Popularność jest przy okazji – rozmowa z Dorotą Kolak

Popularność jest przy okazji – rozmowa z Dorotą Kolak

Lubię reżyserów, którzy są ze mnie niezadowoleni i każą mi szukać nowych dróg

Na spektakl „Seks dla opornych” nie tylko z okazji setnego przedstawienia trudno dostać bilet. Co jest dla pani wyznacznikiem sukcesu? Sukces ekonomiczny, popularność czy ilość propozycji aktorskich?
– Zawsze na pierwszym miejscu stawiam sukcesy rodzinne. To, że od trzydziestu paru lat jestem z tym samym fajnym facetem, to, że mam świetną córkę. A potem… wykładnikiem „sukcesu” jest ilość i jakość propozycji aktorskich. Ale też nie będę ukrywać, że pełna widownia od stu przedstawień i w Gdańsku, i w Warszawie, jest dla nas ogromną radością. Rozpoznawalność nie ma nic wspólnego z sukcesem. Popularność jest niejako przy okazji. I krótko trwa.

Wspomniała pani, że od ponad 30 lat jest z tym samym mężczyzną. Ale też często mówi pani, że pani związek jest oparty na samotności, tęsknocie i rozmowach telefonicznych. Czy nie płaci pani zbyt wysokiej ceny za wierność karierze aktorskiej? Nie przeprowadziła się pani do Kalisza, gdzie mąż jest dyrektorem teatru.
– Bycie dyrektorową nie należy do zabawnych sytuacji. Pojechałabym tam przecież nie po to, żeby być przy mężu, tylko żeby grać. Takie położenie jest zawsze dwuznaczne i niekomfortowe nie tylko dla aktorki, lecz także dla dyrektora i dla całego zespołu. Czy to duża cena? Większą byłoby poczucie, że ja jestem tu i się realizuję, a mój mąż nie, gdyby nie podjął się takiego wyzwania. Myślę, że poczucie niespełnienia byłoby dla nas obojga o wiele gorsze niż rozłąka.

W jednym z wywiadów użyła pani sformułowania, że pochodzi z aktorskiej mafii. Czy to daje siłę i poczucie bezpieczeństwa w branży, czy raczej w życie rodzinne wkrada się element rywalizacji?
– Przez cały czas mój mąż mnie wspierał, przejmując obowiązki domowe. Bywało, że najbardziej na tym cierpiało dziecko, gdy oboje byliśmy zaangażowani w duże projekty. Kiedy córka wspomina dzieciństwo, przypomina, jak zawsze za mną biegała. Mówiłam: „Córeńko, 10 kroczków idziemy, 10 kroczków biegniemy”, bo zawsze gdzieś się spieszyłam. Rozmawiałyśmy o tym. Nie ma do mnie żalu. Życie za kulisami bywa interesujące, magiczne i uzależnia. No cóż. I dziecko zostało aktorką.

W ubiegłym roku minęło 30 lat, od kiedy związała się pani z gdańskim teatrem. Która z ról była dla pani najtrudniejsza, a która najbardziej przełomowa?
– Było ich na pewno kilka. Tak się składa, że przełomy owocowały nowymi propozycjami, coraz ciekawszymi. Na pewno pierwszą taką była rola Mai Ochołowskiej w „Opętanych” w reżyserii Tadeusza Minca. Przy tym spektaklu korzystałam z rad Joasi Bogackiej, która pomogła mi odnaleźć seksualność mojej postaci. To była pierwsza moja rola, kiedy musiałam to poczuć i wyartykułować. Miałam wtedy z tym kłopot. Na pewno matka w „Zwyczajnych szaleństwach”; to była postać złożona jakby z dwóch skrajności, dramatyczna i farsowa zarazem. Wreszcie „Matka”, ponieważ dotykała osobistych, bolesnych doświadczeń. No i teraz „Słodki ptak młodości”, w którym po raz drugi spotkałam się w tak istotny sposób z Grześkiem Wiśniewskim (on także reżyserował „Matkę”).

Widząc pani łzy i emocje kreowanych bohaterek, zastanawiałam się, czy te role nie kosztują zbyt wiele? W jaki sposób chroni pani siebie przed trudnymi przeżyciami na scenie?
– Każdy ma pewnie inny sposób odreagowania. Podobno ludzki mózg nie umie odróżnić emocji udawanej, czyli granej, od prawdziwej. Na tym polega problem, że my to gramy, ale nasze ciało i mózg tego nie rozpoznaje jako ekspresji „udanego udawania”. Grając trudne role, jesteśmy zmęczeni, tak jakbyśmy to wszystko przeżyli i fizycznie, i emocjonalnie. Jak się regenerujmy? Dzięki Bogu, istnieje coś takiego jak warsztat. Oczywiście daję z siebie maksymalną ilość emocji, ale cały czas jest to rzemiosło, wypracowane i przepróbowane. Myślę, że przed frustracjami i wariactwami chroni nas właśnie rzemiosło.

Jedną z takich prawdziwych ról była kreacja matki w filmie „Jestem twój” w reżyserii Mariusza Grzegorzka. Czy trudno wchodziła pani w tę postać?
– Nie pamiętam trudności, ale raczej rodzaj olśnienia graniczący z pewnością siebie: „Wiem, jak to zrobić”. Zagrałam to bardzo intuicyjnie. Inna sprawa, że to był film, więc emocji nie trzeba było grać 100 razy, jak w teatrze. Gra się kilka dubli i już, więc mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. No i reżyser – on ostatecznie dzieli ze mną odpowiedzialność za rolę, montując ją.

Tu miała pani do czynienia z doświadczonym reżyserem. Jak się pracuje z młodymi, wkraczającymi do zawodu absolwentami szkół filmowych?
– Jestem w stanie wyruszyć w podróż z każdym reżyserem, pod jednym warunkiem: musi mieć swój świat, a ja jestem od tego, żeby mu go pomóc „opowiedzieć”. Natomiast jeśli tego świata nie ma lub jest on banalny, a reżyser nie wie, czego ode mnie chce, to nie mam dokąd wyruszać.

Czyli traktuje pani swój zawód jako misję?
– Zdaję sobie sprawę, że coraz mniej aktorów o tym myśli. Grając w teatrze, daję widzom chwilę wytchnienia, radości albo wzruszenia. Chcę z publicznością uczciwie rozmawiać o istotnych sprawach, i pewnie jak każdy z moich kolegów, staram się każde przedstawienie danego wieczoru zagrać możliwie najpełniej. To wszystko. Czy to jest misja? Nie wiem.

Powoli pani specjalnością stają się matki.
– I babcie już… (śmiech)

Ale w serialu „Przepis na życie” odczarowuje pani stereotyp matki Polki i babci opiekującej się wnukami.
– Zaczęło się od pomysłu Agnieszki Pilaszewskiej na taką postać. A potem świetnie się ją grało i bardzo mnie to bawiło. Dopiero później uświadomiłam sobie, jak to jest odbierane. Jak wielu ludziom pozwala inaczej spojrzeć na pięćdziesięciolatki. Jak słowo „babcia” zyskuje nowe znaczenie. Agnieszka Pilaszewska napisała taką scenę: stoję przed lustrem, przymierzam kolorowe ciuchy i nagle mówię do siebie: „Co ty, kobieto, robisz? W twoim wieku raczej barchany i chusteczka na głowę” (śmiech). Przyznam szczerze, że niespodzianką są dla mnie reakcje ludzi i to, że ta rola przyniosła mi wiele ciekawych spotkań z kobietami w moim wieku.

Jak reaguje pani na krytykę?
– Marzę o słowach krytyki. Nie cierpię, kiedy ktoś mówi: „Byłaś bardzo dobra, jak zawsze”. To „jak zawsze” jest bardzo bolesne. Lubię reżyserów, którzy są ze mnie niezadowoleni, którzy każą mi szukać nowych dróg, którzy mi uświadamiają, że rozwiązania, które przynoszę, czy sposób patrzenia na postać są wtórne. To jest ożywcze, zwłaszcza dla aktorów w moim wieku. Musimy bardzo się pilnować, żeby szukać w wyobraźni nowych znaczeń, a nie powielać stare.

Dorota Kolak – aktorka od ponad 30 lat związana z Teatrem Wybrzeże w Gdańsku. Szerszej publiczności znana jest z ról w serialach „Pensjonat pod różą”, „Barwy szczęścia” czy „Przepis na życie”.

Wydanie: 23/2013

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy