Przewodnik po aktorach (nie tylko) warszawskich. Rok XII

Przewodnik po aktorach (nie tylko) warszawskich. Rok XII

Recenzenci narzekają na warsztatową zapaść teatru, a tymczasem na polskich scenach pojawia się coraz więcej spektakli wycyzelowanych. To nader krzepiące. Stąd w tym dorocznym rankingu pewien niedosyt, bo przy przedstawieniach tak świetnie zharmonizowanych jak „Arka Noego” Janusza Wiśniewskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu, „Wujaszek Wania” w reżyserii Wieniamina Filsztyńskiego w Teatrze Polskim w Warszawie, „Macbeth” Teatru Pieśń Kozła, obie premiery Grzegorza Jarzyny („T.E.O.R.E.M.A.T. i „Między nami dobrze jest”), „Zagłada ludu albo moja wątroba jest bez sensu” w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi czy „Szajba” w Teatrze Polskim we Wrocławiu i jeszcze paru innych w Narodowym czy warszawskim Współczesnym (świetny spektakl muzyczny „To idzie młodość” według scenariusza Krzysztofa Zaleskiego) można by wyróżnić dosłownie całe obsady. To korzystna zmiana, odejście od niebezpiecznego „gwiazdorstwa” w stronę teatru zespołowego.
Czytelnika może zdziwić skąpa obecność w tym rankingu najgłośniejszych spektakli sezonu autorstwa bohaterów roku, czyli „(A)polonii” Krzysztofa Warlikowskiego i sztuki „Persona. Marilyn” Krystiana Lupy. Lupa w tym sezonie odebrał najważniejszą teatralną nagrodę europejską Premio Europa za całokształt twórczości, a przedtem grand prix w Krakowie za „Factory 2”, Warlikowskiego uczczono w Awinionie. Jednak oba te przedstawienia, choć każde warte uwagi, a Warlikowskiego ważne także ze względu na etyczny wydźwięk, obarczone są rozmaitymi wadami i konsumują mody, co zwykle artystom na dobre nie wychodzi. Aktorsko są to przedstawienia nierówne, a po części myślowo podejrzane (warstwa literacka „Marilyn” jest wręcz mierna).
Na szczęście nie tylko moda i chwała w teatrze bywają zbawienne, a artystów szukających własnej drogi przybywa. Z nadzieją, że będzie ich coraz więcej, po kolejnym sezonie spędzonym w Warszawie (i nie tylko) – przedstawiam, jak co roku, aktorskie rachunki, tym razem sezonu 2008/2009. W niniejszym sprawozdaniu posłużyłem się przyjętymi w politycznych rankingach określeniami: w górę, w dół, bez zmian. Przegląd jest wysoce niesprawiedliwy, bo nie uwzględnia wielu nazwisk. Skupiłem uwagę na osiągnięciach i potknięciach, pomijając na ogół tzw. solidną średnią.

Większość naszych aktorów miewa pomysł na występ, nie na rolę; zależy im na tym, by wystąpić, a nie – zagrać. I tylko ci najlepsi grają, bo gra u nich jest organiczna. O nich można powiedzieć, że są aktorami, o reszcie – że występuje.
Konrad Swinarski, Kilka słów o współpracy z aktorem, 1967

w górę
GRAŻYNA BARSZCZEWSKA – jej pierwsze i od razu wyśmienite spotkanie z Gombrowiczem w „Pornografii” w reżyserii Andrzeja Pawłowskiego w prywatnym teatrze warszawskim Anny Gornostaj Capitol. Kto mógł przypuszczać, że tyle ciemnych mocy, surrealistycznego błysku i ognia kryje się w tej na pozór poukładanej artystce.

KLARA BIELAWKA – udany debiut młodziutkiej absolwentki krakowskiej PWST w roli tytułowej Alicji (u boku Barbary Krafftówny) w „Alicji” według Lewisa Carrolla w reżyserii Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Dla zachęty daję plusa.

W górę
SYLWESTER BIRAGA – zbudował postać głupca wcielonego w sztuce „Mieszczanin szlachcicem” Moliera, wystawionej na jubileusz warszawskiego offowego Teatru Druga Strefa. Po Bogusławie Kobieli w telewizyjnym spektaklu Jerzego Gruzy nikomu w Polsce nie udało się przejść tej roli suchą nogą. Biraga zrobił to w rytmie wirującym, jego pan Jourdain wiruje po scenie jak bączek, pławiąc się do syta w głupocie.

W dół
PRZEMYSŁAW BLUSZCZ – zdobył markę rolami w głośnych przedstawieniach legnickiego teatru, ale w warszawskim Ateneum poległ jako Basin, bohater sztuki Jewgienija Griszkowca „Miasto” w reżyserii Artura Urbańskiego. Basin postanawia zerwać z dotychczasowym życiem, gnany potrzebą innego (jakiego?) życia. Zagrać egzystencjalny niepokój to wielka sztuka, Bluszcz poprzestał na demonstrowaniu ospałości i apetytu na mandarynki.

W górę
TOMASZ BORKOWSKI – wyborny Astrow w „Wujaszku Wani” Antona Czechowa w reżyserii Wieniamina Filsztyńskiego w warszawskim Teatrze Polskim. Aktor, obecny na scenie od dziewięciu lat, rodzi się w tej roli naprawdę, ukazując starcie tęsknoty za wielkim czynem z ciężarem pospolitości. Kiedy pochłania nerwowo jabłko, wyraża w ten sposób tłumioną namiętność, a kiedy na koniec bezradnie usiłuje nawiązać kontakt z bliskimi niedawno mu ludźmi, Wujaszkiem i Sonią, portretuje człowieka skazanego na jałowe życie.

W górę
EWA KONSTANCJA BUŁHAK – udany sezon: do wyrafinowanej wokalizy (Medea) w „Ifigenii” Antoniny Grzegorzewskiej dorzuciła rolę Heleny, szwagierki „Lekkomyślnej siostry” Włodzimierza Perzyńskiego w reżyserii Agnieszki Glińskiej (oba spektakle na małej scenie Teatru Narodowego), uosabiając hipokryzję połączoną z poskramianą nieco skłonnością do obyczajowej swobody. To wewnętrzne pęknięcie stanowi najważniejszy rys tej dwuznacznej postaci.

W górę
ANDRZEJ CHYRA – dwuznaczny, uwodzicielski i odpychający Herakles, upozowany na bohatera pop-kultury w „(A)polonii” Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze.

W górę
KATARZYNA CYNKE – w „Zszywaniu” Anthony’ego Neilsona w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi początkowo gra zahukaną dziewczynę, która zaszła w ciążę i czeka na decyzję partnera, ale potem role się odwracają – to ona jest tą mocniejszą w związku. Sztuka dość ryzykowna, ale zagrana tak sugestywnie, że widz – nie tylko młodego pokolenia – akceptuje ten sposób opowiadania.

W górę
SAMBOR CZARNOTA – w starannie wystylizowanej roli osiłka-dandysa, czyli Cassia w „Otellu – wariacjach na temat” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, wyprowadził tę postać na plan pierwszy tragedii, w której konflikt z Jagonem okazał się główną osią.

W górę
IZA DĽBROWSKA – specjalizuje się w takich rolach: wrednych garkotłuków. Jednak w „Przylgnięciu” Piotra Rowickiego w reżyserii Aldony Figury w Laboratorium Dramatu jest garkotłukiem odmienionym, bo groźnym, wręcz złowieszczym. Lepiej takiej nie stawać na drodze.

W górę
KRZYSZTOF DRACZ – dwie wyraziste role. Na początek sezonu mroczny, nieco niesamowity Kot z Cheshire w „Alicji”, a na koniec jedno z wcieleń Marilyn Monroe w „Śmierci i dziewczynie” według „Dramatów księżniczek” Elfriede Jelinek. Dracz gra z odwagą i z niepokojącym błyskiem w oku.

W górę
JAN ENGLERT – dwie ważne role: Paola w spektaklu „T.E.O.R.E.M.A.T.” według Pasoliniego w reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa – skupionego wewnętrznie, wypalonego i pozbawionego idealistycznych złudzeń, i jego przeciwieństwa, nawiedzonego ideologicznie księdza Roux, z płomiennymi wezwaniami do rewolucji w spektaklu „Marat/Sade” według Petera Weissa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Narodowym.

W dół
ZUZANNA FIJEWSKA – porażka w roli żony alkoholika w spektaklu autorskim Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej „De-naturat” (granym ostatnio w Teatrze Staromiejskim w Warszawie). Zbożne intencje nie wystarczą, aby w tym „teatrze zza firanki” odkryć coś nowego, zwłaszcza że wykonawczyni obrała jako metodę naśladowanie plebejskości i szybkie, katarynkowe mówienie. Wymaga to bardzo wysokiej techniki, której aktorce zabrakło.

W górę
JAROSŁAW GAJEWSKI – wielka kreacja w spektaklu „Obrock” według Witkacego w reżyserii Bartosza Zaczykiewicza w warszawskim Teatrze Studio. Aktor powołuje do istnienia rozmaite wersje osobowości artysty, przerażonego nadciągającą nieuchronnie klęską sztuki. Rytm tej wymykającej się jednoznacznemu określeniu postaci wyznaczają zmienne „interludia”, kiedy Gajewski nieoczekiwanie niweczy nastrój albo ewolucjami tanecznymi, albo równie niespodziewanym wyciszeniem, albo histerycznymi atakami neurotyka. Odmalowuje w ten sposób zatrutą psychikę zaszczutej ofiary.

W dół
JANUSZ GAJOS – nie znalazł trafnej formuły dla roli tytułowej w „Romulusie Wielkim” Dürrenmatta w Polonii w reżyserii Krzysztofa Zanussiego. Na pewno nie pomógł mu reżyser, bo cała rola sprowadziła się do kręcenia kogla-mogla. To już druga klęska tego dzieła po katastrofie sprzed dziesięciu lat w Teatrze Polskim z Gustawem Holoubkiem (1985) w reżyserii Kazimierza Dejmka. Coś z magii tego tekstu wyparowało?

W górę
AGNIESZKA GLIŃSKA – udanie zadebiutowała w tytułowej roli „Lekkomyślnej siostry” w Teatrze Narodowym w spektaklu własnej reżyserii. Jej Mania, kobieta wyzwolona, która odmawia wypełniania wymuszonego na niej kontraktu, gra dyskretnie, bardzo „filmowo”, odróżniając się od swej obłudnej, upozowanej rodziny. Temu sposobowi gry sprzyja mała scena przy Wierzbowej, gdzie bliskość widza narzuca naturalność.

W dół
IWONA GŁOWIŃSKA – pełna katastrofa w monodramie „Lubię być zabijana” według Tibora Fischera w reżyserii Marcina Wierzchowskiego w Teatrze Studio. Miał to być pokaz stand up comedy, który okazał się pokazem bezradności i braku środków (aktorskich).

W górę
MAŁGORZATA HAJEWSKA-KRZYSZTOFIK – pogruchotana Klitajmestra z „(A)polonii”, uosobienie bólu i odrętwienia, oddająca ogrom cierpień, jakie niosą wojna i poniżenie. Jej wymowne spojrzenia hipnotyzują widzów.

W górę
MARCIN HYCNAR – Posłaniec w „Wiele hałasu o nic” Szekspira w reżyserii Macieja Prusa w Teatrze Narodowym. Postać epizodyczna, a znacząca, choć lekceważona przez inne postacie – aktor sprawia, że staje się ona jeszcze jednym ważnym kluczem do interpretacji świata dramatu; oto ktoś pomijany, niezauważany, kto niesie skrawek prawdy i próbuje się wyróżnić z anonimowego tłumu.

W górę
KRYSTYNA JANDA – z sukcesem powróciła do wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do muzyki Jerzego Satanowskiego w spektaklu „Dancing” w Polonii. Janda śpiewa, melorecytuje, nasycając wiersze sugestywną interpretacją, w której pojawiają się rozmaite tony emocjonalne.

W górę
JADWIGA JANKOWSKA-CIEŚLAK – odnalazła się po przejściu do Ateneum. Pełna wewnętrznej siły, przekonująca i niepokojąca Urszulka, duch niemieckiej dziewczynki nawiedzający stary dom w sztuce Magdaleny Fertacz „Trash story” w reżyserii Eweliny Pietrowiak.

W górę
IRENA JUN – w spektaklu „Obrock” syntetyzuje swoje doświadczenia warsztatowe, zdobyte w teatrze jednego aktora. Nabyta umiejętność transformacji, natychmiastowej przemiany z postaci w postać albo parapostaci w parapostać tutaj owocuje ciągiem niesamowitych transgresji, raz aktorka objawia się jako nieszczęsna alkoholiczka, a za chwilę jako bezwzględny syn wampir. Precyzja, zdyscyplinowane szaleństwo – oto klucz do tajemnicy tej proteuszowej roli.

W górę
KAZIMIERZ KACZOR – delikatnie zarysował smutną postać Pana Mariana z „Kieszonkowego atlasu kobiet” Sylwii Chutnik w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza w Teatrze Powszechnym w Warszawie, samotnego mężczyzny z duszą kobiety.

W górę
MAREK KAŁUŻYŃSKI – w „Otellu – wariacjach” jako Jago jest nie tylko mrocznym sługą zawistnikiem, ale też rozgorączkowanym rywalem walczącym o swoje miejsce przy stole.

W górę
BOGUSŁAW KIERC – w monodramie „Mój trup”, którego premiera odbyła się w Teatrze Szkolnym we wrocławskiej filii krakowskiej PWST, skomponowanym z wierszy Adama Mickiewicza, nierzadko przewrotnie zinterpretowanych, dowodzi, że aktor bez wspomagania światłem, muzyką i nowoczesną techniką jest w stanie zawładnąć widzami. Za jedyny rekwizyt ma szklankę z wodą, która okaże się wulkanem pełnym lawy. Wybitne osiągnięcie.

W górę
ANNA KŁOS-KLESZCZEWSKA – jako rozwibrowana emocjonalnie Jackie w „Śmierci i dziewczynie” w warszawskim Teatrze Dramatycznym, utożsamiająca się z emblematycznymi oznakami ikony szyku, potrafiła ze swobodą grać między widzami, łącząc cechy postaci i aktorki wcielającej się w postać jednocześnie – to dwie role w jednej: tej, która gra, i tej, która jest grana.

W dół
MARIAN KOCINIAK – na gościnnych występach w Teatrze na Woli nie przekonał ani jako taksówkarz, obwożący starszą panią w sztuce Remigiusza Grzeli, ani jako jeden z braciszków w „Siostrach przytulankach” Marka Modzelewskiego.

W górę
MAJA KOMOROWSKA – powróciła po latach do swej wyśmienitej roli Winnie w „Szczęśliwych dniach” Becketta w reżyserii Antoniego Libery w Teatrze Dramatycznym. Nie jest to jednak „wznowienie”, ale nowa rola, która wchłonęła nowe doświadczenia artystki. Jej Winnie nadal jest promienna, ale jakby głębiej, z nutą zaprawionej goryczą refleksji, którą przezwycięża wolą trwania, wolą życia i dwuznacznie operetkową pieśnią miłosną, która zamyka zaborczą „paplaninę” bohaterki, poruszającej się z gasnącą energią po labiryncie swojej nadwątlonej pamięci. Wielka kreacja.

W dół
ANDRZEJ KONOPKA – nie podołał tytułowej roli w „Pantaleonie i wizytantkach” według powieści Llosy w reżyserii Piotra Aigera w Teatrze Studio. Był zaledwie poprawny, a Pantaleon musi budzić sprzeczne uczucia jako współczesne wcielenie służbisty i półgłówka, skrzyżowanie wojaka Szwejka i kombinatorów z „Paragrafu 22”. Bez tej roli nie było co marzyć o sukcesie spektaklu.

Bez zmian
SANDRA KORZENIAK – przechwalona ponad miarę, a dyskusyjna rola w dyskusyjnym przedstawieniu Krystiana Lupy „Persona. Marilyn” w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Banał podniesiony do rangi odkrycia. Aktorka gra na granicy samokontroli, na granicy bezpieczeństwa. Ten rodzaj emocjonalnego ekshibicjonizmu może się okazać dla niej bardzo kosztowny przy dość wątpliwych zyskach widowni. Ani w górę, ani w dół.

Bez zmian
BARBARA KRAFFTÓWNA – zastanawiająca, nieco tajemnicza jako tytułowa Alicja według Lewisa Carrolla w Dramatycznym rozczarowała w banalnej sztuce Remigiusza Grzeli „Oczy Brigitte Bardot”, specjalnie dla niej napisanej, w Teatrze Na Woli. Prawdopodobnie największe kłopoty sprawiają teksty ku czci. Bez zmian.

W górę
MIROSŁAW KROPIELNICKI – znowu wyśmienity sezon. Pełen energii Wiatronogi w „Arce Noego” Janusza Wiśniewskiego i znużony śledczy w „Udając ofiarę” braci Presniakow w poznańskim Teatrze Nowym.

W górę
KRZYSZTOF KUMOR – jako profesor Sieriebriakow w „Wujaszku Wani” w stołecznym Polskim uosabia natrętnego, egotycznego hipochondryka, popadającego w starczą irytację, wyniosłego i wypranego z uczuć. Żąda, aby świat słał mu się u stóp, tyranizuje otoczenie i demonstruje samozadowolenie głupca.

W górę
IRENA LASKOWSKA – dawno niewidziana, w roli odtrąconej matki, lekceważonej i poniżanej, ukazała wstrząsający portret beznadziejnej samotności w „Szarańczy” Biljany Srbljanović w reżyserii Natalii Sołtysik w warszawskim teatrze Ateneum.

W górę
LESZEK LICHOTA – w trudnej roli Pytona, gangstera, w którym budzi się sumienie, w debiucie dramaturgicznym Piotra Rowickiego „Przylgnięcie” przekonująco ukazał jego przemianę. Przywołał na scenie uwięzionego w nim ducha, dybuka Hany – wymagało to idealnego wyważenia środków wyrazu: wyrazistości i stłumienia (aby uniknąć niezamierzonej śmieszności).

W górę
MILENA LISIECKA – pani Kovacic w „Zagładzie ludu” Wernera Schwaba w reż. Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, wścibski babiszon, czyhający na nieszczęście sąsiadów, głupota wcielona i cała kolekcja drobnomieszczańskich cech wywłoki z pretensjami.

Bez zmian
JERZY ŁAPIŃSKI – ratował honor Dürrenmatta w „Romulusie Wielkim” w Polonii – jego kupiec uwożący z tonącego Rzymu co cenniejsze biusty był przekonującym biznesmenem, który wie, o co mu chodzi.

W górę
KAMIL MAĆKOWIAK – to jeden z nielicznych zawodowych aktorów, który ma przygotowanie baletowe (grał i tańczył fenomenalnie Niżyńskiego) i dlatego może wykonywać w tym spektaklu widowiskowe ewolucje, podwieszony na linie – to wówczas dojrzewa do podjęcia decyzji, co zrobić ze swoim życiem. Mowa o roli młodego mężczyzny z dwuosobowej sztuki „Zszywanie” w Łodzi, w której aktor pokazuje przemianę mocnego człowieka w pełnego wątpliwości, słabego urazowca, a przy tym wraz ze swoją partnerką potrafi przekonująco ukazać toksyczny związek, w którym aż gotuje się od seksu.

W górę
MARIA MAJ – celowo przerysowana w charakterystycznym epizodzie Grubej Bożenki, pogodzonej ze swoim nijakim życiem w „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej w reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa.

W górę
GRZEGORZ MAŁECKI – przewrotny Benedict w „Wiele hałasu o nic”, który pod maską dworności kryje potrzebę bliskości. I dla kontrastu Lelio, dybiący na majątek kawaler, prowadzący cyniczną grę w „Umowie, czyli łajdaku ukaranym” Marivaux w reżyserii Jacques’a Lassalle’a; oba spektakle w Teatrze Narodowym. Dwie różne role z repertuaru klasycznego, który leży na nim jak ulał.

W górę
BARBARA MARSZAŁEK – fenomenalna jako pani Robak w „Zagładzie ludu” w Łodzi, fanatyczny tłuk, dręczący swego syna, niewolnica dewocji, uwięziona w złorzeczeniu, sama cierpiąca fizyczność bez ducha, który gdzieś tylko majaczy i skowyczy w spazmatycznym macierzyństwie i złowieszczym oddaniu fałszywym bożkom. Przerażająca i groźna.

W górę
BOGUSŁAWA PAWELEC – jeszcze jedna wyśmienita rola w łódzkiej „Zagładzie ludu”. Mizantropiczno-sadystyczna profesorowa Grollfeuer, która czerpie satysfakcję z poniżania innych. Połączenie bohaterki „Wizyty starszej pani” z furią artystki, która buntuje się przeciw swojej roli. Z wielką siłą i bez krztyny przesady ukazuje brawurowy sprzeciw wobec sztuki, dosłownie na oczach widzów obracając scenę w jej przeciwieństwo.

W dół
JAN PESZEK – rozczarował jako Agamemnon w „Fedrze” według Racine’a w reżyserii Michała Zadary w Starym Teatrze. Wprawdzie ten spektakl to tylko żart, ale Peszek też żartuje, że gra, bo nie gra – wszystko na jednym tonie, bez pomysłu. Od aktora tej klasy oczekuje się czegoś więcej.

W górę
FRANCISZEK PIECZKA – uparciuch Al Lewis ze „Słonecznych chłopców” Neila Simona w reżyserii Macieja Wojtyszki w Teatrze Powszechnym w mistrzowskim duecie ze Zbigniewem Zapasiewiczem. Pokaz komediowego aktorstwa najwyższej próby.

W dół
PIOTR POLAK – zawiódł jako tytułowy bohater w „Portrecie Doriana Graya” według Oscara Wilde’a w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze Rozmaitości. Borczuch i Polak poszli po śladach Lupy, w którego „Factory 2” Polak improwizował sekwencję ekshibicjonistycznych wynurzeń o swoim ciele z godną podziwu odwagą. Tu również clou roli pozostaje scena negliżu, odbijana w lustrze, ale poza tym postać Doriana nie ma właściwości, jest emblematem wszystkich odrzuconych. Na szczęście w „Śmierci i dziewczynie” według Jelinek w Dramatycznym aktor jako nadęty efeb miał szansę dowieść, że jego popisy męskością mogą być źródłem żrącej ironii – jeśli pójdzie tą drogą, uratuje skórę. Na razie jednak spadek.

W górę
BARTOSZ PORCZYK – jako Des-
moulins w „Sprawie Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej w reżyserii Jana Klaty w Teatrze Polskim we Wrocławiu odmalował cały rejestr zawahań, odstępstw, małych zdrad, pokus, pychy, samouwielbienia, zwierzęcego strachu, pompierstwa na pokaz, a scena kuszenia pismaka przez przywódcę jakobinów przypomina uwodzicielskie sceny z „Toma Jonesa”. Ta rola potwierdza możliwości aktora, wcześniej zademonstrowane w popisowym muzodramie „Smycz”.

W górę
KINGA PREIS – fenomenalna Marianna w „Sprawie Dantona”, zanim akcja ruszy, pojawia się na scenie udrapowana na francuską Mariannę, która wielokrotnie grasejując „r”, smakuje nazwisko „Robespierre”. Potem w zróżnicowany sposób, choć niemal bez słów, komentuje akcję aż do finału, dodając jej nowych znaczeń. W innym wcieleniu w „Szajbie” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Jana Klaty również w Teatrze Polskim we Wrocławiu gra kochliwą somnambuliczkę, która wszystko mówi i czyni w zwolnionym tempie.

W górę
MARCIN PRZYBYLSKI – rozkochany w sobie (i Patroklesie) Achilles z „Ifigenii” Grzegorzewskiej, bufon, który próbuje wymigać się od odpowiedzialności. W roli Duperreta w „Marat/Sade” według Petera
Weissa zaprezentował najdowcipniejszy striptiz w polskim teatrze; postać wykrętnego polityka, a zarazem kochliwego pacjenta tchnęła niezdrową, bo nadmierną energią i dwuznacznym humorem.

W górę
MARIUSZ PUCHALSKI – kapitalny wujek w „Udając ofiarę”, widowiskowo zmagający się podczas obiadu z chińskimi pałeczkami, a przede wszystkim krwawy i smutny Doktor Dix z „Arki Noego” Janusza Wiśniewskiego. Obie role w poznańskim Nowym.

W dół
ANNA RADWAN – nie podołała monologowi profesor Costello, zaczerpniętemu z powieści Coetzee’ego w spektaklu „(A)polonia”. Jej wykład sprawiał wrażenie przyklejonego do spektaklu.

W górę
JERZY RADZIWIŁOWICZ – świadomy swej roli dowódca, Agamemnon rozdwojony: w trybach machiny wojennej i w rodzinnych związkach w „Ifigenii” Antoniny Grzegorzewskiej; cyniczny Trivelin, przewrotny sługa, bezwstydnie ciągnący zyski z występków swych pracodawców w „Umowie, czyli łajdaku ukaranym”. Dwa wyraziste, odmienne portrety.

W dół
ANDRZEJ SEWERYN – zdumiewająca katastrofa w roli markiza w „Pociesznych wykwintnisiach” Moliera w Komedii Francuskiej, z którą na gościnne występy zjechał również do Polski. Farsa zbyt „miniasta”, zabawna tylko dla wykonawców, w której humor został wytrzebiony do cna.

W górę
WOJCIECH SIEMION – mistrz teatru jednego aktora nie daje o sobie zapomnieć. Tym razem z poetą Grzegorzem Walczakiem pokazuje to tu, to tam spektakl koncert „Taniec z dusiołem”, dialogując do muzyki Marii Pomianowskiej, wyrastającej ze źródeł ludowych, tak samo jak i ta zmysłowa poezja. Siemion roztapia się w muzyce, czasem przechodzi w zaśpiew albo i rytmiczny refren, czasem nadaje poszczególnym słowom formę akordu, z celowo fałszywym zgrzytem, chropowatością, zapowiedzią ostatecznego końca. W tym roku minie 50 lat od czasu, gdy wprawił Polskę w zachwyt swoją „Wieżą malowaną” w STS-ie. A tu, proszę, nowe niespodzianki.

W górę
PATRYCJA SOLIMAN – pracowity i udany sezon w Teatrze Narodowym. Pełna wdzięku pyskata Beatrycze w Szekspirowskiej komedii „Wiele hałasu o nic”, w „Lekkomyślnej siostrze” zaprezentowała się jako uboga krewna, pozornie zasadnicza harcerka o duszy przepełnionej szalonymi żądzami. Ich „sflaczałą wersję” ukazała jako Karolina Corday w „Marat/Sade” według Petera Weissa w reżyserii Mai Kleczewskiej. Jako szalona somnambuliczka, wycofana i zarazem zdominowana przez imperatyw zbrodni, w ryzykownej scenie erotycznej z odwagą zademonstrowała aseksualny negliż.

Bez zmian
DANUTA STENKA – potknęła się na roli pacjentki, która – jak to określiła reżyserka „Marat/Sade” Maja Kleczewska – „miała grać de Sade’a, ale nie gra”. Sam pomysł był dyskusyjny, a pozbawienie roli partii dialogowych sprawiło, że Stenka musiała odegrać 20-minutowy monodram, który jednak wypadł dość blado. Z sukcesem zagrała żonę w przedstawieniu „T.E.O.R.E.M.A.T.” w TR Warszawa. Sukces tym bardziej znaczący, że to rola właściwie bez słów. Jej bohaterka na scenie jest, lustruje się przed zwierciadłem, pindrzy, epatuje bogactwem.

W górę
DANUTA SZAFLARSKA – zachwycająca Osowiała Staruszka w „Między nami dobrze jest”, uwięziona we wspomnieniach wojennej Warszawy niewolnica umarłego języka.

W górę
JOANNA SZCZEPKOWSKA – w postaci wrednej Białej Królowej z „Alicji” w Dramatycznym odnalazła idealną równowagę między wybuchami złości i uwodzicielskim tonem salonowej lwicy.

Bez zmian
HENRYK TALAR – w „Pornografii” Witolda Gombrowicza na deskach Capitolu z właściwą sobie precyzją i dwuznacznością prowadzi perwersyjną grę z młodymi bohaterami. Ale nawet tak zdyscyplinowany aktor nie uratował niewydarzonej komedii Michała Walczaka „Polowanie na łosia” w reżyserii Igora Gorzkowskiego w Teatrze Narodowym (Sala Studio). Z postaci generała nie dało się wyeliminować nijakości.

W dół
KRZYSZTOF TYNIEC – fatalny sezon, jakby zapomniał grać pod wpływem „Tańca z gwiazdami”. Jako Klein, następca ekscelencji w „Odejściu” Havla, nie jest groźniejszym wariantem polityka hipokryty, ale drobnym kombinatorem. Jeszcze gorzej w Teatrze Komedia, gdzie na darmo próbował rozśmieszyć publiczność swym kogucim podskakiwaniem w komedii muzycznej „Oto idzie panna młoda”.

W górę
ZDZISŁAW WARDEJN – dawno niewidziany w tak poruszającej roli: skrywający swoje żydowskie pochodzenie nauczyciel ZPT w „Przylgnięciu”, nieśmiały i delikatny, w zachwyceniu smakuje słodkie brzmienie jidysz w nuconej kołysance. Jego melancholijny, rozmarzony uśmiech skrywa smutek odrzucenia.

W górę
MARIUSZ WOJCIECHOWSKI – pełen goryczy tytułowy „Wujaszek Wania” w warszawskim Polskim, pokrywający smutek „małpowaniem”. Daremnie próbuje uszczknąć trochę szczęścia, a w pełnej powściąganego bólu scenie rachuje kredą na podłodze straszne lata, jakie jeszcze zostały mu do przeżycia. Portret człowieka złamanego, nieszczęśliwego, ze skowytem w duszy.

W górę
ADAM WORONOWICZ – jako Narrator w „Kieszonkowym atlasie kobiet” przedstawia kolekcję zimnych drani, maskujących się lisim, przymilnym albo tylko sprytnym uśmiechem, którzy wyciągają korzyści dla siebie, żerując na nieszczęśliwych, samotnych kobietach i jednym mężczyźnie. Wyrazisty przewodnik do zimnym świecie obcości. W „Między nami dobrze jest” panoszy się jako odstręczający reżyser kabotyn.

W dół
WOJCIECH WYSOCKI – przykro patrzeć, ale to zwykła chałtura. W „Ósmym cudzie świata i zagładzie” w warszawskiej Rampie tylko markuje, że gra, wszystko po wierzchu i na odczepnego. Papierowy kochanek, który posługuje się środkami aktorskimi ze złych podręczników. Tak można, ale tylko dla żartu.

ZBIGNIEW ZAPASIEWICZ – popisowa rola Willy’ego Clarka, komika hipochondryka w „Słonecznych chłopcach”. Niestety, ostatnia już rola mistrza aktorskiej techniki.

W górę
MAGDALENA ZAWADZKA – odmieniona w roli kobiety z brodą w pełnym urody spektaklu „Namiętności” według opowiadań Singera w reżyserii Izabelli Cywińskiej w Ateneum. Zaskakująca zmiana emploi aktorki, która odważyła się zerwać z wizerunkiem „nieskazitelnie ładnej”.

W górę
JOANNA ŻÓŁKOWSKA – przejmująca rola niegdysiejszej łączniczki AK i uciekinierki z warszawskiego getta w „Kieszonkowym atlasie kobiet” – skrywającej przez lata swoją żydowską tożsamość mieszkanki kamienicy na Ochocie. Aktorka sprawia, że widownia wstrzymuje oddech.

Wydanie: 33/2009

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy