Potrzeba wynalazku

Wicepremier i minister finansów, Jerzy Hausner, udzielił „Gazecie Wyborczej” (28.02.br.) obszernego wywiadu, w którym tłumaczy racje swojego planu gospodarczego. Charakterystyczne jest, że ilekroć przedstawiciele rządu lub rządzącego SLD mają coś ważniejszego do powiedzenia, jako miejsce swoich wynurzeń wybierają „Gazetę Wyborczą”, potem zaś ubolewają, że prasa identyfikowana z ich lewicową orientacją ma się tak słabo na rynku. Ale mniejsza o to.
Dobrze się stało, że główny rządowy strateg gospodarczy, dookoła którego koncentruje się obecnie cała dyskusja polityczna, uznał za potrzebne wyłożyć swój pogląd, w momencie kiedy plan Hausnera stanowi być albo nie być obecnego układu politycznego. Nie brakuje przecież ludzi, którzy uważają, że należy „zginąć za plan Hausnera”, tak jak niedawno mieliśmy „ginąć za Niceę”, w obu wypadkach wybierając „ginięcie” jako czynność najlepszą z możliwych, co nawiasem mówiąc, stanowi o naszej osobliwości jako państwa.
W tym, co powiedział „Gazecie ” prof. Hausner, dwie rzeczy nie budzą żadnych wątpliwości. Pierwsza to sprzeciw profesora wobec częściowego, urywkowego jedynie wdrażania jego planu chociaż, jak wiemy, z zadowoleniem przyjęta została deklaracja Platformy Obywatelskiej, że poprze część planu. Rzeczywiście bowiem, jeśli plan ten jest przemyślaną całością, wyposażoną w wewnętrzną logikę – o czym nie mnie wyrokować – to zastosowanie go jedynie połowicznie będzie z pewnością nieskuteczne, dając w efekcie przysłowiowe jajeczko częściowo nieświeże.
Drugą refleksją profesora, której nie można odmówić trafności, jest konstatacja, że wszelka strategia gospodarcza staje się wątpliwa w warunkach rozkładu państwa. Na nic bowiem nie zda się nawet najlepszy pomysł, jeśli państwo nie ma siły, aby wprowadzić go w życie i wyegzekwować wypływające z niego wymogi.
Nasze państwo z pewnością nie ma siły i traci ją z każdym tygodniem. Można by długo mówić o przyczynach tego stanu, wielkich, średnich i małych.
Do wielkich należy z pewnością liberalna doktryna, że „jak najmniej państwa” i jego interwencji, którą przyjęliśmy u progu transformacji, a która teraz rodzi swoje owoce w postaci uszczuplenia państwowego udziału w gospodarce, utraty kontroli nad sprywatyzowanym w zagraniczne ręce systemem bankowym, narastającej oligarchizacji. Wystarczy zresztą zobaczyć, za co się bierze prezydent Rosji, Putin, który bez wątpienia chce odbudować i wzmocnić swoje państwo, aby zrozumieć, o jakie mechanizmy, które nam wymknęły się z rąk, tu chodzi.
Średnią przyczyną osłabienia państwa jest po prostu nieumiejętność rządzenia, a nawet zwykłego administrowania, która drąży Polskę od ładnych paru lat. Ów beztroski i nieprofesjonalny styl zarządzania państwem wprowadziła najpierw ekipa amatorów, która wzięła się za administrowanie po przewrocie ustrojowym, mając za swoje jedyne doświadczenie wydawanie podziemnych gazetek i organizowanie protestów. Co ciekawe jednak, także kolejne ekipy „postkomunistyczne”, które wybierano w dużym stopniu z racji przekonania, że mają doświadczenie sprawowania władzy, okazały się profesjonalnie słabsze, niż oczekiwano.
Wreszcie „małymi ” przyczynami osłabienia państwa są wszelkiego rodzaju afery korupcyjne, a zwłaszcza sposób ich rozgrywania przed opinią publiczną. Otóż niemal żadna z nich nie jest traktowana jako zwyczajne przestępstwo kryminalne i osądzana w tych kategoriach, lecz każda natychmiast staje się aferą polityczną, ze wskazaniem na partie, państwo, jego strukturę i jego etos. Nastawia to opinię publiczną nie przeciwko przestępstwom, lecz przeciwko państwu jako sprawcy czy też narzędziu tych nadużyć. W tym więc sensie na przykład słynna komisja Nałęcza przyczyniła się nie tyle do wyświetlenia afery – bo się nie przyczyniła – ile do zburzenia zaufania do państwa, jego organów i jego eksponentów.
Ale jest to wszystko przydługa, lecz tylko dygresja.
Prof. Hausner wie, że działa w słabym państwie i to określa charakter jego planu, który jest w większym stopniu planem na „nie” niż na „tak”. Słabe państwo stać jeszcze na to, aby w celu ratowania finansów publicznych coś obciąć, coś odebrać, coś skrócić, wprowadzić reżim niezbędnych być może oszczędności. Ale nie stać go już na to, aby coś uruchomić lub rozwinąć. Nie stać więc na przykład na to, aby dla zmniejszenia bezrobocia i ożywienia rynku zainwestować w masowe budownictwo mieszkaniowe czy choćby osławioną budowę autostrad. Albo w rozwój nauki i technologii, zdolnych w przyszłości owocować rozwojem. Istota planu Hausnera, jak przedstawia go sam autor, polega na tym, że jego wprowadzenie uratuje nas od krachu finansowego i załamania się złotówki. Ale sukces ten, jeśli się uda go osiągnąć, pozostawi nas w tym samym miejscu, w którym jesteśmy, a więc bez czytelnej perspektywy rozwojowej.
Autor planu mówi, że rewizja rent i emerytur ma przeciwdziałać przedwczesnemu opuszczaniu rynku pracy przez emerytów i rencistów. Ale jak stworzyć dla nich ów rynek pracy? Tego nie wiadomo. Zakłada się tu wiarę we wzrost gospodarczy, który jednak w nowoczesnej gospodarce nie zawsze przekłada się na zatrudnienie. Zakłada się też wzrost przedsiębiorczej „klasy średniej”, która jednak niekoniecznie musi krzepnąć w warunkach konkurencji wielkich hipermarketów, wielkich producentów, masowej konfekcji, taniego importu, który nasili się po wejściu do Unii. Myślimy o modernizacji rolnictwa, co oznacza rolniczą produkcję przemysłową na wielkich obszarach, podczas gdy naszą szansą jest pracochłonne, a więc zmniejszające bezrobocie na wsi rolnictwo ekologiczne w małych gospodarstwach, czego jednak nikt nie planuje i nie organizuje, ponieważ państwo jest na to za słabe.
Potrzebujemy planu Hausnera, tak jak każda gospodyni potrzebuje oszczędności, gdy wali się jej budżet. Ale potrzebujemy także pomysłu co dalej. Kiedy w XVIII w. początki mechanizacji zmniejszyły zapotrzebowanie na pracę rąk, wówczas wynaleziono dzieciństwo, czyli długi okres dojrzewania i nauki bez obowiązku pracy. Żyjemy we wcale nie mniej zwrotnym okresie, kiedy informatyka i komputeryzacja, wzbogacone dodatkowo przez fakt postępującej globalizacji, prowadzą do nieodwracalnych konsekwencji na rynku pracy. Ale brakuje nam wynalazku, jak na to zareagować na dłuższą metę. Na tym polega kłopot planu Hausnera. Bo że trzeba oszczędzać, gdy się nie ma pieniędzy, to wiadomo.
Ale jak je zarobić?

 

Wydanie: 11/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy