Poziom nierówności – najwyższy od 200 lat

Poziom nierówności – najwyższy od 200 lat

Każdemu po równo

Główny nurt opozycji w Polsce Ludowej nie nawoływał do prywatyzacji gospodarki ani likwidacji systemu egalitarnego. Wręcz przeciwnie, domagał się realnego uspołecznienia majątku państwowego. W „Liście otwartym” z 1965 r. Jacek Kuroń i Karol Modzelewski domagali się stworzenia „takiego systemu, w którym zorganizowana klasa robotnicza będzie panować nad swoją pracą i jej produktem, wyznaczać cele produkcji społecznej”.

W okresie Solidarności za narzędzie uspołecznienia państwowych przedsiębiorstw uznano samorząd załogi. Solidarność tworzyła się jako ruch egalitarny, niezwykle wrażliwy na wszelkie formy nierówności. Strajkujący w Stoczni im. Lenina w sierpniu 1980 r. domagali się m.in. podniesienia zarobków o 2 tys. zł każdemu pracownikowi, zniesienia cen komercyjnych oraz sprzedaży towarów za dewizy, wprowadzenia kartek na mięso (pojawiły się one w lutym 1981 r.), zniesienia przywilejów „MO, SB i aparatu partyjnego poprzez zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnych sprzedaży itp.”. Postulaty gdańskie zostały umieszczone przez UNESCO na liście „Pamięć świata” obejmującej dokumenty szczególnie ważne dla cywilizacji.

We wrześniu 2013 r. prof. Karol Modzelewski mówił dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”: „Solidarność to był ruch egalitarny. Jak się pan przyjrzy postulatom ze strajków sierpniowych oraz wszystkich kolejnych (…), to strajkujący domagali się większej równości. Jednym z pierwszych strajków po Sierpniu we Wrocławiu był strajk komunikacji miejskiej. (…) Kierowcy we Wrocławiu zastrajkowali, że niesprawiedliwie podzielono podwyżki. Przeciwko sobie. Że trzeba im obciąć, a bardziej podnieść sprzątaczkom i mechanikom”.

Przekonanie o konieczności prywatyzacji gospodarki zrodziło się w latach 80. – zarówno w ekipie rządzącej, jak i w opozycji. Było ono wynikiem coraz powszechniejszej utraty wiary w efektywność państwowej gospodarki. Z kręgów władzy wyszedł pogląd, że czas skończyć z dzieleniem biedy – najpierw trzeba wytworzyć, a dopiero potem dzielić. Prymat wytwarzania nad redystrybucją uzasadniał przekształcenia własnościowe. Nie martwiono się tym, że prywatyzacja zwiększy nierówności. Uznano, że to cena, którą należy zapłacić za przestawienie gospodarki na efektywne tory. W 1987 r. władze zgodziły się na legalne wydawanie ukazującego się dotąd w drugim obiegu kwartalnika „Res Publica”, kierowanego przez Marcina Króla, który – jak dziś ze wstydem wyznaje – był zarażony wirusem neoliberalizmu. Podobnie jak Mieczysław Wilczek, twórca ustawy o działalności gospodarczej, opartej na zasadzie, że wszystko, co niezabronione, jest dozwolone. Ten akt prawny dzisiejsi neoliberałowie uznają za niedościgniony wzorzec. Opracowujący rok później program „terapii szokowej” Leszek Balcerowicz nie był szeryfem z plakatu Tomasza Sarneckiego. Grunt dla reformy przygotowali jego poprzednicy, którzy nie mogli jej dokończyć ze względu na zbyt małe poparcie społeczne.

Uwłaszczeni i wydziedziczeni

Zgodnie z ideologią państwową PRL jednostka była członkiem kolektywu, zespołu, który współpracował – ewentualnie współzawodniczył, kto szybciej, więcej i lepiej – by osiągnąć wspólny cel. Fundamentem tej wykładni były jednolita gospodarka państwowa i socjalistyczne przedsiębiorstwa. Ich celem miało być „zaspokajanie rosnących potrzeb społecznych”.

W myśl ideologii neoliberalnej państwo nie może budować fabryk, gospodarkę należy całkowicie sprywatyzować. Celem prywatnych podmiotów gospodarczych jest zysk, są one wolne od wszelkich zobowiązań społecznych i nakazów moralnych. Wraz z państwowym majątkiem zniknęły wspólne cele i wspólne dobro. Kooperację wyparła rywalizacja, pracę zespołową konkurencja jednostek, którym wpojono przekonanie, że są całkowicie wolne i tylko od nich zależy, jak sobie poradzą. Liczenie na państwo stało się symbolem nieudacznictwa, cechą etatystów, roszczeniowców, sierot po PRL, niezdolnych do życia w wolności homo sovieticus.

Legitymizowaniu prywatyzacji służyła początkowo idea powszechnego uwłaszczenia. Przypominała ona koncepcję Alexisa de Tocqueville: w Ameryce jest tak dużo ziemi, że każdy może uprawiać własny kawałek, dzięki czemu powstanie społeczeństwo równych obywateli. W Polsce postanowiono podzielić „po równo” fabryki. Przed wyborami prezydenckimi w 1990 r. Lech Wałęsa złożył obietnicę „stu milionów dla każdego”. Pieniądze miały pochodzić z prywatyzacji przemysłu. Ostatecznie idea ta przybrała postać świadectw udziałowych. Aby stać się współwłaścicielem fabryk, należało wysupłać z portfela 20 zł. Cena rynkowa udziału we własności nie przekroczyła równowartości pary butów. Powszechne uwłaszczenie okazało się mitem, podobnie jak później tzw. akcjonariat obywatelski. W okresie hossy lat 90. wydawało się, że przy odrobinie szczęścia każdy obywatel może się dorobić na giełdzie, jednocześnie mając status udziałowca notowanych na parkiecie spółek. Po bolesnych korektach kursów liczba inwestorów giełdowych znacznie spadła. W prawie 500 tys. deklaracji podatkowych za 2010 r. wykazano dochody lub straty z inwestycji giełdowych. Takich deklaracji za 2013 r. było jedynie 324 tys.

Polska nie stała się krajem milionów właścicieli przedsiębiorstw, równych ekonomicznie obywateli. Według tygodnika „Forbes”, stu najbogatszych Polaków ma w sumie majątek wart ponad 100 mld zł. Czyli tyle, ile łącznie ponad milion osób z przeciętnym majątkiem wartym 100 tys. zł.

Nie sprawdziły się zapewnienia z lat 90., że wzrostowi nierówności zapobiegnie rewolucja edukacyjna. Choć poziom scholaryzacji w szkolnictwie wyższym od 1989 r. wzrósł co najmniej czterokrotnie, większość absolwentów uczelni ma problem ze znalezieniem pracy odpowiadającej ich oczekiwaniom. Często pracują za stawkę niewiele wyższą niż minimalne wynagrodzenie, nie mając przy tym pewności stałego zatrudnienia ani – co równie ważne – ścieżki awansu zawodowego i finansowego.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 5/2015

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy