Polska alternatywa

Polska alternatywa

Polityka gospodarcza jest trudną sztuką nieustannych wyborów. Najważniejsze jednak jest dokonanie wpierw wyboru strategicznego i poprawne określenie tak jej celów, jak i środków. Zważywszy, że nie ma dobrej i skutecznej polityki gospodarczej bez właściwego uwzględnienia jej implikacji społecznych, sztuka ta jawi się jeszcze trudniejsza. Musi opierać się ona o mądre teorie ekonomiczne, bez czego nie sposób nadawać motorycznym siłom rozwoju pożądanego impetu. Polityka to także zdolność dyskontowania pojawiających się szans i omijania nieustannie zmieniających się zagrożeń. Przy tym wszystkim trzeba jeszcze umieć w miarę sprawnie poruszać się w gąszczu sprzecznych interesów.
Sprzeczności te mają najczęściej charakter obiektywny. Dotyczy to tak ich wymiaru międzynarodowego, szczególnie ważnego w dobie globalizacji, jak i krajowego. W pierwszym przypadku – pomimo daleko posuniętej integracji rynków – trwa nieustanna walka o zajęcie dogodnej dla siebie pozycji w międzynarodowym podziale pracy. Fakt, że mniej się o tym ostatnio mówi i pisze, bynajmniej nie oznacza, iż mniej się tutaj dzieje. Dzieje się tylko inaczej, a zrozumienie tej odmienności jest nieodzowne dla zadbania o własne interesy narodowe i państwowe. W drugim przypadku sprzeczności te biorą się z konkurencji różnych grup społecznych i zawodowych oraz branż i regionów o ograniczone środki finansowe i rzeczowe oraz z zabiegów o dogodne dla siebie ukierunkowanie procesów redystrybucji dochodów, a w pewnych warunkach – zwłaszcza w trakcie kompleksowej transformacji ustrojowej – również majątku i zasobów.
Sprzeczności interesów mają nierzadko także naturę subiektywną. Dla niektórych uczestników życia publicznego polityka to nie tyle instrument rozwiązywania masowych problemów społecznych na drodze poprawy sytuacji ekonomicznej, co sposób na stwarzanie problemów opozycji politycznej. Politycznej, gdyż z intelektualną niewiele to ma wspólnego, a co najwyżej w ferworze trwających debat stwarza się takie pozory. Intelektualnych rozbieżności też nie brakuje, ale u podstaw rozbieżnych opinii co do polityki gospodarczej często tkwią po prostu sprzeczne interesy. Trywializacja tej obserwacji wyraża się w znanym powiedzonku, że jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Mniej więcej. To znaczy raczej więcej niż mniej.

Interesy i poglądy

W sprawnie funkcjonujących demokracjach – przy dojrzałych instytucjach gospodarki rynkowej i właściwym zorganizowaniu się społeczeństwa obywatelskiego – takie destruktywne uprawianie polityki jest utrudnione. Mechanizmy kontroli społecznej i cykle wyborcze, a także wsparcie prawdziwie niezależnych mediów, to wszystko czynniki, które w miarę szybko eliminują tych, dla których polityka jawi się jako narzędzie tworzenia trudności innym, najczęściej przy okazji z korzyściami dla siebie i swojej grupy interesów albo własnej partii. W warunkach zaś dopiero rodzącej się demokracji obywatelskiej i z trudem powstającej społecznej gospodarki rynkowej takie mechanizmy korekcyjne działają raz to wolniej, innym razem są bardziej kosztowne; raz to pojawiają się z opóźnieniem, innym razem zaburzają zdrowe procesy rozwojowe; raz to są tłamszone w nawałnicy pseudonaukowych argumentów, innym razem padają pod ciśnieniem niebezpiecznej demagogii i populizmu.
Nie wolno wszakże bagatelizować różnic intelektualnych i wpływu dominujących doktryn na politykę gospodarczą. Ich siła jest wielka i zawsze znajdą się skłonni do organizowania w ich obronie wypraw krzyżowych, wierząc, że służy to świętej sprawie i nie dostrzegając zarazem, iż sedno sprawy jednak tkwi w interesach. Jak już ktoś w coś uwierzył (choć jemu samemu wydawać się może, iż to wiedza, a nie wiara), to bardzo trudno odejść od własnych przekonań. Tym bardziej że wyznawanym tezom nadaje się rangę dogmatu, a wtedy podatność na racjonalne argumenty, dowodzące słuszności odmiennych koncepcji jest ograniczona. To ciekawe, jak silnie wyznawane dogmaty mogą wpływać na kontynuowanie błędnej opcji polityki. Przykładów przytoczyć można by wiele.
I tak nadal wielu tkwi w błędnym przekonaniu, że najlepszym sposobem na poprawę ogólnej sytuacji gospodarczej w krajach posocjalistycznych jest szybka prywatyzacja, choć niejednokrotnie w obliczu braku dostatecznej ilości rodzimego kapitału oznacza to zbyt tanią wyprzedaż aktywów, czy też darmową i przy okazji marnotrawną ich dystrybucję. A przecież rzecz w poprawie mikroekonomicznej efektywności poprzez lepsze zarządzanie majątkiem. Prywatyzować trzeba, ale nie na tempo, tylko na korzyść własnej gospodarki, co obecnie jest tezą dość powszechnie podzielaną, zwłaszcza na tle doświadczeń z prywatyzacjami opartymi o rozdawnictwo w Rosji i Czechach, a także mnożącymi się wątpliwościami co do efektywności procesów denacjonalizacji w innych krajach, także w Polsce. Konsekwencje jednak zostały już poniesione, a większość społecznych strat (które skądinąd są, oczywiście, źródłem czyichś korzyści) nabrała charakteru nieodwracalnego.
Podobnie przez lata całe dominowała neoliberalna ortodoksja Międzynarodowego Funduszu Walutowego o potrzebie utrzymywania w krajach uwikłanych w programy stabilizacji finansowej i politykę antyinflacyjną stałego kursu walutowego. Dopiero pod naciskiem nieubłaganych faktów, a zwłaszcza w obliczu następstw poważnych zaburzeń w Azji Południowo-Wschodniej oraz rosyjskiego załamania finansowego z lat 1998-99 i idącej za tymi kryzysami decyzji o upłynnieniu kursu brazylijskiego reala (wbrew stanowisku MFW) wahadło wychyliło się w drugą stronę i uwierzono w wyższość polityki kursów płynnych. W Polsce też, choć wcześniej – w latach 1994-95 – polityka monetarna NBP naraziła nas na straty przekraczające miliard dolarów, czego konsekwencje ponieśli tak podatnicy, jak i przedsiębiorcy.

Dylematy wyboru

Dobra polityka polegać musi na tym, że rację ma się we właściwym czasie, a nie w ogóle. W ogóle to łatwo się mylić, o czym wiele już razy przekonywaliśmy się w historii gospodarczej, także tej najnowszej. Skądinąd dobrze byłoby, gdyby jakiś odważny historyk ją napisał, gdyż trudno dobrze kształtować najbliższą przyszłość, jeśli wciąż tyle zafałszowania jest w odniesieniu do nie tak dawnej przeszłości.
Pomimo wielu piętrzących się trudności i uzasadnionych niejednokrotnie narzekań na dotychczasowy przebieg posocjalistycznej transformacji, nie powinno ulegać wątpliwości, że dokonaliśmy uzasadnionego wyboru, podejmując się dzieła stopniowego przejścia do gospodarki rynkowej. Tak też wybór ten oceni historia, jak i następne pokolenia. Rzecz wszakże w tym, aby pogląd taki podzielało już teraz współczesne pokolenie. I to nie tylko jego wąskie elity, korzystające najwięcej na zachodzących przemianach, ale zdecydowana większość społeczeństwa. To jest możliwe.
Więcej nawet, to jest nieodzowne, jeśli transformacja ustrojowa dokonująca się w sferze ekonomicznej ma mieć sens. A jest on zatracony, jeśli miast społecznej gospodarki rynkowej, której istota wyrażać się musi w zrównoważonym ekonomicznie i sprawiedliwym społecznie, długofalowym rozwoju, powstaje zwichnięty strukturalnie i rachityczny ekonomicznie system, niezdolny do szybkiej ekspansji i konkurencyjności w skali międzynarodowej. Logika procesu rozwojowego powinna być taka, że coraz więcej jest zadowolonych, a coraz mniej utyskujących. W Polsce od kilku lat dzieje się odwrotnie. I nie bez przyczyny. Miast powszechnie akceptowanej społecznej gospodarki rynkowej, postrzeganej nie tylko jako cel transformacji, ale przede wszystkim środek prowadzący na trwale do poprawy warunków życia i pracy, zrodził się hybrydowy system kapitalizmu dla nielicznych wybranych kosztem licznych niezadowolonych. Bynajmniej nie było takiej nieuchronności.
Oczywiście, nie zapowiadali tego także politycy, którzy na pewno w dużo większej mierze niż historia zgotowali nam ten los. To nie historia się pomyliła, tylko polityka wciąż nie jest wolna od poważnych błędów. Na czym zatem one głównie polegają? Otóż na niewłaściwych wyborach, zawsze bowiem istnieje wiele ścieżek w obrębie skomplikowanych problemów gospodarczych i finansowych, strukturalnych i instytucjonalnych, społecznych i politycznych. Zawsze były i są różne kombinacje instrumentów, które stoją do dyspozycji polityki gospodarczej, ale gra na nich to także duża sztuka.
Sporo słusznych wyborów dokonaliśmy już wcześniej – jeszcze przed wkroczeniem w fazę otwartej transformacji. Powszechnie uznaje się za ten moment rok 1989, choć przecież wiele reform zostało zapoczątkowanych, a nawet zrealizowanych wcześniej. To w dużym stopniu wyjaśnia, dlaczego transformacyjna recesja trwała w Polsce tylko trzy lata i była relatywnie płytsza niż w innych krajach regionu. Była ona jednak głębsza, niż wynikałoby to z obiektywnych uwarunkowań wewnętrznych i zewnętrznych, a to właśnie na skutek błędów popełnionych w polityce gospodarczej na początku lat 90. Niepotrzebne przestrzelenie polityki stabilizacyjnej, niewykorzystanie ponad miliarda dolarów nic nas nie kosztującego funduszu stabilizacyjnego, zlekceważenie konieczności prowadzenia polityki przemysłowej, zbyt szybka i nadmierna liberalizacja handlu zagranicznego, zbyt głębokie obniżenie płac realnych i popytu wewnętrznego, zaniechanie komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych – to tylko niektóre z tych błędów. Są one zresztą już dobrze opisane w literaturze przedmiotu, choć kontrowersji w ocenie błędów tamtego okresu bynajmniej nadal nie brakuje. Jedno jest pewne. Nie można było stworzyć dobrej koncepcji polityki gospodarczej na bazie błędnej teorii ekonomicznej.
Największym błędem jednak było co innego. Był to zarazem błąd doktrynalny i polityczny. Otóż – jak dobrze wszyscy pamiętamy – forsowanie polityki gospodarczej u zarania dekady bazowało na swoistym szantażu społecznym poprzez propagandowe, dość nachalne lansowanie hasła o braku alternatywy dla tzw. szokowej terapii. Ponoć nie było wtedy, jak twierdzili rządowi ekonomiści i ich doradcy, innych możliwości ani opcji w polityce gospodarczej, tylko te “jedynie słuszne”, narzucone taką rzekomą “bezalternatywnością”. I to była wielka nieprawda, możliwości bowiem wyboru stosownych działań było sporo. Fakt, że w pewnych konkretnych obszarach pole manewru było bardzo wąskie, ale nigdy nie była to cienka nitka, na której wisiało wszystko.

Mieć dobrą strategię

Pewne istotne korekty wcześniejszej, nieskutecznej ekonomicznie i nadmiernie kosztownej społecznie polityki podjęte zostały już od 1992 r. Dotyczyło to między innymi zmian w polityce handlowej, gdzie przywrócono, bądź podniesiono wiele ceł chroniących rodzimą produkcję. Nastąpiło też przejście do bardziej elastycznej polityki kursowej. Dokonano modyfikacji antyefektywnościowego obciążenia tzw. popiwkiem wzrostu płac w przedsiębiorstwach państwowych. W pierwszym rzędzie jednak, przyjmując “Pakt o przedsiębiorstwie”, odrzucono błędną i zgubną zarazem tezę o braku konieczności prowadzenia polityki mikroekonomicznej. Jej świadome zignorowanie spowodowało w latach 1990-91 spadek produkcji przemysłowej aż o około 40% i wywołało masowe bezrobocie, pociągając za sobą szerzącą się biedę. Jednakże dopiero zarysowana w 1993 r. “Strategia dla Polski” dobitnie pokazała, jak poruszać się po ścieżce posocjalistycznej transformacji, kojarząc przy okazji z powodzeniem zmiany systemowe z polityką rozwoju społeczno-gospodarczego i znajdując sposób na podnoszenie efektywności bez pogłębiania skali nierówności.
Tak oto przeszliśmy obronną ręką od “szoku bez terapii” do fazy terapii bez szoków. Okres ten określany jest niekiedy jako “polska alternatywa”. Była to bowiem pozytywna, alternatywna koncepcja nie tylko wobec tego, co działo się wcześniej w naszym kraju, ale także wobec przebiegu transformacji w innych państwach. A pamiętajmy, że choć nikt wtedy nie polecał nam za wzór do naśladowania Rosji czy Rumunii, to próbowano przywoływać jako niby lepszy przypadek a to Czechy, a to Węgry. Szybko okazało się jednak, że to właśnie Polska w latach 1994-97 realizowała najlepszą z alternatywnych koncepcji przemian.
Niedługo jednak. Świat bowiem nadal był i jest “alternatywny”; możliwości wyboru istnieją. Skorzystano zatem z nich, ponownie zmieniając kierunki polityki gospodarczej. Niestety, na gorsze, co szybko poskutkowało pogorszeniem się wszystkich bez mała wskaźników makroekonomicznych. I to mimo kontynuowania wielu słusznych wątków “Strategii dla Polski”, jednakże inny kontekst pozbawił politykę jej innego niezbywalnego atrybutu, a mianowicie kompleksowości. Zawiódł także mechanizm koordynacji różnych odcinkowych polityk, a bez tego trudno o dobre rezultaty.
Wiele szybko popsuto. A czas biegnie. Jego upływ dowodzi nie tylko małej skuteczności polityki ostatnich lat, ale wymaga poszukiwania nowych alternatywnych koncepcji. W polityce gospodarczej bowiem nigdy nie ma prostego powrotu do status quo ante. Zawsze zaś są dylematy wyboru. Potrzebna zatem jest nowa “polska alternatywa”, która opierać się będzie tak o dobrą teorię ekonomiczną, jak i umiejętnie wykorzysta szanse, które stoją przed naszą gospodarką u progu XXI wieku.

Wydanie: 40/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy