Przyczynek do dyskusji na temat nauki polskiej

Przyczynek do dyskusji  na temat nauki polskiej

Nie będę już wracał do spraw powszechnie znanych. Akademicką debatę zastąpiła akademicka biurokracja i buchalteria. To już wiemy. Wiemy to my, środowisko naukowe. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wciąż nie wie i wiedzieć nie chce. Co więcej, wymyśla w tym zakresie stale coś nowego. Na potrzeby ministerstwa i Państwowej Komisji Akredytacyjnej, tzw. PAK-i, tworzone są na uczelniach setki dokumentów, do których nikt nigdy nie zajrzy. Rozbudowywane są rozmaite fikcje: „systemy kontroli kształcenia” i „systemy kontroli systemów kontroli kształcenia”, o które swego czasu na kontrolowanym wydziale prawa jeden z wizytatorów PAK-i, skądinąd specjalista od inseminacji, natarczywie się dopominał. Uważał, że trzeba mieć system kontroli systemu kontroli, czyli taki metasystem. Może jest on niezbędny w hodowli byków, ale w kształceniu prawników?

Zamiast rozważać poważne kwestie naukowe, profesorowie muszą się zastanawiać, jak oddzielić „wiedzę” od „umiejętności” w przypadku studiów humanistycznych czy prawniczych, bo wypełniając sylabus, muszą dokonać takiego rozróżnienia. Chyba się nie nadaję na profesora, bo mimo że uczę studentów od ponad 40 lat, do dziś nie wiem, gdzie się kończy prawnicza „wiedza”, a gdzie zaczyna prawnicza „umiejętność”. W Krakowie to rozróżnienie jest szczególnie trudne, bo już w XIX w. powołano tu Akademię Umiejętności, przez umiejętności ewidentnie rozumiejąc wiedzę, a nie sprawność posługiwania się nią. Może w przypadku inseminacji jest to łatwiejsze? Co innego wiedza o inseminacji, co innego umiejętność inseminowania?

Wysłałem niedawno artykuł do międzynarodowego czasopisma z tzw. listy filadelfijskiej. Po miesiącu dostałem trzy anonimowe recenzje i zalecenie poprawienia artykułu. Recenzenci (anonimowi, ale z kontekstu można się domyślać, że Anglicy lub Amerykanie) znaleźli mi kilka drobnych błędów, od których poprawienia uzależnili publikację artykułu. Znaleźli pomyłki w bibliografii dotyczące… polskiej literatury. W jednym miejscu przez omyłkę zamieniłem autorów przywoływanych w przypisie artykułów, w innym, dotyczącym także polskiej pozycji bibliograficznej, pomyliłem strony. Zamiast stron 2-12 napisałem 12-22. Pominąłem też artykuł rosyjskiego autora, którego – zdaniem jednego z recenzentów – powinienem był uwzględnić. Sądzę, że każdy z trzech powołanych przez redakcję recenzentów musiał nad moim tekstem posiedzieć dobre kilka godzin w bibliotece i przy komputerze. A u nas? Jeden z największych i najlepszych uniwersytetów wydał w języku angielskim książkę o uczonych żydowskiego pochodzenia. Dzieło pięknie wydane, w zamierzeniach „eksportowe”. Kilkadziesiąt biogramów zostało napisanych przez grono osób dobranych wedle niedającego się rozpoznać klucza. W sąsiadujących ze sobą biogramach dwóch uczonych, ojca i syna, sprzeczne ze sobą fakty. Nie dopilnował redaktor tomu. Ale tom ma jeszcze recenzenta. Nie zauważył? W niektórych biogramach ewidentne braki, w bibliografiach nieuwzględnione nie tylko artykuły, ale i całe monografie. Nie zauważyli tego redaktor naukowy ani recenzent? Naukowa i edytorska tandeta.

Biurokratyczny system oceniania dorobku naukowego rodzi patologie. Uczelni i poszczególnym autorom zależy na punktach za publikację. Monografia jest punktowana, materiały pokonferencyjne nie. Nikt więc nie wydaje już materiałów pokonferencyjnych, jak czyniono przez lata, lecz daje się te materiały do „zrecenzowania” jednemu zaprzyjaźnionemu recenzentowi, który pisze grzecznościową recenzję całości i z materiałów pokonferencyjnych powstaje monografia, za którą wydająca materiały uczelnia zdobywa punkty; dostają je redaktor oraz autorzy zamieszczonych tekstów. Wszyscy są zadowoleni. A to, że referaty (teraz w monografii już nie referaty, ale rozdziały!) są od Sasa do Lasa, że nijak się nie łączą w logiczną całość, jest bez znaczenia. To, że jeden recenzent, nawet gdyby był omnibusem, do zrecenzowania wszystkich referatów nie ma kompetencji ani fizycznych możliwości, że gdyby był rzetelny, musiałby na pisaniu recenzji spędzić parę miesięcy, nic innego nie robiąc, też jest bez znaczenia. Punktowy dorobek nauki polskiej rośnie, merytoryczny niekoniecznie. Nikt na świecie nie będzie się zastanawiał, ile punktów w ministerialnej punktacji wypracowała nauka polska, lecz ile naprawdę jest warta. Na ile wzbogaciła naukę światową. A z tym, w przeciwieństwie do zgromadzonych punktów, jest znacznie gorzej.
Swoją drogą, system oceniania nauki stworzył kategorię łowców punktów. Niektórzy doszli w tym do prawdziwego mistrzostwa. A że nijak ma się to do wartości naukowej, nikogo nie martwi.

Gdyby poddać naszej ministerialnej punktacji dorobek piśmienniczy Einsteina, wypadłby blado. Jestem przekonany, że w klasyfikacji wyprzedziłby go jakiś sprytny i dobrze znający system punktowy autor z byle jakiej prowincjonalnej polskiej uczelni. W to, że wspomniany specjalista od inseminacji za swój dorobek dostałby wedle naszego ministerstwa więcej punktów od Einsteina, nie wątpię. Tylko świat nie chce tego uznać!

Aby dostać punkty za artykuł z dziedziny humanistyki lub nauk prawnych, artykuł musi mieć objętość co najmniej pół arkusza, czyli ponad 10 stron. Premiowani są wodoleje. W 1938 r. w „American Sociological Review” ukazał się artykuł Roberta Mertona pt. „Social Structure and Anomie” („Struktura społeczna i anomia”). Liczył dziewięć stron. Zapoczątkował nową teorię w kryminologii i socjologii. Do dziś, mimo upływu prawie 80 lat, wciąż jest cytowany, co więcej, wciąż jest inspirujący. Za ten artykuł Merton nie dostałby od naszego Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego ani jednego punktu. Był za krótki!

Nie jestem pewien, czy Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego inspiruje naukę polską w dobrym kierunku. Może czas na jakąś poważną dyskusję? Kto ją wymusi? „Czarne procesje” nauki polskiej, zjawisko i tak nowe, na rządzących nie robią wrażenia. Idą ludzie, narzekają, trochę pokrzyczą i pójdą do domu. Nawet opon przed ministerstwem nie zapalą. Nie są też naukowcy w stanie sparaliżować kraju strajkiem. Kto by się więc nimi przejmował.

Z rządem z pozycji siły nie pogadamy. Ale przynajmniej pogadajmy we własnym gronie. To przecież od nas zależy, czy damy się wciągnąć w patologię, czy jej się oprzemy. Tymczasem może uczmy studentów rzetelnie, rzetelnie prowadźmy badania naukowe, rzetelnie recenzujmy. Tego przecież nikt nam nie zabrania.

Wydanie: 29/2015

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy