Na prawo od PiS hula polityka

Na prawo od PiS hula polityka

Czy z tych dzikich pól może przyjść zagrożenie dla Kaczyńskiego?

Jarosław Kaczyński nie ukrywa, że racją stanu PiS jest to, by nikt nie obszedł tej partii z prawej strony. I „od zawsze” pilnuje, by tak było. A ponieważ na prawo do PiS wciąż funkcjonują różne inicjatywy, nieraz bardzo żywotne, Kaczyński musi je osłabiać. Posługuje się różnymi metodami, czasami robi to poprzez wchłonięcie lub kompromitując ich liderów albo też przejmując ich hasła. Na razie wychodzi z tych gier zwycięsko. Pytanie tylko, jak długo będzie wygrywał.

Niepisowską prawicę możemy podzielić na dwie części. Pierwsza to grupy narodowo-katolickie, druga – wolnościowcy. Liczbowo nie są to jakieś wielkie siły, ale z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego nie można ich lekceważyć. Raz, że tworzą je środowiska ideowe, a to w polityce duża wartość. Dwa – skupiają one potencjalnych liderów. Trzy – te środowiska traktują PiS jako establishment, jako partię zepsutą, która właśnie wskakuje w buty PO, wymieniając na kasę niedawne idee. Zawsze więc istnieje niebezpieczeństwo, że lekceważone grupy mogą rozkwitnąć i przejąć znaczną część elektoratu.

Dlatego zarówno wobec wolnościowców, jak i narodowców oraz grup fundamentalistów katolickich Kaczyński prowadzi różne polityczne działania.

Zacznijmy

od fundamentalistów katolickich.

To różne stowarzyszenia, które poparły PiS, ale nie bezwarunkowo, tylko za cenę realizacji konkretnych postulatów. Jednym z nich jest całkowity zakaz aborcji.

Kaczyński wie, że politycznych punktów mu to nie przyniesie, raczej straty, że taki zakaz może wywołać demonstracje, stać się iskrą wzmacniającą środowiska lewicy. Z drugiej strony ma wpływowe na prawicy grupy, których liderów nie kupi stanowiskami ani nie zastraszy. Już to trenował, lata musiały minąć, zanim udało mu się spacyfikować Marka Jurka i jego Prawicę Rzeczypospolitej. Różnymi zabiegami partia ta została wygaszona, sam Marek Jurek z listy PiS trafił do Parlamentu Europejskiego. Ale problem pozostał.

Po europośle walkę o całkowity zakaz aborcji przejęli inni, m.in. stowarzyszenie Ordo Iuris. Głośno zrobiło się o nim we wrześniu 2016 r., gdy zaproponowało projekt ustawy całkowicie zakazującej aborcji, który przewidywał kary więzienia (do lat pięciu) za dokonanie zabiegu nie tylko dla lekarzy, ale i dla samych matek.

Projekt trafił do Sejmu, tam – w obliczu fali demonstracji, Czarnego Protestu – został wycofany. Ale przecież nie porzucony.

Teraz lobby antyaborcyjne wraca z nowym projektem. Zakazującym tzw. aborcji z powodów eugenicznych. Autorzy projektu chcą nowelizacji Ustawy z 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Ich projekt zakłada wykreślenie przepisu zezwalającego na aborcję, gdy dziecko może się urodzić niepełnosprawne lub chore.

I wydaje się, że osiągną swój cel. Polki będą musiały rodzić nieuleczalnie chore dzieci, trwale uszkodzone płody. I prezydent Duda, i premier Szydło już zapowiedzieli, że poprą zakaz aborcji „eugenicznej”. Za jest również Jarosław Kaczyński. „Te dzieci, jeśli uda im się przeżyć i rodzice nie zdecydują się na, niestety, proponowaną obecnie aborcję, są bardzo szczęśliwe. Jest nie do przyjęcia, że dziś w Polsce można te dzieci zabijać. To są wspaniali ludzie, którzy swoim życiem mogą zrobić wiele dobrego”, mówi Duda.

Inną drogą jest Trybunał Konstytucyjny. Ponad 100 posłów, głównie z PiS, złożyło w Trybunale wniosek o rozstrzygnięcie, czy konstytucja pozwala na przerywanie ciąży, gdy płód jest uszkodzony.

W ten sposób PiS tylnymi drzwiami wprowadza te zapisy, których nie udało się przeforsować 14 miesięcy temu. Z politycznego punktu widzenia to cena za rozbrojenie grup radykalnych katolików. Żeby nie szukali możliwości realizowania swoich celów poza PiS.

Podobnie

rozbrajani są wolnościowcy.

To grupa skupiona wokół Janusza Korwin-Mikkego. Teoretycznie niewielka, choć wystarczająco duża, by ocierać się o barierę 5%. W ostatnich wyborach do Sejmu zdobyła (pod nazwą KORWiN) 4,7% poparcia. Dziś ten wynik to abstrakcja. Kolejna partia Korwin-Mikkego, tym razem pod nazwą Wolność, uzyskuje w sondażach do 2% poparcia i targają nią wewnętrzne konflikty.

Pisał o nich w „Najwyższym Czasie!” redaktor naczelny pisma Tomasz Sommer: „Odchodzący działacze dają do zrozumienia, że zamiast transparentności finansowej i sprawności organizacyjnej wychodzącej na zewnątrz, partia wykształciła wewnętrzny układ, który broni swoich przywilejów finansowych przed resztą organizacji, stąd wszelka jej działalność, broniąca tego układu, skierowana jest do wewnątrz, a nie na zewnątrz. A konsekwencją są spadające notowania i brak udziału w życiu publicznym.

(…) Piszę to wszystko głównie dlatego, że obecny kryzys w ruchu wolnościowym jest chyba najpoważniejszym ze wszystkich dotychczasowych. A przecież przerabialiśmy już i pucze, i okupacje gabinetu, i wyrzucanie prezesów. Tyle że nigdy wcześniej nie wchodziły w grę duże pieniądze, wokół których trwa zamieszanie połączone z upublicznieniem dokumentów, którymi wolnościowcy będą bez wątpienia »grillowani«, a niektórzy z nich nawet szantażowani podczas kampanii wyborczych.

Środowisko wolnościowe ma jeszcze rok na otrzeźwienie i oczyszczenie. Tylko rok”.

O co chodzi Sommerowi, wyjaśnia Robert Anacki, do niedawna wiceprzewodniczący partii. „Na pewno o partii Wolność będzie jeszcze głośno, jeśli chodzi o sprawy formalne i finansowe. Chodzi m.in. o sprawy, które przedstawiłem na ostatniej radzie krajowej – rozliczenia z europosłem Robertem Iwaszkiewiczem za jego wkład w partię, czy Przemysławem Wiplerem, który odszedł z niej dawno. Liczyłem na wyjaśnienia ze strony JKM, ale niczego takiego nie dostałem”.

Chodzi więc o sprawy pieniędzy z europarlamentu, jakichś dokumentów, które mogą zostać upublicznione w czasie kampanii wyborczej. Teraz te pieniądze są jedną z przyczyn kłótni w łonie partii. „Po moim odejściu posypały się struktury w całej Polsce. W skali kraju z Wolności odeszła połowa ludzi. Niestety, przynależność do partii JKM to pewna stygmatyzacja”, mówi Anacki. Który, dodajmy, przeszedł do partii Jarosława Gowina, trzeciego, najmniejszego członu Zjednoczonej Prawicy.

I nikt nie ukrywa, że ten transfer jest elementem większej gry,

gry Gowina

na zwiększenie stanu posiadania. I gry Kaczyńskiego – na rozszerzenie wpływów rządzącej koalicji. Te pojedyncze transfery Gowin szumnie określa mianem pozyskiwania nowych środowisk. Faktycznie, dla działaczy takich jak Anacki wejście do PiS byłoby niewygodne, a do partii Gowina – jak najbardziej możliwe.

O co bowiem chodzi? Wolnościowcy bardzo mocno krytykują politykę gospodarczą PiS, zwłaszcza transfery socjalne. Sam Anacki nazywał PiS „komunistami z krzyżem w zębach”. Jak więc tłumaczy swój transfer? „Na pewno nie będę teraz chodził po radiach i mówił, że popieram socjalistyczne rozwiązania PiS – mówi w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. – Na przykład 500+ jako pomoc dla rodzin wprowadziłbym w formach ulg podatkowych, żeby ludzi zachęcać jednocześnie do pracy i posiadania dzieci. Cóż, partie JKM od 20-30 lat toczą dyskusje o tym, jak powinno wyglądać państwo. W tej chwili dojrzałem do tego, żeby zawiązać kompromis, by móc zrealizować jakiekolwiek zmiany, chociaż część z nich. Tymczasem bezkompromisowe podejście JKM spowodowało, że Wolność w ostatnich sondażach miała poniżej 1% poparcia. Przy takim rozbiciu struktur nie widziałem szans, aby cokolwiek osiągnąć”.

Uznał więc, że osiągnie coś z Gowinem. A jak? „Podpisaliśmy dokument o współpracy naszych środowisk na rzecz wolnego rynku. Chcemy dać Polakom jak najwięcej przestrzeni do działania. Im więcej nas będzie, tym mocniej będziemy mogli wpływać na rząd. Wierzę, że gdy w obozie zjednoczonej prawicy pojawi się skrzydło skupione na gospodarce, to będziemy mieli wpływ na politykę w tym zakresie”.

Przekaz kierowany do wolnościowców jest zatem taki: jak będzie nas więcej, będziemy mieli wpływ. Czy w to uwierzą?
Ciekawa jest w tym wszystkim postawa Jarosława Gowina. Nie ukrywa on, że taką właśnie rolę wyznaczył mu prezes Kaczyński – ma pozyskiwać środowiska liberalne, wolnościowe. Zarówno tych od Korwin-Mikkego, jak i od Kukiza.
Gowin przyjął to zadanie z pocałowaniem ręki, zwłaszcza że wisi nad nim niebezpieczeństwo zostania generałem bez armii. Jego podwładni i sojusznicy wykruszają się. Wicemarszałek Senatu Adam Bielan, teoretycznie w jego partii, ma własne kontakty z Nowogrodzką. Konstanty Radziwiłł i Anna Streżyńska już chyba nawet nie pamiętają, że zostali ministrami z jego rekomendacji. Z dziewięciu posłów, których Gowin wprowadził do Sejmu, nie może być pewny żadnego. Dlatego musi przebudować swoje struktury, musi szukać spoiwa, które określiłoby jego ugrupowanie, uczyniło je na tyle innym od PiS, a równocześnie na tyle PiS bliskim, by zachować rację politycznego bytu.

Sobotni kongres (4 listopada) był pierwszym krokiem na tej drodze. Ale czy Gowinowi się powiedzie? Wiele zależy od tego, kogo uda mu się złowić. A z tym bywa różnie, bo z trzech posłanek, które odeszły z klubu Kukiz‘15, do Gowina przeszła tylko jedna.

Omawiając niepisowską prawicę, w zasadzie

powinniśmy zacząć od Kukiza,

bo on jest z tych wszystkich grup najsilniejszy. Ma zresztą wciąż bardzo dobre sondaże, które pokazują, że bez problemu dostałby się do Sejmu. Że magia jego nazwiska wciąż działa.

O ile więc Gowin jest paprotką, o tyle Kukiz jest poważnym przeciwnikiem, z którym Kaczyński musi się liczyć.
Kukiz w wyborach w 2015 r. zorganizował swój ruch niejako z łapanki, łącząc trzy grupy. Pierwsza to środowiska „oburzonych”, ludzi, których państwo w jakiś sposób skrzywdziło, czy to w wyniku procesów sądowych, czy decyzjami urzędników. Do tej grupy możemy też zaliczyć młodzież, kontestatorów III RP, których porwała kampania prezydencka. Druga grupa to wolnościowcy, którzy zagłosowaliby na Korwin-Mikkego, ale Kukiz miał dla nich więcej politycznego czaru. No i trzecia, zdecydowanie największa, to narodowcy. W roku 2015 zarysował się pewien deal – Kukiz wykorzystał struktury narodowców w kampanii, a oni wykorzystali jego szyld, by dostać się do Sejmu. Sądząc zresztą, że za parę miesięcy ograją go i przejmą wszystko.

Nic z tego nie wyszło. Kukiz okazał się sprawniejszy politycznie, niż narodowcy uważali. Przykładem jest los Roberta Winnickiego, którego Kukiz wypchnął z klubu. To zresztą nie jest jego jedyna ofiara – możemy do nich zaliczyć i Kornela Morawieckiego, który chciał przeciągnąć klub w stronę PiS, sprowadzić go do roli kolejnej przystawki, i Liroya-Marca, który z kolei postawił na postulaty wolnościowe.

W ten sposób Kukiz pokazał, że nie jest gapą, piosenkarzem idealistą, tylko człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Udowodnił też, że chce bronić swojej pozycji jako osoby niezależnej, spoza establishmentu – zarówno pisowskiego, jak i całej III RP. Mimo że nie ma dobrej prasy, niezmiennie ma dobre sondaże, lepsze niż Nowoczesna. Cieszy się też sporym poparciem wśród młodzieży. Dla niej jest prawdziwym kontestatorem, nieunurzanym w politycznym błocie, osobą autentyczną, a nie zepsutą jak Kaczyński.

Z tego punktu widzenia to Kukiz jest największym wrogiem PiS, zabiera bowiem partii Kaczyńskiego wyborców, którzy zapewniliby jej większość. I to z nim PiS prowadzi najtwardszą wojnę.

Po pierwsze, wyciągając z klubu Kukiz‘15 kolejnych posłów. To zadanie Kornela Morawieckiego i Jarosława Gowina.

Po drugie, ośmieszając go – co starają się robić pisowskie media.

Po trzecie, niszcząc go. A to już rola innych organów. Jakich? Do tej pory nikt nikogo za rękę nie złapał. Ale warto odnotować, że 27 października 2017 r. z polecenia prokuratora okręgowego w Warszawie wszczęte zostało śledztwo w sprawie wykupu w 2010 r. przez Kukiza mieszkania kwaterunkowego z 90-procentową bonifikatą. Kukiz zapłacił za nie 25 tys. zł, a wartość oceniana jest na 226 tys. zł. Wprawdzie z aferą reprywatyzacyjną równać się to nie może, ale na pewno będzie dobrą okazją do strącenia korony.

Z upadku Kukiza (jeśli nastąpi) cieszono by się nie tylko w PiS, uradowaliby się też narodowcy. Różne ugrupowania typu

ONR, Młodzież Wszechpolska.

Jest ich sporo, zdecydowanie rosną w siłę, ale brakuje tam lidera, który mógłby ich zagospodarować. Choć są coraz bardziej przekonani, że nadchodzi ich czas. „Zwarta, wyrazista, prawicowa alternatywa dla neosanacyjnego PiS jest dziś potrzebna jak powietrze, by ludzie mieli wybór, widzieli, że można być prawicowcem wolnorynkowym, demokratycznym, zwróconym w stronę narodu a nie państwa” – to jeden z charakterystycznych głosów wynotowany z sieci.

Ale jak budować tę „zwartą, wyrazistą, prawicową alternatywę”? Narodowców stać na jednorazowe wystąpienia, takie jak Marsz Niepodległości – za parę dni będziemy świadkami kolejnego. Czy stać ich także na zbudowanie czegoś na prawo do PiS? Dodajmy – w miejsce Kukiza?

„Oni mają kłopot – tłumaczy jeden z dziennikarzy prawicowych mediów – polegający na tym, że wszystkie postulaty, które mogliby ponieść, już dawno wyjęło im z ręki PiS. Uchodźcy? Kto przebije ministra Błaszczaka? Zakaz aborcji? Za chwilę będzie. Żołnierze wyklęci? PiS buduje im pomniki, Antoni Macierewicz uczynił ich patronami Wojsk Obrony Terytorialnej. Walka z komuną i z PO? To Kaczyński woła: mordy zdradzieckie”.

Trudno z tą analizą się nie zgodzić. Najbliższy Marsz Niepodległości odbędzie się pod hasłem: „My chcemy Boga”. I nawet prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości Robert Bąkiewicz nie za bardzo potrafi wytłumaczyć, jaka jest w tym idea. „My, Polacy, chcemy odwołać się do wartości, które są fundamentem naszej tożsamości, naszego narodu, rdzeniem Europy i rdzeniem będącej w dalekiej destrukcji cywilizacji łacińskiej. Dzisiaj chcemy iść jak nasi przodkowie pod Wiedniem, jak w walce z nawałą bolszewicką w 1920 r. chcemy iść pod sztandarami Boga”, mówi.
W ten sposób młodzi narodowcy zostali zepchnięci do roli rezerwy uderzeniowej PiS. Postrachu KOD i protestujących feministek. To marna rola.

Słabnie też impet innej grupy – Endecji. To stowarzyszenie, którego szefem był poseł Kukiz‘15 Sylwester Chruszcz (właśnie opuścił klub kukizowców), a szefem Rady Patronackiej dziennikarz Rafał Ziemkiewicz. Miało nawiązywać do młodego Dmowskiego, tego z czasów pracy organicznej. Na prawicy krążyły nawet dwie teorie dotyczące stowarzyszenia. Pierwsza, że jest wrogie ONR, bo ONR sięga do lat 30. XX w., a Endecja do lat 20. i wcześniejszych. Gdy więc ONR się wykruszy, Endecja wkroczy do gry. Na razie wydarzenia tego nie potwierdzają. Druga teoria mówiła o ambicjach politycznych Rafała Ziemkiewicza, który chciałby być wice-Dmowskim i patronem tego, co narodowe po prawej stronie. Ale też jakoś nie widać, by te zapowiedzi się materializowały, Ziemkiewicz starannie pilnuje wizerunku prawicowego publicysty, w głębsze działania polityczne nie wchodzi. Jest więc bardziej Strońskim niż Dmowskim.

Być może ta ostrożność to efekt rachunku sił. Dzisiejsze PiS stać na zagospodarowanie (albo zniszczenie) i narodowych działaczy, i publicystów. Oni mogą być cenni, gdy przynoszą PiS korzyści, głosy poparcia, gdy walczą z liberałami, lewicą, Unią Europejską, ale gdy przekroczą pewną granicę, są wyciszani. Tak jak wyciszany jest inny lider prawej strony – Grzegorz Braun.

W sumie dla nich wszystkich wybór jest jeden. Muszą czekać.

Wydanie: 45/2017

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy