Prawo w chmurach i na ziemi

Prawo w chmurach i na ziemi

Na solennej konferencji ludzi uczonych, a także na zgromadzeniu polityków możemy wejść na mównicę i wygłosić pogląd, że Polska jest doskonałym państwem prawa. Taka wypowiedź będzie przyjęta z zastrzeżeniami, ale na ogół dobrze. Możemy powiedzieć coś przeciwnego: Polsce daleko do tego, by być państwem prawa, prokuratorzy są nieudolni, sędziowie skorumpowani, jedni i drudzy ulegają naciskom politycznym itp. Taki pogląd, mimo że jawnie niesprawiedliwy, znajdzie równie dobre, a może jeszcze lepsze przyjęcie niż poprzedni. Jednego tylko nie można powiedzieć bez spowodowania ogólnego niesmaku, a mianowicie, że w Polsce toczą się sądowe procesy polityczne. Tego faktu nikt nie jest ciekawy i nikt – ani lewica, ani prawica – nie chce przyjąć do wiadomości. Procesów politycznych w liberalnej demokracji miało nie być, a więc w ideologicznej nadrzeczywistości ich nie ma. W empirycznej rzeczywistości jednak są.
W pierwszej fazie sprzeciwu wobec komunizmu domagaliśmy się powrotu do tej zdobyczy prawnej, jaką pod rządami autorytarnymi – i za cara, i za sanacji – było odróżnianie więźniów politycznych od kryminalnych. W czasie stanu wojennego władze to odróżnienie stosowały, ale niedokładnie, z licznymi odstępstwami od reguły. Przypominam sobie, że w pismach drugiego obiegu działacze „Solidarności” skarżyli się na upokorzenie, jakim było dla nich przebywanie w jednej celi z prywaciarzami. W związku z niektórymi toczącymi się procesami politycznymi trzeba ponowić żądanie rozróżniania przestępstw politycznych i kryminalnych.
Najszerzej znanym procesem politycznym jest rozprawa przeciw Wojciechowi Jaruzelskiemu i kilku innym generałom, oskarżonym o tłumienie rozruchów na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku. Nie chcę powtarzać tego, czego można było się dowiedzieć ze skąpych bo skąpych, ale jednak informacji, jakie przedostały się do gazet. Z tych informacji wynika, że oskarżenie jest i źle sformułowane, i źle skierowane, i rozmija się z faktami dobrze ustalonymi. Nikt nie przeczy, że proces został wszczęty wskutek nacisku politycznego. Władze sądowe wolałyby tego nie przyznać, z drugiej jednak strony satysfakcja inicjatorów byłaby niepełna, gdyby polityczny charakter procesu nie był jakoś wyeksponowany. Użyto takiego oto sposobu zamanifestowania upolitycznienia: wezwano na świadków oskarżenia ponad 3 tysiące osób. Gdyby sąd chciał tych świadków prawidłowo przepytać, proces trwałby do epoki lodowcowej, która według uczonych klimatologów ma powrócić pod koniec naszego, XXI wieku po narodzeniu Chrystusa. Sąd uznał, że aż tak długo trwająca manifestacja polityczna nie jest potrzebna, i zmniejszył liczbę świadków. W istocie sprawy niczego to nie zmienia.
Jeśli dyskusja na temat, czy Polska jest państwem prawa, nie ma być jałowym obrzędem, musiałaby się zacząć od analizy tego konkretnego procesu.
Toczą się także procesy kryminalne, które przez władze sądowe są niejako symbolicznie przemieniane w polityczne. Proces w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka zaczął się jako czysto kryminalny, zgodnie z naturą popełnionej zbrodni. Unieważniając trzy kolejne takie same wyroki sądów (czwarty był również taki sam), władze sądowe nadały temu procesowi sens polityczny. Jestem przekonany, o ile w tej sprawie mogę mieć zdanie, że wyższe instancje działały zgodnie z prawem i tylko poprzez nieformalną wymowę swoich postanowień upolityczniły proces. Mamy tu poszlakę, że przynajmniej w niektórych instancjach władzy sądowniczej procesy polityczne nie uchodziłyby za sprzeczne z państwem prawa.
Trzeba by również odpowiedzieć na pytanie, czy w państwie prawa można dowolnie używać pojęć ludobójstwo i zbrodnia przeciw ludzkości i czy wolno znosić przedawnienie dla czynów, które w cywilizowanych krajach, według powszechnie przyjętych definicji, ludobójstwem ani zbrodnią przeciw ludzkości nie były. Szuka się eufemizmów dla nazwania oczywistego ludobójstwa, jakiego ofiarami byli Polacy na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, a pod kategorię nieprzedawnialnej zbrodni podciąga się nawet wykroczenia urzędnicze.
Zgadzałem się zawsze z antykomunistami w tym punkcie, że komunizm przez długi czas w rzeczywistości, a zawsze w swoim programie, był najgorszą z tyranii, jakie pojawiły się w Europie po średniowieczu. Z tego wynikają jednak zupełnie inne wnioski, niż sobie myślą albo i nie myślą polscy antykomuniści.
Kiedy od ludzi, czy to prywatnych, czy pełniących urzędy lub inne funkcje państwowe, można spodziewać się więcej dobrego, kiedy można postawić im wyższe wymagania moralne: w złym, tyrańskim ustroju, gdzie żyję w strachu, czy w warunkach wolności i bezpieczeństwa panujących w demokracji? Antykomuniści polscy są zdania, że czyn, który w liberalnej demokracji jest pospolitym przestępstwem, w komunizmie był zbrodnią niepodlegającą przedawnieniu. Idą jeszcze dalej: zbrodnią nieprzedawnialną może być wykroczenie urzędnicze albo nadgorliwość funkcjonariusza w egzekwowaniu jakiegoś regulaminu czy przepisu. Dla ścisłości trzeba dodać, że oni nie mówią o zbrodni w sensie dosłownym, lecz dodają przymiotnik „komunistyczna”. Tyle jeszcze pamiętamy z przeszłości, że ten przymiotnik dodany do rzeczownika zmieniał jego sens gruntownie, nierzadko w przeciwieństwo. Gospodarka komunistyczna, która nie była gospodarką, wychowanie komunistyczne, które nie było wychowaniem, wreszcie mamy zbrodnię komunistyczną.
Nigdy za dużo zastanawiania się, czy Polska jest państwem prawa.

Wydanie: 5/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy