Prawy tłum i moralność polskiej konserwy

Prawy tłum i moralność polskiej konserwy

Pogarda dla inności, strach przed odmiennością, kary dla „obcych”, nienawiść wobec wszystkiego, co nieprzeciętne, potrzeba posiadania wodzów i idoli, przed którymi można klękać – czy ta charakterystyka nie przypomina obrońców „czystości polskich i katolickich zasad”?
W numerze 18. „Polityki” Mariusz Janicki i Wiesław Władyka nakreślili obraz „prawdziwych Polaków”. Oddaje on dobrze realia krajowych sympatyków konserwatywnej prawicy. Warto jednak wspomnieć o uniwersalnych, istniejących w kulturze europejskiej wyjaśnieniach i charakterystykach osób, które mają zamiłowanie do autorytarnych porządków. Kim są ci wielbiciele czarno-białych obrazów rzeczywistości, miłośnicy surowych kar, zwolennicy silnych wodzów, obrońcy represyjnej kultury i „twardego” wychowania?
Ortega y Gasset w klasycznym „Buncie mas” szkicował obraz masowego konformisty, który chowa się w panującej przeciętności i bezpiecznie czuje się tylko w jednorodnej masie: „Masa – któż by to pomyślał, mając przed oczami ów ciasno zbity tłum – nie pragnie współżycia z nikim, kto do niej nie należy. Masa śmiertelnie nienawidzi wszystkiego, co nie jest nią samą”. Przedstawiciel fanatycznej masy, którą łatwo można manipulować, prezentuje wysoką agresję, którą jego wodzowie nakierowują na przeciwników politycznych, środowiska mniejszości kulturowych i inne „obce ciała”.
Erich Fromm w „Ucieczce od wolności”, próbując wyjaśnić fenomen opanowania ludzkich umysłów przez ideologię faszystowską w XX w., opisywał różne mechanizmy społeczne. Jednym z nich był mechaniczny konformizm, który nakazywał ludziom prezentować takie postawy, jakie są przyjmowane przez większość. Jednostka przestaje być sobą i w pełni zatraca się w dominujących wzorach kulturowych, zachowaniach i panującej atmosferze politycznej. Dzięki takim zabiegom człowiek staje się zupełnie podobny do innych ludzi, staje się taki, jakim inni spodziewają się go zobaczyć. Ilustrację tego typu presji mamy w Polsce dość często – ostatnio w czasie medialnej żałoby narodowej. Dziś bowiem kierunkowskazem wskazującym, co trzeba myśleć i jak się zachowywać, są zazwyczaj media masowe. Zwłaszcza jeśli mają do odegrania misję specjalną tak jak TVPiS. Stadny konformizm ma się dobrze szczególnie w takich krajach jak Polska – w kraju jednorodnym kulturowo, gdzie ceni się powszechnie panujący fetysz jedności narodowej, jedności religijnej oraz czarno-białej wizji historii. Umberto Eco opisując cechy tego, co nazywa „prafaszyzmem” lub „odwiecznym faszyzmem”, wskazuje na kult tradycji – dla różnej maści ruchów faszyzujących postęp jest zawsze podejrzany, prawda bowiem została już raz na zawsze ogłoszona, my zaś, „wyznawcy”, musimy tylko ją pielęgnować, kontynuować i bronić jej na śmierć i życie. Dlatego też „prafaszyzm” nie znosi różnicy i różnorodności. Bardziej ceni i poszukuje „zgody” – czyli jednorodności. I dlatego pierwsze apele różnej maści prawicowych populistów skierowane są przeciwko „intruzom”, „obcym” i „kosmopolitom”.
Fromm szukając psychospołecznych czynników wspierających faszyzujące postawy, wskazuje także na charakter autorytarny, który cechuje się m.in. fascynacją i umiłowaniem władzy dla samej władzy – nie ze względu na wartości, jakie reprezentuje, ale dlatego, że jest władzą. Autorytarny charakter również wielbi przeszłość – co było zawsze, będzie wieczne. Przyszłość oraz to, co nowe i nieznane, przeraża go.
Wątek autorytaryzmu rozwinął również w kontekście wyjaśniania faszystowskich zachowań Theodor W. Adorno. W swojej teorii osobowości autorytarnej wymieniał jako jej przejawy takie zachowania jak: wiara w przesądy i myślenie stereotypami; przekonanie, że tajemnicze siły kierują losami jednostek; brak krytycyzmu wobec wyidealizowanych autorytetów i przywódców; mocne przywiązanie do tradycyjnego i drobnomieszczańskiego systemu wartości; wyszukiwanie i atakowanie ludzi naruszających wartości tradycyjne i konwencjonalne. Adorno zmarł w 1969 r. – nie mógł więc przebadać i opisać sympatyków PiS, a jednak jego opis dobrze oddaje mentalny klimat „prawych i sprawiedliwych” Polaków.
Również Max Horkheimer odnosił się do problemu autorytarnego charakteru, który ocenia wszystko w kategoriach białe – czarne. Białe stanowi dla niego własna grupa, czarne – grupa obca. Klasyczny wielbiciel tradycyjnych porządków zdecydowanie odrzuca wszystko, co obce. Wierzy w „przeciętną”, z którą się utożsamia, w przeciwieństwie do intelektualistów, zepsutych artystów czy kręgów akademickich, które są opanowane przez wiadome służby i zawsze były wylęgarnią kryptokomunistów. To tam są gniazda feministek, lewaków i wynarodowionych wykształciuchów. Po apelu intelektualistów o symboliczne pojednanie i zapalenie zniczy na grobach Rosjan i żołnierzy radzieckich w dniu 9 maja na forach internetowych czujni „prawdziwi Polacy” pisali m.in.: „Większość z naszych wspaniałych „intelektualistów” z komunizmem pojednała się już dawno; lewackie ścierwo pozbawionych polskości inteligentów”. Nowa kultura zalatuje postmodernizmem i dekadencją, dlatego mottem rozmodlonych i zamkniętych w tradycyjnej wspólnocie wyznawców jedynej słusznej prawdy może być zdanie przypisywane Goebbelsowi: „Gdy słyszę o kulturze, wyciągam pistolet”. Szukając winy i winnego jego własnych niepowodzeń, zwolennik autorytarnego populizmu ma na myśli nie obiektywną kolej wydarzeń, lecz nikczemnych i skorumpowanych ludzi. Natomiast wszystkiego, co dobre, oczekuje od swoich wodzów i głosicieli ostatecznych prawd. W sprawach moralnych jest bardzo pryncypialny. Jak pisał Horkheimer: „Obstaje przy seksualnej czystości, moralności lub przynajmniej normalności, chociaż sam jest opętany przez seksualne manie i węszy wszędzie „występek”. Mówiąc o złych siłach, wiele uwagi poświęca orgiom, perwersjom seksualnym i tym podobnym”. To tak, jak widzący w Polsce na każdym rogu ulicy pedofila, walczący z gejami i „cywilizacją śmierci” przykościelni moraliści.
Kulturowy „prafaszyzm” ma się w Polsce dobrze. Najlepszą przeciwwagą dla autorytarnych tendencji zawsze była oddolna, obywatelska demokracja. Dziś też nie można dać sobie narzucić plemiennych zawołań o jedność narodową i martyrologicznych pomruków skinheadów w garniturach, udających zatroskanych redaktorów telewizyjnych, patriotycznych polityków i prawych publicystów. Trzeba bronić wolności i demokracji, bo one nie są dane raz na zawsze.

Wydanie: 19/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy