Polska zgoda i niezgoda

Listopad – niebezpieczna dla Polaków pora. Wystawa fotografii zachęcająco nazwana “Naziści” przyciągnęła telewizję publiczną, która w ramach swej misji kulturalnej ochoczo filmowała performance Daniela Olbrychskiego. Tenże, wzorem kmicicowych komilitonów, kompanów, co to “rozstrzelali” portrety antenatów Oleńki Billewiczówny, “zbigosował” swoją legendarną, acz filmową, szablą fotografię własną i kilku swoich aktorskich kompanów. To był akt pierwszy.
W akcie drugim dyrekcja galerii narodowej zamknęła wystawę i poinformowała o wielkich stratach materialnych, a minister od kultury i dziedzictwa narodowego zażądał zamieszczenia wyjaśnienia, o co artyście Uklańskiemu chodziło. Wróciliśmy do czasów, gdy pewien sekretarz generalny od sztuki domagał się zrozumiałości, dostępności dla ludu pracującego miast i wsi.
Zajazd pana Olbrychskiego wywołał burzę medialną i akcja toczyła się wartko. Kulturalny “Przekrój” poświęcił mu aż kilka stron, obficie ilustrowanych, między innymi zdjęciem aktora w mundurze hitlerowskim z tytułem “Naziści”. Powielone w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy do urażonych uczuć Olbrychskiego dodało publiczną zniewagę. Wydawało się zatem, że ciąg dalszy nastąpi. Nie wiadomo było, tylko gdzie – w sądzie, czy na ubitym polu.
W programie TVN “Pod napięciem” dyrektor Rottenberg i aktor Olbrychski występowali na oddzielnych scenach. Pani dyrektor zamknięta za barykadą drzwi galerii, pan Daniel na zewnątrz, u stóp schodów, jak lew czy tygrys, dodatkowo zabezpieczony metalową zaporą. Kolejna inscenizacja dialogu po polsku – Kargul i Pawlak, a wcześniej Cześnik i Rejent.
Jednak nieprzewidzialne są meandry polskich losów. Skończył się listopad, nastąpił grudzień, złagodniały serca. Nastąpił akt trzeci. W rocznicę haniebnego zabójstwa prezydenta Narutowicza przez artystę Niewiadomskiego, w dniu 16 grudnia 1920 roku, prezydent Kwaśniewski odsłonił stosowną tablicę pamiątkową. Obok niego, okolicznościowo odpowiednio poważny, bez broni, Daniel Olbrychski, recytował wiersz Słonimskiego “Na śmierć prezydenta Narutowicza”. Po uroczystości, jak doniosły media, na zaproszenie pani dyrektor Rottenberg, goście udali się na zwiedzanie wystawy. I tak lew przemienił się w baranka, a to spotkanie zapowiada co najmniej rozejm. Parafrazując starego Fredrę: “Zgoda, zgoda, a prezydent rękę poda”. Zaiste, niezwykła jest kojąca moc Aleksandra Kwaśniewskiego, skoro godzi tak różne temperamenty, inteligencje, i orientacje polityczne.
Obawiam się jednak, że nie wystarczy ona dla zażegnania kolejnej burzy nad Zachętą. Tym razem wywołuje ją rzeźba Maurizio Cattelana przedstawiająca papieża Jana Pawła II w niekonwencjonalnej formie. Nauczona doświadczeniem pani dyrektor postanowiła na zimne dmuchać, więc zanim ją pokazano oficjalnie, zasięgnięto opinii przedstawicieli Kościoła, a także łopatologicznie wyjaśniono przez media, co ta rzeźba przedstawia. Jednak te wyjaśnienia nie trafiły do przekonania licznej grupie wiernych, skupionych wokół Radia Maryja, “Naszego dziennika” i pokrewnych mediów katolickich. Ich opinie wyraziła dr Krystyna Czuba, przewodnicząca senackiej Komisji Kultury i Środków Przekazu. Jej zdaniem, rzeźba (“dzieło” – wedle “Naszego Dziennika”) “nie ma nic wspólnego z wymiarem rzeczywistej kultury”.
Istotnie, pokaz w “Zachęcie” demonstruje fundamentalną, by nie rzec – fundamentalistyczną, różnicę między ludźmi, którzy operują pojęciem “rzeczywistej kultury” i ludźmi, którzy zadowalają się kategorią dzieła sztuki. W sferze “rzeczywistej kultury” istotnie nie ma miejsca na inne niż ikoniczne przedstawienia. W pięknej sztuce bizantyjskiej obraz Chrystusa miał dokładnie określone kolory, układ ciała, strój oraz układ postaci podrzędnych. W ikonach Pankreatora nie było miejsca na ból, cierpienie, upadek. Chrystus-Król. Jednak począwszy od połowy średniowiecza, w sztuce chrześcijańskiej Zachodu pojawia się i upowszechnia inny wizerunek – Jezusa na krzyżu, niemal nagiego, poranionego. Czasami nawet martwego na zimnej płycie grobu. Taka jest rzeźba (instalacja – mówiąc dzisiejszym językiem) Andrei Mantegny – Martwy Jezus z 1500 roku, eksponowana w Pinakotece di Berria w Mediolanie. I dzisiaj w każdym kościele katolickim wiszą obrazy Jezusa ukrzyżowanego i cierpiącego za nasze grzechy. To ludzkie, arcyludzkie.
W Polsce nie brakuje podobizn Jana Pawła II w domach i miejscach publicznych. Są to podobizny ikoniczne, fotografie i malowidła ukazujące jego twarz, radosną lub poważnie zadumaną, jego postać w szatach liturgicznych pochyloną na pastorale. Liczne są też pomniki z brązu i innych solidnych materiałów, monumentalnie ukazujące Papieża Tysiąclecia. Te obrazy i rzeźby wyrażają miłość i szacunek, nawet apoteozę postaci. Są hagiograficzne. Natomiast mówiąc językiem semiotyki, są dziełami zamkniętymi, czyli dziełami przejrzystymi, o zrozumiałej dla każdego intencji.
Sztuka Zachodu tworzy także dzieła inne, semiotycznie otwarte, podatne na różne interpretacje, a zatem i zadające pytania. Do tej kategorii należy rzeźba Cattelana – podsuwa pytanie, nie rozstrzygnięcie.
Zatem spór o rzeźbę jest w istocie sporem o polską kulturę i o polską mentalność. Czy będzie ona otwarta, poszukująca, czy też będzie zamknięta, “prawdziwa”? Czy umysł Polaka ma być otwarty i samodzielny, czy zamknięty i kierowany z zewnątrz przez pasterzy z senackiej Komisji Kultury i Środków Przekazu (czego?).
Grudniowa wystawa w Zachęcie stawia to pytanie z wielką siłą i jest to pytanie na Trzecie Tysiąclecie. Jak kamień wrzucony w wodę wywołuje fale, tak skandal w Zachęcie (słowa skandal używam w jego pierwotnym greckim znaczeniu skandalon – kamień) wzburzył pewne kręgi. I fal nie uspokoi łatwo symboliczna oliwa, rozlewana nawet przez prezydenta Kwaśniewskiego. Umysły zamknięte nie otwierają się łatwo. Jednak, jak zauważył pewien filozof, cóż warta jest cywilizacja, która nie potrafi sama sobie zadawać fundamentalnych pytań?

Kategorie Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy