Kazus Manowskiej

Kazus Manowskiej

Sądy już nie ważą, dla sprawiedliwości miejsca nie ma

„Sprawiedliwość jest ostoją mocy i trwałości Rzeczypospolitej”. Ten cytat z Andrzeja Frycza Modrzewskiego utrwalony jest na froncie warszawskiego gmachu sądów na Lesznie. „O nierządne królestwo i zginienia bliskie, gdzie ani prawa ważą, ani sprawiedliwość ma miejsca”, przestrzegał Jan Kochanowski. Ta sprawiedliwość, ostoja mocy i trwałości Rzeczypospolitej, zgodnie z konstytucją jest wymierzana przez niezależne sądy i trybunały, w których orzekają niezawiśli sędziowie. Tak się dzieje we wszystkich demokratycznych państwach prawa na świecie. Niezależnością sądów i niezawisłością sędziów różnią się demokratyczne państwa cywilizowanego świata od państw autorytarnych, totalitarnych, od rozmaitych egzotycznych dyktatur, czasem zbrodniczych, czasem groteskowych, a czasem i groteskowych, i zbrodniczych. Wszak nie jest nigdzie powiedziane, że błazen nie może być zarazem zbrodniarzem. I – jak pokazuje historia najnowsza – czasem jest.

Niezależne sądy z założenia są bowiem nie do pogodzenia z dyktaturą. Dyktatura nie liczy się z prawem, które może ją krępować. Sądy pilnują, by władza przestrzegała prawa. Jeśli sądy są niezależne, a sędziowie niezawiśli, nie ma dyktatury. Dlatego, a potwierdza to cała historia najnowsza, każdy, kto dąży do dyktatury, najpierw odbiera niezależność sądom i niezawisłość sędziom.

Po roku 1989 Polska obrała kurs integracji z demokratycznym Zachodem. Ten kurs, kurs w kierunku wolności, demokracji, ochrony praw człowieka, który został uwieńczony 1 maja 2004 r. przyjęciem Polski do Unii Europejskiej, był dziełem kolejnych rządów i cieszył się poparciem całego społeczeństwa. Popierając przystąpienie do Unii w referendum, Polacy dokonali historycznego wyboru. Przystąpiliśmy wtedy nie tylko do wspólnoty gospodarczej, ale przede wszystkim do wspólnoty wartości. Do wspólnoty państw demokratycznych, praworządnych, stojących na straży praw człowieka.

Przyjęcie nas do Unii Europejskiej świadczy o tym, że Zachód uznał, że podzielamy te wartości, przestrzegamy tych samych standardów. To był przecież warunek przyjęcia. Co więcej, instytucje europejskie mają prawo, a nawet obowiązek, sprawdzać, czy tych standardów dochowujemy. Gdy zaś to robią, Prawo i Sprawiedliwość dmie w trąbę narodowej próżności i głupoty, że oto obcy wtrącają się w nasze wewnętrzne sprawy. Ale w tym podejściu są dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze, to nie obcy. Unia nie jest czymś obcym, jest tak samo nasza jak niemiecka, francuska czy włoska. Jedna z gwiazd na unijnej fladze jest naszą gwiazdą.

Po drugie, żaden organ unijny nie mówi: macie zrobić to czy tamto. Organy unijne, a w szczególności Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, mówią tylko tyle: to, co zrobiliście, jest niezgodne ze standardem przyjętym w Unii Europejskiej. Możecie sobie iść w cholerę z Unii i robić tak dalej, wtedy nic nam do tego. Ale skoro jesteście w Unii, powinniście się dostosować do obowiązujących w niej standardów. Jeśli pozostajecie w Unii, a naruszacie jej standardy, poniesiecie karę. Nie chcecie jej ponosić? Wychodźcie z Unii, nikt was poza Unią karał nie będzie.

Odchodzenie od standardów unijnych rozpoczął prezydent Duda natychmiast po zaprzysiężeniu. Najpierw bezprawnie ułaskawił nieskazanego prawomocnie Mariusza Kamińskiego, komentując to w dodatku w ten sposób, że wyręczył sądy. To, że prezydent złamał prawo, można uzasadniać długim prawniczym wywodem. Niech zamiast takiego wywodu wystarczy porównanie: ułaskawić nieskazanego prawomocnie to tak, jakby dokonać aborcji niepoczętego. W tym wyręczaniu sądów, jak się wkrótce okazało, mieściła się cała filozofia. Władza wykonawcza co krok chce wyręczać sądy. Po ułaskawieniu Kamińskiego prezydent nie przyjął ślubowania od prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Za to na miejsce prawidłowo wybranych, ale niezaprzysiężonych sędziów powoływał – znów łamiąc konstytucję – sędziów dublerów. W tym czasie rząd, też jaskrawo naruszając konstytucję, cenzurował orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, odmawiając ich druku. Przyznał sobie prawo bycia drugą instancją w stosunku do orzeczeń TK, którego wyroki są ostateczne. Potem przyszła kolej na Krajową Radę Sądownictwa, którą nie tylko upolityczniono, a więc de facto uzależniono od rządzącej większości, ale jeszcze wybrano z naruszeniem procedur, które sobie właśnie uchwalono.

Rozbudowano też kompetencje ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego, który uzyskał władzę dyscyplinarną nad sędziami. Lud tego nie zauważył, ale układ sił na sali rozpraw zmienił się zasadniczo. Mamy – jak dawniej – oskarżyciela, obronę i sąd. Tyle że oskarżyciel występuje w imieniu prokuratora generalnego, a tenże prokurator generalny jest faktycznie przełożonym dyscyplinarnym sądu. Chcielibyście tak być sądzeni?

Do Sądu Najwyższego doklejono dwie izby: Izbę Dyscyplinarną oraz Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, złożone z neosędziów rekomendowanych przez neo-KRS.

Godności Sądu Najwyższego bronili I prezes prof. Małgorzata Gersdorf (niestety, nie zawsze konsekwentnie) oraz starzy sędziowie (właściwie należałoby pisać: prawdziwi sędziowie). Po nieudanych próbach odesłania części sędziów Sądu Najwyższego, łącznie z panią I prezes, w stan spoczynku, po interwencjach organów unijnych PiS wreszcie doczekało się końca kadencji prof. Gersdorf. Nie wiem, dlaczego pani I prezes nie zwołała zgromadzenia ogólnego sędziów, które wybrałoby owych pięciu kandydatów, spośród których prezydent mianuje I prezesa Sądu Najwyższego. W takim samym stanie epidemii, który uniemożliwił prof. Gersdorf zwołanie zgromadzenia, zrobił to desygnowany przez prezydenta na p.o. I prezesa Kamil Zaradkiewicz. Skądinąd postać tragikomiczna, o wyraźnych kłopotach z samym sobą. Zaradkiewicz potrafił zarządzić zdjęcie w hallu Sądu Najwyższego portretów „niesłusznych prezesów”, ale nie potrafił poprowadzić zgromadzenia. Musiał go zastąpić inny neosędzia, Aleksander Stępkowski.

Po rozmaitych przepychankach, łamiąc procedury, udało się wreszcie wybrać pięciu kandydatów. Sędzia i profesor prawa karnego z Uniwersytetu Jagiellońskiego Włodzimierz Wróbel otrzymał 50 głosów. Neosędzia (do Sądu Najwyższego nominowana przez neo-KRS) prof. Małgorzata Manowska dostała 25.

Wróbel nigdy nie miał związków z polityką. Manowska jak najbardziej. W 2007 r. była podsekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, czyli wice-Ziobrą. Później z jego nominacji szefową Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury.

Jeszcze przed dokonaniem wyboru I prezesa Sądu Najwyższego prezydent Duda powiedział, że wybierze z przedstawionej mu piątki osobę, która nie angażowała się politycznie. No i wybrał Manowską. Właściwie to żadne zaskoczenie. O tym, że niegdysiejsza pomagierka Ziobry zostanie I prezes, mówiło się od dawna. Że nie przeszkodzi w tym nawet skandal z wyciekiem danych z Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. To jasno wpisuje się w cały ciąg zdarzeń, nowelizacji, nominacji. Po prostu władza wykonawcza chce wyręczyć sądy. Bo w państwie autorytarnym nie ma miejsca na niezależne sądy i niezawisłych sędziów. Jak długo sądy są niezależne, a sędziowie niezawiśli, nie ma dyktatury, władza wykonawcza ani wspierająca ją siła polityczna nie mogą robić, co chcą.

Jak tu nie przypomnieć dwóch maksym przytoczonych na początku… Smutne to.

A na wątpliwą pociechę mam tylko taką myśl, że kiedyś, może już niedługo, kontynuując zapoczątkowany przez pana Zaradkiewicza obyczaj, ktoś zdejmie portret Małgorzaty Manowskiej z galerii portretów I prezesów zdobiącej hall Sądu Najwyższego.

Fot. Piotr Molęcki/East News

Wydanie: 23/2020

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy