Polski Gallimard

Polski Gallimard

60-lecie Państwowego Instytutu Wydawniczego

Tydzień temu, 20 listopada, w Bibliotece Narodowej świętowany był jubileusz 60-lecia Państwowego Instytutu Wydawniczego. Otwarta też z tej okazji została wystawa poświęcona dziejom tej znanej polskiej oficyny.
Znanej? To zbyt słabo powiedziane! PIW stał się okrętem flagowym polskiego ruchu wydawniczego; po jego bokach płynęły „Czytelnik” i Wydawnictwo Literackie, i jakkolwiek by się pastwić nad przaśnościami PRL, to trzeba stracić rozum, by wydawnictwa te wpisywać w pejzaż klęski. To m.in. dzięki nim byliśmy w obozie barakiem pod wieloma względami lepszym od pozostałych.

Wielkie nazwiska

PIW został powołany do życia dekretem Bolesława Bieruta w czerwcu 1946 r. Ale istniał już wtedy od trzech kwartałów jako wewnętrzna komórka wydawniczo-propagandowa Ministerstwa Informacji i Propagandy, która m.in. obsługiwała pamiętne referendum 3 x TAK. Mieściła się w kilku pokoikach przy ulicy Targowej 63. Dzięki staraniom pierwszego dyrektora, Aleksandra Bachracha, późniejszego profesora prawa, PIW wyrwał się spod planów „propagandowego skonsumowania” i wyzwolił ku własnym konceptom. To Bachrach był w zasadzie pomysłodawcą i twórcą tej oficyny. Jej szybki mariaż z Instytutem Badań Literackich sprawił, iż zaczęła ona od razu interesować się humanistyką z najwyższej półki i pierwsze 20 lat to była w zasadzie rekapitulacja polskiej literatury od średniowiecza i obcej – od antyku. To ściągnęło poważnych autorów, historyków literatury, krytyków, antologistów. To uczyniło w szybkim czasie PIW wydawcą prestiżowym.
Na Targowej pierwszym redaktorem naczelnym PIW był Aleksander Wat; redaktorem merytorycznym zaś, chodzącym jeszcze po demobilizacji w mundurze – Józef Słotwiński. Plejada nazwisk rosła lawinowo. Zapomniany dziś Rafał Glücksman był twórcą potęgi typograficznej i artystycznej oficyny. Jej pierwszym szefem graficznym – Jan Marcin Szancer. Juliusz W. Gomulicki, Paweł Hertz, Jan Kott, Zygmunt Kubiak, Stefan Żółkiewski, Julian Krzyżanowski, Stanisław Pigoń… – to tylko niektóre wielkie nazwiska PIW.

Wielkie serie

Era dyrektorowania Andrzeja Wasilewskiego (pracował tu od 1967 do 1986 r.) była najowocniejsza. Wasilewski otworzył PIW na świat i na młodych pisarzy. Na nowoczesne pomysły, tematykę, grafikę. W apogeum swej działalności PIW zatrudniał około 200 osób i wydawał ponad 300 książek rocznie w ponadmilionowych nakładach. W sumie na liście PIW-owskich książek znajduje się niemal 11 tys. tytułów wydanych w około 150 mln egzemplarzy.
Oficyna celowała w wydaniach zbiorowych wielkich pisarzy (m.in. Boya, Krasińskiego, Norwida, Sienkiewicza, Witkacego, Żeleńskiego), we wspaniałych antologiach nicujących „wzdłuż i wszerz” całą literaturę, w poważnych opracowaniach historycznoliterackich, syntezach eseistycznych lub dziełach tak niezbędnych jak „Nowy Korbut” lub „Rocznik Literacki”. Z największych PIW-owskich tytułów należy tu przynajmniej wspomnieć m.in. pierwsze wydania „Kolumbów” Bratnego, „Dżumy” Camusa, „Ulissesa” Joyce’a, „Pamiętnika z powstania warszawskiego” Białoszewskiego, dzieła zebrane Hessego czy trylogię „Cmentarz Powązkowski” Szenica. Serie PIW (a było ich do tej pory 87) to cykle tak znane jak Rodowody cywilizacji (tzw. seria ceramowska), Biblioteka Myśli Współczesnej, Życie codzienne, Biblioteka Poetów (tzw. seria celofanowa) czy Klub Interesującej Książki, który pobił rekordy popularności.

Wielkie legendy

Mam tu za mało miejsca, by choć wymienić to, co trzeba by wymienić. Dodam więc tylko, że PIW całymi latami prowadząc dzielne dialogi z cenzurą, wydał jednak i „Miazgę”, i „Blaszany bębenek”. Powieści owiane legendą nie tylko literacką, ale też polityczną. Za perturbacje bywa rozliczany; za końcowy efekt mało chwalony. Ot, typowo polska niewdzięczność i tendencyjność.
Można zasługi PIW zrekapitulować w trzech głównych punktach. Po pierwsze, oficyna stworzyła Polakom kanon literatury polskiej i światowej; kanon najwyższych wartości, jakiego nie zbudowano nawet w okresie międzywojennym. PIW stworzył bibliotekę edukacji humanistycznej na najwyższym poziomie. Po drugie, PIW w czasach PRL był dla polskiej inteligencji oknem na świat. Przyjeżdżali na Foksal z całego świata nobliści lub przyszli nobliści (ach, ta pamiętna wizyta Umberta Eco!), wychodziły dzieła, które najpierw poprzedzała środowiskowa fama lub międzynarodowa legenda („Złota gałąź” Frazera, „Jesień średniowiecza” Huizingi), tak, to była enklawa i oaza… Po trzecie, PIW ustanowił standard edytorski, który do dziś stanowi wzorzec. Wzorzec sprofanowany, niestety, nuworyszostwem nowych czasów.
A poza tym legenda…W księgarence królowała ikona PIW, pani Blanka, w kawiarence przesiadywali Kuśniewicz i Hertz, Słonimski i Szpotański… z Kameralnej – vis-a-vis – wpadali tu Himilsbach i Nowakowski, ze „szlaku” na Foksal skręcali studenci, akademicy, artyści i wykształciuchy komuszego chowu. I komu to jeszcze do dzisiaj przeszkadza?
Od lat 90. PIW zaczął przeżywać dramat transformacji rynkowej. Zostały z niego szczątki. Obecny dyrektor wydawnictwa, Rafał Skąpski, bardzo się stara wyciągnąć oficynę z impasu. To zaczęło być widoczne. I powinno się udać. Dyrektor Skąpski uważa, że nadanie PIW rangi narodowej instytucji kultury mogłoby ten pożądany stan przyśpieszyć i urealnić. Pomysł wart rozpatrzenia.

 

Wydanie: 48/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy