupy „najniższej krajowej” zasila podrzędny segment rynku pracy w krajach zachodnich, a część zostaje. Obecnie może skłonność do tego, żeby zostawać, trochę się zwiększyła, bo jest 500+. Natomiast ten drugi segment, bogatszy, generuje migrację w stronę tego, co nazywamy pokoleniem globalnym. Czyli, jeśli jesteś dobrym lekarzem lokalnym, to nawet ci przez głowę nie przejdzie, żeby kształcić swoje dziecko w taki sposób, żeby wróciło do rodzinnego miasteczka!

Ono musi wyjechać?
– Coraz częściej się zdarza, że jeśli w ich miejscowości nie ma przyzwoitego liceum, to rodzice posyłają dzieci do dużego miasta. Do dobrego liceum. Żeby zminimalizować ryzyko, że potomek wpadnie w czarną dziurę. To już widać i z tego segmentu mamy sporo przykładów ludzi koło trzydziestki, którzy są globalni, czyli funkcjonują wszędzie. Są w Kalifornii, są na Węgrzech, wracają do Krakowa, bo w Krakowie jest filia ich korporacji.

A co ma z tego ich rodzinne miasto?
– Ano właśnie! Klasa średnia z reguły kształtuje styl życia, nadaje ton lokalnej polityce. A tu mamy jej bardzo silną erozję!

Klasa średnia wyjeżdża.
– A na liderów kreują się ci z pokolenia 30-latków, którzy dziś są nastawieni nacjonalistycznie, konserwatywnie.

I opowiadają, że stare elity są sprzedajne, niepatriotyczne, że wysyłają swoje dzieci na Zachód, żeby tam się urządzały, że nie myślą o Polsce.
– Jeżeli nawet tak mówią, ta opowieść nie wywiera trwałego wpływu. Co najwyżej prowadzi do krótkotrwałego zaburzenia. Bardziej chwytliwa jest opowieść, że nareszcie mamy kogoś, kto próbuje czyścić. Ale już spotykam ludzi zbulwersowanych nagrodami, które przyznali sobie ministrowie. Upada ich wiara, że przyszła ekipa, która czyści. Choć spotykam również takich, emocjonalnie związanych z PiS, którzy będą z tą partią niezależnie od tego, co będzie się działo.

Klasa średnia abdykowała, więc inni łowią

Kto dziś jest trendsetterem dla polskich małych miast? Kto narzuca styl życia?
– Nikt tego nie robi. Odnoszę wrażenie, że w tej chwili mamy dryf. Lokalna klasa średnia abdykowała. Także ze względów pokoleniowych. To są ludzie, którzy świetnie funkcjonowali przez ostatnie 30 lat, więc siłą rzeczy mają dziś lat sześćdziesiąt parę.

A ich dzieci wyjechały.
– Ich dzieci nie ma. Są gdzieś daleko. Idealny schemat przekazu międzypokoleniowego jest taki, że dzieci są jak najdalej.

W Nowym Jorku, w banku.
– Co jest oczywiście niepokojące, bo zrywa przekaz międzypokoleniowy, także w kontekście opiekuńczości itd. Jeśli przy ładniejszej pogodzie pójdzie się na skwerek w centrum miasta, można spotkać te osoby. Siedzą tam, instynktownie szukają kogoś drugiego. Bo wśród nich jest ogromna liczba ludzi samotnych biologicznie i samotnych społecznie.

I łowi ich ks. Rydzyk?
– Owszem, wielu szuka ukojenia we wspólnotach religijnych. Ale nie tylko katolickich. Osoba, która straciła sens życia, wszystko jej się posypało, dzieci nie ma, jest chora, nie ma pieniędzy, ciągnie do liderów, którzy potrafią nad jej losem się pochylić. Pocieszyć, pokazać sens życia.

Lewica w takich miastach nie ma czego szukać?
– Ależ ma! Tylko nie szuka. Po pierwsze, nie ma kim… Po drugie, to prawica jest dziś gwarantem poczucia elementarnego bezpieczeństwa. To ona oferuje jakieś elementarne bezpieczeństwo, czyli to, co powinno być zadaniem lewicy. Po trzecie, w małych miastach przedstawiciele lewicy to klasa średnia, czyli III RP, ci, którzy stołki już powycierali w tych radach, spółkach… A jest wśród nich sporo ciekawych, mądrych ludzi, tylko oni prywatyzują swoje życie. Na zasadzie: mam 65 lat, swoje zrobiłem, idę na emeryturę, niech inni się martwią!

Czyli jest mętlik…
– Wybory lokalne są okazją, żeby ten mętlik trochę ułożyć. Wpływ na to ma też ordynacja wyborcza. Okręgi jednomandatowe w gminach poniżej 20 tys. mieszkańców, system d’Hondta w gminach większych… To może sprzyjać pojawianiu się na poziomie lokalnym odbicia tego, co się dzieje na szczeblu centralnym, ale będą też próby wyjścia z kolejną odsłoną klientelizmu dla wszystkich. Widzę, jak to się próbuje przepoczwarzyć. Jest ciekawy, kreatywny kandydat na burmistrza, ale się waha, a ci, którzy funkcjonują w tej lokalnej polityce od lat – nie wahają się, co wzbudza w ludziach odruch odrzucenia. Nie dlatego, że tamci są źli, ale dlatego, że są od 20 lat i ludzie już mają ich dość.

Wydanie: 26/2018

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy