Platforma na dopalaczach

Platforma na dopalaczach

To, że dostęp do tzw. dopalaczy stanowi w Polsce groźny problem, wiadomo było od dawna. Rozwiązanie takich problemów wymaga mądrej aktywności placówek pedagogicznych i edukacyjnych, a także placówek służby zdrowia. Konieczne jest również dokonanie rozsądnej regulacji prawnej, która ujmie problem w jakieś ramy zakazów i nakazów i umożliwi skuteczne działanie organów państwowych, zarówno kontrolnych, jak i w razie potrzeby represyjnych. W marcu 2009 r. do laski marszałkowskiej wpłynął dotyczący tej kwestii poselski projekt ustawy autorstwa posłów SLD.
Wpłynął i jak zwykle w tej kadencji bywa z projektami opozycji, uległ „zamrożeniu” w przysłowiowej już zamrażarce marszałka. W międzyczasie powstawały, jak najbardziej legalnie, coraz to liczniejsze sklepy z dopalaczami, pomnożyła się też liczba oferowanych w nich środków. Alarmowali pedagodzy: z badań wynikało, że znaczny procent uczniów szkół średnich, a nawet gimnazjów używa dopalaczy. Ale w Polsce, dopóki problem nie zostanie pokazany w telewizji, to nie istnieje. Marszałek nadal trzymał projekt ustawy w swej „zamrażarce”, a Ministerstwo Zdrowia, Ministerstwo Edukacji ani policja nadal nie widziały problemu. Dopiero gdy TVN 24 pokazała kilka przypadków zatruć dopalaczami, rząd nie tylko dostrzegł problem, ale ustami premiera zapowiedział jego rozwiązanie, nawet działając na granicy prawa. Nie zadano sobie trudu sprawdzenia, czy pokazywane w telewizji przypadki zatruć były rzeczywiście wywołane dopalaczami ani czy takich przypadków obecnie jest więcej, niż było przed pół rokiem czy rokiem, kiedy to rząd nie był w stanie zainteresować się problemem. Teraz liberalny rząd jednego dnia nasłał na legalnie, a więc z jego przyzwoleniem działające sklepy z dopalaczami wszystkie możliwe inspekcje i policję, jednego dnia je zamknął i opieczętował. Równocześnie przypomniano sobie, że trzeba uchwalić stosowną ustawę. Nie patrząc na to, że wspomniany na wstępie projekt ustawy leży bez biegu i dotąd nie był w stanie zainteresować ani sejmowej większości, ani rządu, ten ostatni wyciągnął z kapelusza swój projekt. Posłowie dostali go na dzień przed pierwszym czytaniem. Nie było czasu ani na opinie ekspertów, ani na dyskusję. Już na pierwszy rzut oka widać było, że projekt ustawy pisany był na kolanie, a jej skutki mogą być znacznie dalej idące, niż chciałby ustawodawca i zdrowy rozsądek. Definicja dopalaczy powstała bez konsultacji z farmakologami, farmaceutami czy psychiatrami i, zdaje się, jest zupełnie nieprzemyślana przez autorów, została skonstruowana tak niefortunnie, że może obejmować praktycznie wszystko. To, co potocznie nazywano dopalaczami, ustawa nazwała „środkiem zastępczym”. Z praktyki kryminologicznej wiadomo na przykład, że więźniowie często jako środków zastępczych w rozumieniu ustawy używają roztworów past do zębów lub herbaty parzonej w proporcji paczka herbaty na szklankę. W zasadzie zgodnie z ustawą można będzie zatem ścigać karnie producentów herbaty lub pasty do zębów. Takich nonsensów jest więcej. Całej ustawie przyświeca filozofia niegdysiejszego kandydata na prezydenta, niejakiego Kononowicza, „żeby nie było bandyctwa i żeby nie było niczego”.
Prace nad ustawą (trzy czytania w dwa dni!), tak jakby problem dopalaczy pojawił się jak powódź niespodziewanie i rozwiązanie go nagle, po latach bezczynności stało się natychmiast koniecznością, naprawdę urągają powadze Sejmu i naruszają standard przyzwoitej legislacji. Towarzyszy im wspomniany nalot inspekcji na sklepy (gdzie te inspekcje były dotąd i co zrobiły przez ostatnie dwa lata?) i publiczne wypowiedzi premiera Tuska, który nieudolnie naśladuje Ziobrę. Mówi, że rząd będzie tu działał na granicy prawa, a dorobiony na sklepach z dopalaczami młody cwaniaczek „będzie siedział”. Pan premier zapomniał, że o tym, kto będzie siedział, a kto nie, decyduje niezawisły sąd, a nie rząd czy premier.
Niezawodna prokuratura, która wprawdzie formalnie oddzielona jest od rządu, i tak, choć być może z większym niż przedtem trudem, wyczuwa jego intencje, występuje więc z wnioskiem o areszt dla cwaniaczka, któremu premier zapowiedział odsiadkę, a sąd, spokojnie wykonując prawo, aresztu nie orzeka, bo na oko widać, że nie ma do niego podstaw.
Bardzo jestem ciekaw, kiedy politycy Platformy zaczną mówić o „impossybilizmie prawnym” i narzekać na sądy, które „jeszcze nie są nasze”. Teksty są gotowe, trzeba tylko odkupić od PiS prawa autorskie. W każdym razie rząd przynajmniej na prokuraturę może liczyć. Ta się nie zmienia mimo niewątpliwych wysiłków sędziego Seremeta, który, jak podejrzewam, przeklina ten moment, kiedy zgodził się kandydować na stanowisko Prokuratora Generalnego.
Co się stało, że tak nagle dostrzeżono problem widoczny jak byk od przynajmniej dwóch lat? Co spowodowało taki pośpiech legislacyjny i takie zakrojone na szeroką skalę działania policyjne i medialne?
Co spowodowało, że problem, którym rząd ani klub Platformy w Sejmie nie raczyli się zainteresować przez dwa lata, teraz ma być z takim hałasem załatwiony w dwa tygodnie?
Troska o zatrutych dopalaczami w ostatnim tygodniu? Czy może chęć medialnego zagłuszenia kongresu Palikota? Albo chęć pokazania przed wyborami samorządowymi, że o zdrowie i bezpieczeństwo obywateli nikt tak nie zadba jak Platforma? Co prawda reforma opieki zdrowotnej nie bardzo wychodzi, ale przynajmniej zlikwiduje się sklepy z dopalaczami i już wszyscy będziemy zdrowsi.
Niestety nie będziemy. A „środkiem zastępczym” może być mnóstwo substancji, które można nabyć jak nie w specjalnym sklepie z dopalaczami, to w sklepie spożywczym lub z chemią gospodarczą. Mają tego świadomość przynajmniej niektórzy posłowie, którzy choćby z opowiadań wiedzą, co kiedyś inhalowali hippisi.
Złym, napisanym na kolanie, uchwalonym w pośpiechu prawem nie załatwi się poważnego problemu społecznego. Nie pomoże tu działanie na granicy prawa ani żadne pokrzykiwania premiera.

Wydanie: 42/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy