Prezydencka zdrapka

W mediach zatrzęsienie prezydentów, ekrany telewizyjne pękały w wirtualnych szwach od kandydatur kandydatów na kandydatów na najwyższy urząd w państwie. Najmniej, zasadniczo prawie wcale nie pokazywano prezydenta aktualnie urzędującego, więcej zaś jego żonę, którą chce przesłuchać tajnie komisja do spraw czegoś tam. Tajnie dlatego, że komisjonarze wiedzą, iż pierwsza dama robi dobre wrażenie, stąd właśnie, by nie pokazywać jej ludowi, żądają tajności.
Tajność zapewnia ponadto możliwość puszczania brzydko pachnących przecieków, robienia tajemniczych min w telewizji, udawania wszechwiedzącego, sugerowania, że jest się najlepiej poinformowanym na tę okoliczność. Członkowie uważają pewnie, że pojawienie się w telewizji Jolanty K. może podnieść notowania pierwszej pary, a tego boją się prawicowi kandydaci jak diabeł ostatniego namaszczenia. Skąd ten lęk i strach? Dlaczego tak się dzieje? Nikt nie zgadnie. Przecież prezydent nie wydał dekretu na temat możliwości swej trzeciej kadencji, co się niekiedy praktykuje, ani też Jolanta K., przynajmniej na razie, nie zgłosiła swej kandydatury.
W „Linii Specjalnej” doszło do spotkania dwóch byłych prezydentów, Wałęsy i Jaruzelskiego. Zrodziło się ono z potrzeby pojednania. Jaruzelski mówił głównie o kraju, Wałęsa zaś głównie o sobie; był rozżalony i domagał się od generała certyfikatu dziewictwa, w sensie nieskalanej przeszłości, które tenże po krótkim czasie mu dał. Bez względu na to, co widziałam, żal mi Wałęsy, bo jest kimś, a najgorszego doświadcza od miernot. Ludzie, którzy nie potrafią wybaczyć sobie, że nie byli przywódcami, że to nie oni dostali Nobla, nie potrafią także wybaczyć Wałęsie. Sabat, jaki odbył się nad nim w Dwójce już po debacie, świadczy o tym, że nie zawsze „warto rozmawiać”. Myślę, że generał ma do Wałęsy więcej sympatii niż koledzy.
Jest jeden kandydat na kandydata, którego partia chciała, ale on nie chciał startować pod jej starym, SLD-owskim szyldem. A więc teraz Ordynacka ujęła sprawy we własne ręce i zbiera spóźnione, ale szczere podpisy pod petycją, by się zgodził na to, na co zgodzić się nie chce, bo ma dość.
Winą za ten stan rzeczy wszyscy z lewa obarczają Borowskiego, który według mnie, jako jedyny ma program (Edukacja! Praca!), nie odżegnuje się od walki z dyskryminacją, zależy mu na sprawach kobiet i jako jedyny nie boi się o tym mówić. Chce ludzi łączyć, a nie dzielić. Jest najlepszym kandydatem i żeby było jasne, będę go wspierała. Na swoje szczęście jestem pisarką, a nie dziennikarką, mogę okazywać sympatie i antypatie.
Żeby zaś nie udawać bezinteresowności, powiem, że przewiduję, iż mój kandydat wygra. Jak wygrał Kwach. Tak jak przewidziałam, że wybory odbędą się jesienią i że PO wyroluje Zytę Gilowską, gdy pojawi się Gronkiewicz-Waltz. Dla platfusów dwie kobiety na jednej platformie to za wiele. Chyba już nigdy Zyta nie powie, że nie spotkała się z dyskryminacją.
Niektóre partie drogą losowania albo nawet zdrapki poszukują kandydata. Może to będzie Szmajdziński? A może kto inny? Może zrobić audiotele w tej sprawie? Większość poważnych kandydatów, takich jak potencjalni koalicjanci, Kaczory and Donald, ogłasza swoje programy. Tu zaczynają się schody, a nie są to hollywoodzkie schody z dywanem, po których w dół schodzą długonogie gwiazdy. Jest to – i mówię to z przykrością, bo niczego tak nie pragnę, jak dobra dla naszego ukochanego kraju – rozchwierutana drabinka ze zmurszałego drewna, po której schodzą kaczory, jak to one, na kaczych nogach, głosząc swą zemstę na przeszłości.
Kaczor Lech, kandydat numer jeden w sondażach (ludzie opanujcie się, póki jeszcze nie jest za późno!), ujawnia program, który jest zbiorem rewolucyjnych myśli przewodniczącego MAŁO kumającego, od problemów ludności całkiem oderwanego. Co czeka nasz kraj, gdy zamieni się go w kaczą fermę? Oto kilka punktów z wywiadu z kandydatem.
„Urban, zamiast pokutować za swoje grzechy, wydawał pismo mające 700 tys. nakładu”. Chciałoby się mieć pismo na własność, nieprawdaż? Nie ma się pomysłu, nie umie się przyciągnąć czytelnika, trzeba więc Urbanowi odebrać. Generałowi Jaruzelskiemu zabrać przywileje, ponieważ mówił w Moskwie nie to, co powinien.
„Ludzie, którzy niesłusznie podawali się za autorytety moralne, muszą zostać zdemaskowani”. Według mnie, autorytetem moralnym albo się jest, albo się nim nie jest. Jednak jest się nie z podawania się za autorytet moralny, lecz trzeba być uznanym przez innych ludzi. Kaczory chcą na autorytety awansować, ale wychodzi z tego rzadki placek.
Ponieważ program powyższy nie wystarczy na cztery lata rządzenia, należy dodatkowo powołać komisję PiS-u do specjalnych rozliczeń. Komisja owa „nie będzie alternatywą dla wymiaru sprawiedliwości. Nie będzie aktów oskarżenia, nie będzie wyroków”. Ludzie, ratujcie, czy ktoś może mi powiedzieć, gdzie sens, gdzie logika? Rozumiem, że chodzi o to, by „po uważaniu” wybierać do piętnowania, kogo się chce, Urbana czy jakieś „niesłuszne”, według kaczego prawa, autorytety moralne, ogłaszać wszem i wobec, iż są paskudami, i bez wyroku skazywać na śmierć cywilną.
Bliźniaki są jak ci ze znanej kiedyś piosenki, Wania kandydat do partii, Grisza jest członkiem KC, jeden ma być prezydentem, a drugi premierem. Bracia są w polityce, wspierają się od dawna, a nikt ich się nie czepia, a gdy syn Zyty z PO chciał startować, to od razu Donald, do którego Zyta podczas konwencji wołała: bracie!, oburzył się moralnie, choć wcześniej wiedział, że jej syn itd. Od dawna mówiłam, że Zytę z tej platformy zepchną i utopią. Na jej miejscu pokazałabym Tuskowi, gdzie rośnie pieprz i raki zimują, wystartowałabym w wyborach prezydenckich jako kandydatka niezależna i zjadła mu głosy, bo szans nie ma ci on żadnych, gdyż niewyraźną postacią jest.

Wydanie: 22/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy