Będę żądał od państwa świeckości

Będę żądał od państwa świeckości

Co chwila oglądamy najwyższych urzędników państwa na kolanach. Ten klęczący tłum ludzi władzy zasłania wszystko, co Kościół ukrywa od lat

Medialne tsunami, jakie po filmie braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” przetacza się przez polskie media, rodziny i ulice, zmiotło niemal wszystkie pozostałe tematy. Film otwiera dyskusję na wielu, bardzo wielu różnorakich płaszczyznach, poczynając od opisu samych przestępstw seksualnych popełnianych przez duchownych wobec dzieci, skali tego procederu, rozmiarów bezkarności, mechanizmów funkcjonowania Kościoła (trudno tu o wspólną wszechogarniającą definicję) czy raczej jego hierarchów (tu łatwiej – to ludzie z krwi i kości, mający nazwiska, numery PESEL, rezydencje i media). Woła o debatę na temat modelu wychowawczego czy raczej niewychowawczego, który jest niewydolny w obronie dzieci, oraz o tym, jak się ma brak edukacji seksualnej w szkołach do nieumiejętności zareagowania w chwili osaczania i molestowania, a także o tym, gdzie popełniali błąd rodzice. Winny paść pytania, czym jest system edukacyjny w seminariach duchownych, co to znaczy dla przyszłości polskiego Kościoła, konkretnych hierarchów itd. Tematy do dyskusji można by jeszcze długo wymieniać.

Jest do odrobienia powszechnie dostępna historia analogicznych afer z całego świata: od USA i historii archidiecezji bostońskiej, oscarowego (nie byle jakiego) filmu „Spotlight”, poprzez bankructwa amerykańskich biskupstw wypłacających milionowe odszkodowania ofiarom księży po kilkudziesięciu latach od przestępstw, po historie dymisji (episkopat Chile w całości podał się do dymisji po ujawnieniu identycznej historii). Jest doświadczenie katolickiej Irlandii, która po dwóch dekadach od ujawnienia ogromu przestępstw z wykorzystywaniem (ale i morderstwami) dzieci powierzonych przez państwo pod opiekę Kościołowi, jest dzisiaj krajem radykalnie zsekularyzowanym, gdzie katolicyzm zaczyna być co najwyżej sentymentalnym elementem folkloru, a nie tożsamości narodowej. Są w końcu również polskie książki, publikacje ujawniające fakty wykorzystywania seksualnego dzieci przez księży – sączą się niezauważone (do tego wątku zaraz jeszcze nawiążę, bo zauważane były, kwestia tylko, jakie i dla kogo niosły konsekwencje).

Kościół w Polsce otrzymał filmem Sekielskich potężny, powalający na deski cios. Wcześniejsze sygnały, ujawnienia, akcje, teksty, książki odbijały się od niego i naszej świadomości jak od niewidzialnej szyby, były jak brzęczenie natrętnej muchy, szczekanie psów bez wpływu na marsz karawany. Czasami co najwyżej muchę pacnięto, a psa kopnięto. Kiedy w 2002 r. opublikowaliśmy w tygodniku „Przekrój” odważne wyznania autorstwa Andrzeja Saramonowicza o tym, czego doświadczył jako młody ministrant ze strony księdza „opiekuna”, to na niego, autora tekstu i ofiarę molestowania i na redakcję wylały się słowa potępienia, a Rada Etyki Mediów formalnie udzieliła nam reprymendy (okładkę tego numeru budowało zdjęcie tłumu kardynalskich głów). Tekst stawiał pytania o odpowiedzialność globalnej instytucji za przestępstwa wobec jednego z tysięcy, dziesiątek tysięcy dzieci, które skrzywdzono pod osłoną bycia depozytariuszami wiary, etyki, dobra i miłości.

Publikacje tygodnika „Nie” Jerzego Urbana, który już przeszło 20 lat temu opisywał podobne historie, przechodziły w całkowitym milczeniu. Dramat kolejnych pokoleń dziewczynek dekadami molestowanych przez proboszcza w Tylawie uciszali wówczas, w latach 90., bp Józef Michalik z tamtejszym prokuratorem Stanisławem Piotrowiczem, człowiekiem, który od czterech lat jest twarzą degradacji polskiego prawa i rozmontowywania konstytucji.

Raport przygotowany przez warszawską radną Agatę Diduszko-Zyglewską i posłankę Joannę Scheuring-Wielgus we współpracy z pomagającą ofiarom księży Fundacją „Nie lękajcie się” udało się w 2018 r. osobiście wręczyć papieżowi Franciszkowi. W czerwcu tego roku ma przyjechać do Polski abp Charles Scicluna, wysłannik specjalny papieża, który doprowadził do „obalenia” episkopatu Chile z tych samych powodów – seksualnego wykorzystywania dzieci przez księży i tuszowania tych przestępstw przez hierarchów.

Wszystko na nic.

Cisza aż grzmiała w huku zwalonego trzy miesiące temu przez trzech aktywistów pomnika prałata Jankowskiego w Gdańsku. Ostatni tekst zmarłej chwilę wcześniej Bożeny Aksamit ujawniał mroczną przeszłość prałata, kapelana Solidarności, człowieka bliskiego Lechowi Wałęsie i znanego całej elicie solidarnościowej opozycji lat 80., ludziom, którzy po 1989 r. transformowali Polskę na ochrzczony neoliberalny kapitalizm. To wówczas Kościół zaczął na potęgę (dosłownie) odzyskiwać poza wszelkimi regułami państwa prawa majątki, nieruchomości, dobra, ziemie. Działanie tzw. wspólnej komisji kościelno-rządowej, która de facto była komisją jednej strony, nigdy nie została rozliczona. Kiedy zaczęto ujawniać kolejne czarne chmury, przekręty i nadużycia, Donald Tusk jako premier w 2011 r. rozwiązał komisję. Nie było komisji – nie było wyjaśnień, nie było nauczki, nie było konsekwencji. A majątek Kościoła, jedynej takiej instytucji bez żadnej kontroli nad jej finansami przez państwo, rósł imponująco. Największym instytucjonalnym beneficjentem unijnych dotacji został właśnie Kościół, największym instytucjonalnym posiadaczem ziemskim – Kościół. Co to ma do ujawnienia przestępstw seksualnych popełnionych przez księży wobec dzieci? Ano to, że pokazuje absolutną wyjątkowość w traktowaniu prawa przez Kościół katolicki i w traktowaniu Kościoła przez państwo. Pokazuje jego ogromną potęgę finansową i materialną, ujawnia skalę i mechanizmy gromadzenia w niekontrolowany sposób gigantycznego majątku kosztem państwa i instytucji demokratycznego państwa.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 21/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 21/2019

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy