Poziom nierówności – najwyższy od 200 lat

Poziom nierówności – najwyższy od 200 lat

Nierówność wzrostowi szkodzi

Gospodarka prywatna nie musi się łączyć ze wzrostem nierówności, państwo może je niwelować za pomocą systemu podatkowego, redystrybucji, prawa pracy. Przez wiele lat po wojnie (do 1964 r.) dochody powyżej 400 tys. dol. rocznie były obłożone w USA przeszło 90-procentowym podatkiem. Przykład wysokich podatków przywędrował ze Stanów Zjednoczonych do Europy Zachodniej, w której zwyciężył socjaldemokratyczny model społeczno-gospodarczy. Dzięki polityce rządów podział dochodów był kontrolowany i miał zrównoważony charakter. Zmiany zaczęły następować na przełomie lat 70. i 80., przyjmując twarz Margaret Thatcher i Ronalda Reagana.

Po światowym kryzysie finansowym nastąpiło załamanie ideologii neoliberalnej. Regularnie zaczęły się ukazywać raporty poważnych instytucji międzynarodowych analizujących skalę nierówności. W 2014 r. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) stwierdziła, że obecny poziom nierówności jest najwyższy od 200 lat. Od 1820 r. nierówności zmniejszały się przez ponad sto lat – do wielkiego kryzysu. Po II wojnie światowej, zdaniem OECD, dokonała się egalitarna rewolucja – nierówności spadały systematycznie do 1980 r. Od tej pory przepaść między bogatymi a biednymi szybko się pogłębia. Zgodnie z przedstawionymi w październiku ub.r. wyliczeniami Credit Suisse prawie połowa światowego bogactwa (48%) należy do 1% najbogatszych, a dwie trzecie ludzkości ma łącznie zaledwie 3% globalnego bogactwa. Organizacja humanitarna Oxfam w styczniu 2014 r. podała, że 85 najbogatszych osób na świecie posiada tyle, co łącznie połowa mieszkańców naszej planety, czyli przeszło 3,5 mld osób.

Przez lata powtarzano w Polsce, że nierówności społeczne mają charakter motywacyjny i sprzyjają wzrostowi gospodarczemu – ludzie, starając się wejść jak najszybciej na kolejny szczebel drabiny zawodowej i społecznej, są elastyczni (np. zgadzają się na pracę na umowach śmieciowych) i konkurencyjni (gotowi pracować za niskie stawki). Ta neoliberalna wykładnia sprzyjała przedsiębiorcom, którzy zwiększyli przewagę nad pracownikami, usprawiedliwiała przemoc ekonomiczną i wyzysk, a przy tym osłabiała więzi międzyludzkie, zdolność do współpracy i zorganizowanego oporu.

W raporcie z grudnia ub.r. OECD twierdzi, że zmniejszenie nierówności jest czynnikiem pobudzającym wzrost gospodarczy. Eksperci tej organizacji wyliczyli, że PKB Stanów Zjednoczonych od 1990 do 2010 r. wzrósłby o dodatkowe 6%, gdyby poziom nierówności się nie zmienił, Wielkiej Brytanii zaś – o 9% (w tym zestawieniu nie ma Polski). Zły wpływ nierówności społecznych na wzrost gospodarczy potwierdził także Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

W najbliższych miesiącach w Polsce ukaże się książka francuskiego ekonomisty Thomasa Piketty’ego „Kapitał w XXI wieku”, która znalazła dotąd przeszło 200 tys. nabywców. Kilkusetstronicowe dzieło poświęcone jest rosnącym nierównościom i koncentracji majątku w rękach niewielkiej mniejszości. Według Piketty’ego, temu zjawisku pomaga fakt, że znaczna część wpływów do budżetu pochodzi z VAT i akcyzy płaconych przez wszystkich, a nie z opodatkowania dochodów i fortun najbogatszych. Taki system obowiązuje także w Polsce – do naszego kraju odnosi się więc uwaga Piketty’ego, że uboższa część społeczeństwa w największym stopniu finansuje usługi publiczne: edukację, służbę zdrowia. Autor domaga się odzyskania kontroli nad kapitałem i wprowadzenia mechanizmów regulacyjnych, które zmniejszyłyby przepaść między bogatymi a biednymi – chodzi m.in. o wprowadzenie wysokich podatków od najwyższych dochodów, zgromadzonych majątków i spadków.

Odzyskać równość

Do niedawna – także na lewicy – dominowało przekonanie, że najważniejszy jest wzrost PKB, bo przekłada się on automatycznie na poprawę życia całego społeczeństwa. Niemal za aksjomat uznano stwierdzenie, że skoro za gospodarkę odpowiadają przedsiębiorcy prywatni, państwo powinno prowadzić przyjazną im politykę: obniżać podatki, uelastyczniać ustawodawstwo związane z zatrudnieniem. Co dobre dla przedsiębiorców, dobre i dla ogółu – przekonywano. Okazało się to nieprawdą. W Polsce utrwala się rozwarstwienie społeczne, klasa średnia, która miała być fundamentem spokoju społecznego, sama jest niepewna przyszłości. Rosną za to szeregi milionerów (w zeznaniach podatkowych za 2013 r. 14,7 tys. osób zadeklarowało dochód przekraczający 1 mln zł, o 9% więcej niż rok wcześniej) i nowego proletariatu – prekariatu, czyli osób zatrudnionych na śmieciówkach, pozbawionych prawa do maksymalnego czasu pracy, minimalnego wynagrodzenia, płatnego urlopu, ubezpieczenia emerytalnego i chorobowego. Prekariusze często zmieniają miejsce zatrudnienia, żyją w skrajnej niepewności i stresie. Prekariat jest wytworem neoliberalnej koncepcji uelastyczniania pracy.

„Musimy się ruszyć, odzyskać ideę równości. Inaczej (…) będziemy wisieć na latarniach”, mówił Marcin Król w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Odzyskanie idei równości zapisanej w art. 2 konstytucji („Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”) jest naturalnym zadaniem lewicy. Debaty, czy należy wracać do PRL albo wybierać przyszłość, ostro skręcać w lewo bądź zmierzać ku centrum, wydają się jałowe. Lewica odzyska siłę i powab, jeśli stanie się autentycznym rzecznikiem równości. Znak równości to wspólne logo lewicy.

Foto: Paweł Skraba/Reporter

Strony: 1 2 3

Wydanie: 5/2015

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy