Przodem do przodu

Kuchnia polska

„Wszystko można zobaczyć, jeśli się dostatecznie długo żyje” mówi stara, mądra kobieta w jednej z powieści Singera.
Cytuję to zdanie od czasu do czasu, bowiem okazji nie brakuje. Któż bowiem, na przykład, mógł się spodziewać, że w „Gazecie Wyborczej” (27-28.10.br.) ukaże się wielki, czterokolumnowy artykuł o socjalizmie i to w dodatku nie jako o przekleństwie ludzkości, lecz projekcie społecznym, którego niestety nie udało się nam zrealizować ani przed wojną, ani po wojnie? I któż by się spodziewał, że w tym samym artykule przeczytamy, że prof. Balcerowicz, który „był w „Solidarności” postacią czwartoplanową”, „przemeblował sobie głowę jedną z modnych wtedy doktryn ekonomicznych”, a następnie, pod pozorem posunięć czysto ekonomicznych i technicznych, „od jesieni 1989 roku budowano model państwa istotnie różny od modelu zachodnioeuropejskiego, wypracowanego po wielkim kryzysie lat 30. i II wojnie światowej”, w dodatku „nie pytając społeczeństwa o zdanie”? Pochlebiam sobie wprawdzie, że od początku lat 90. wypisywałem podobne herezje, ale wówczas „Gazeta” karciła mnie za to surowo. Ale, jak się rzekło, „wszystko można zobaczyć…” itd.
Z wielką więc uwagą przeczytałem ten właśnie artykuł – rozmowę zatytułowaną „Świetlane jutro, którego nie było”, w której rozmówcami są Karol Modzelewski i Jacek Kuroń, indagowani przez Włodzimierza Kalickiego. Jest ona pasjonującą analizą linii politycznej i społecznej PPS od samych jej początków poprzez okres międzywojenny aż do dzisiaj niemal, ponieważ za linię PPS-u uczestnicy rozmowy uważają wszystkie w istocie przejawy demokratycznego i wrażliwego społecznie myślenia socjalistycznego, obecne także w czasach, kiedy PPS jako wielkiej partii już nie było. Autorom leży bowiem na sercu nie tyle sama partia, ile jej spuścizna ideowa i moralna, typ myślenia, działania i postawa, która wyrażała się – a także kształtowała – właśnie w PPS-ie.
Nie we wszystkim potrafię się z nimi zgodzić. W tym na przykład, że ową kontynuację etosu socjalistycznego widzieć można również w pierwszej „Solidarności”. Co do mnie na przykład pamiętam z tych czasów moje spotkanie na ulicy – chyba już ostatnie – z Adamem Ważykiem, który zagadnięty przeze mnie o „Solidarność” wyskrzeczał (bo głos miał niezbyt przyjemny): „To jest ruch chadecki, chadecki, proszę pana, my tam nie mamy czego szukać!”. A Ważyk wtedy, długo po „Poemacie dla dorosłych ” i lepszym chyba, lecz niedocenionym „Wagonie”, był już rewizjonistą pierwszej klasy i przecież całkiem niegłupim człowiekiem, który widział niekończące się modły, odprawiane przez „Solidarność”.
Ale są to drobiazgi, nie warto się o nie spierać. Ważne natomiast jest to, że Kuroń i Modzelewski (którzy, jak mówią, występują razem w momentach, kiedy dzieje się coś naprawdę) opublikowali tę rozmowę właśnie teraz, a więc po wyborach wygranych przez lewicę, a co więcej także przez ugrupowania, które – jak „Samoobrona” na przykład – wyniósł „gniew ludu”. Może, jak to się mówi, „populistyczny”, anarchiczny i chaotyczny, ale niewątpliwie autentyczny.
Chodzi więc po prostu o to, na ile poważnie zamierzamy traktować zmianę gabinetu w Polsce? Czy tylko jako zmianę gabinetu właśnie, a więc zabieg w istocie formalny, należący do rytuału demokracji parlamentarnej i dokonywany co cztery lata, kiedy to jedni ministrowie zastępują drugich, czy też jako punkt zwrotny jednak, a więc także porę do namysłu?
Wiem, wszyscy wiemy, że nasz nowy gabinet wyciągnąć ma kraj z dołka głębokiego jak nasza dziura budżetowa, a może jeszcze głębszego, bo pogłębionego przez bałagan, prywatę, korupcję, kryzys państwa. Wzruszają mnie też do łez tłumy suflerów z obecnej opozycji, którzy tak mądrze i klarownie tłumaczą rządowi, co ma robić, że aż dziw, iż równie mądrze nie poradzili wcześniej sami sobie. Ale przecież wcale nie jest powiedziane, że obecny moment nie jest okazją, aby zadać sobie także pytania podstawowe. A więc wyciągać wóz z rowu – ale po co? Sterować państwem – ale w jaką stronę?
Kuroń i Modzelewski, w finale swojej rozmowy, stawiają tę sprawę dosyć jasno, pokazując na przykład alternatywę dla dotychczasowego kursu polskich przemian, jaką może być „państwo opiekuńcze” lub też „państwo solidarności społecznej”, a w żadnym zaś razie „ukręcanie łba idei, która prowadziła robotników”. A więc zarówno idei dawnego PPS-u, jak i pierwszej „Solidarności”. A także, jak myślę, może nawet nie wielkiej idei – bo tych raczej unikano, mówiąc o „normalności” i ładzie – lecz jednak powodowi, dla którego społeczeństwo w tych wyborach głosowało, tak jak głosowało.
Jest to trudne w chwili kryzysu i wymaga wyobraźni. Ale nie tylko krajowe, lecz i światowe zdarzenia zdają się tego domagać. Pan Nowak-Jeziorański – jeszcze jeden doradca rządu Millera, którego antologię kompletnie fałszywych rad i prognoz zestawiła niedawno w „NIE” Agnieszka Wołk-Łaniewska – ostrzega Millera, że gdy mówi o głębokości polskiego kryzysu, to zniechęca tym Zachód, który nie przyjmie nas do Unii. Ale nie zauważa, jak ten Zachód – a mówię tu o Europie, nie zaś o Ameryce, ciągle jeszcze żyjącej w szoku po 11 września – od tej daty właśnie zaczyna się zmieniać. Spostrzegać, że taki bin Laden nie miałby nic do gadania, gdyby nie wściekłość Trzeciego Świata na sposób, w jaki traktuje go Świat Pierwszy. Spostrzegać, że coś w rodzaju Trzeciego Świata tworzy się także w Świecie Pierwszym, wśród tych, którym przechodzą koło nosa dobrodziejstwa globalizacji, oślepiające nawet co ważniejszych europejskich socjaldemokratów.
Po prostu podoba mi się zwyczaj, żeby w trudnych, zwrotnych momentach myśleć także na dłuższej fali. A więc nie tylko jak, ale po co, w jakim celu? A więc nie tylko, jak pisał kiedyś Mrożek, „przodem do przodu i tyłem też do przodu”, ale także dokąd?
Kuroń i Modzelewski spróbowali takiego właśnie rozumowania. Umieścili je w perspektywie historycznej, ale nie trudno zauważyć, że nie tylko to mieli na myśli.

 

Wydanie: 45/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy