Z wiatrem czy przeciw wiatrowi?

Media i okolice

Unia Europejska, jak ZChN w znanej piosence, zbliża się. A jeszcze szybciej zbliża się termin referendum. Nie prezydent, nie rząd, nie Sejm i Senat ani nawet nie Episkopat, ale sami Polacy bezpośrednio zdecydują, czy zaakceptować Polskę w Unii. W istocie będzie to pytanie, czy nasz kraj ma dołączyć do czołówki gospodarczej świata, czy też ma wlec się w jego ogonie. Zachodnioeuropejczycy dobrze wiedzą, że Unia powstawała na dwóch płaszczyznach: jako projekt polityczny nowej, pokojowej i przyjaznej Europy oraz jako projekt gospodarczy zdolnej sprostać ekonomicznie Stanom Zjednoczonym i Japonii. Zaczęło się tam przecież od Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali i obecnie doszło do etapu europejskiego dolara. Jasne jest bowiem, że wobec wyzwań globalizacji i społeczeństwa informacyjnego w jedności i współpracy siła. W słynnym już raporcie komisarza Bangemanna z 1994 r. Komisja Europejska obiecuje i ostrzega:
Kraje, które pierwsze wejdą w erę społeczeństwa informacji, zbiorą największe żniwo. To one wyznaczą drogę dla innych. Natomiast te kraje, które będą zwlekać lub podejmą działania połowiczne, mogą w czasie krótszym od dziesięciolecia stanąć w obliczu załamania się inwestycji i kryzysu na rynku pracy.
I jakkolwiek Bangemann ani nie myślał, ani nie pisał o Polsce, to przecież jego raport jest wręcz proroczy. Mamy i załamanie się inwestycji, i kryzys na rynku pracy. Program budowy autostrad, choć ze wszech miar konieczny i pożyteczny, nie zastąpi programu budowy infostrad i sieci połączeń internetowych. A same sieci zdadzą się psu na budę, gdy nie będzie realizowany program informatyzacji i modernizacji wszystkich dziedzin życia. Tego jednak nie dokonamy samotnie, bez kontaktów i wsparcia krajów rozwiniętych gospodarczo.
Od kilku już stuleci Polska nie może przełamać narastającego zagrożenia cywilizacyjnego w stosunku do rozwijających się dynamicznie krajów Europy. „Jeśli nie możesz ich pokonać, dołącz do nich”, doradza amerykańskie przysłowie. I oto mamy historyczną szansę. Dołączyć, choć przez kilka lat, jako „brat mniejszy” politycznie i gospodarczo, a potem i cywilizacyjnie do jądra Europy. I to, a nie twardość naszych targów o procenty dopłat, winno być przedmiotem referendum. „Czy jesteś za Polską w klubie państw stabilnych i zamożnych, choć początkowo o niektórych ograniczonych uprawnieniach, czy też wolisz, aby Polska była Polską, rolniczo samowystarczalną, samodzielnie rozwijającą się gospodarczo, tradycyjną?”. Oto jest pytanie!
Takie referendum nie wymaga zwiększania wiedzy o Unii. Osobiście uważam, że powtarzana jak mantra teza, iż Polacy nie wiedzą, czym jest Unia, jest naiwna. Nie tylko bowiem oni, ale i Austriacy, Hiszpanie, Portugalczycy też nie za bardzo wiedzieli, a może nawet nie wiedzą tego Niemcy i Francuzi. Unia Europejska jest bowiem tak skomplikowanym systemem, że jedynie specjaliści w wąskiej dziedzinie mogą się dokładniej orientować w jej działaniu.
Dla zwykłego człowieka funkcjonowanie w Unii nie wymaga jakiejś wiedzy ezoterycznej. Wystarczy, że będzie wiedział, iż Unia to dobra rzecz. Przykładem może być wprowadzenie euro. Nie trzeba było znać tajników tzw. węża walutowego ani orientować się w zasadach przeliczania; wystarczyło docenić korzyści jednej waluty, aby w referendach europejskich wygrało euro. I po dwóch miesiącach badania wskazują, że znakomita większość Europejczyków bez żalu pożegnała swoje mające wielowiekowe tradycje narodowe waluty. Natomiast te narody, które – jak Brytyjczycy – nie zaakceptowały euro, już tego zaczynają żałować. Oby i Polak nie był mądry po szkodzie.
Teoria przekonywania głosi, że gołymi argumentami nie można nikogo przekonać. Muszą być wsparte wiarą w dobre intencje przekonującego oraz – w sprawach zasadniczych – oparte na porywającej, emocjonalnej wizji. Zatem nie informacji o Unii nam najbardziej potrzeba, ale wizji rozwoju Polski.
Niestety, powiem wprost, obecnie Polska nie ma wizji przyszłości, i to jest główny problem. W sprawach najważniejszych nie chodzi bowiem o pozyskiwanie eurosceptyków za pomocą wytargowania większych dopłat dla małorolnych! Churchill w czasie wojny nie obiecywał Anglikom lekkiego zwycięstwa, lecz zapowiadał „krew, pot i łzy”. I wygrał. Polacy nie są narodem drobnych sklepikarzy. Odwołanie się do ambicji narodowych, sprostania konkurencji, przywołanie przykładu Małysza bardziej tu pomoże niż pokrzykiwanie: „Nie oddamy Unii ani guzika”.
Motywem kampanii referendalnej powinno być przekonanie, że Polska to wielka rzecz, warto dla niej ponieść wyrzeczenia, aby znalazła godne miejsce w Europie i świecie. Wizja musi być prosta, a zarazem porywająca, a więc metaforyczna. Tak jak u Szekspira: „W ludzkim życiu trafia się morski prąd, który żeglarza niesie ku wielkim zyskom; prąd ten przegapić – to utkwić dziobem na resztę żywota w mieliznach nędzy. Tak z nami: jesteśmy na pełnym morzu i, gdy prąd pomyślny, trzeba korzystać z okazji – inaczej stracimy wszystko” („Juliusz Cezar”, przekład S. Barańczaka).
Jesteśmy od 1989 r. na pełnym morzu. Pytanie tylko, czy będziemy wpadać na mielizny albo, co gorsza, na rafy. Płynąć czy dryfować? Czy zawijać do portów, robiąc tam niezłe interesy? Wybierzmy świadomie kierunek Europa i świat, płynąc w polskiej łódce na europejskie morza i potem na światowy ocean. Kierunek rejsów: PORT Polska – PORT Europa – PORTY świata. I tak jak 20 lat temu nieprzypadkowo właśnie z portowego Gdańska wyszedł ruch, który odmienił nasz kraj, teraz przychodzi pora kolejnego zwrotu przez hals. Samotny biało-czerwony żagiel już dołączył do natowskiej armady, pora zatem dołączyć do europejskiej flotylli kupieckiej. Z wiatrem, nie przeciw wiatrowi.

 

 

Wydanie: 8/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy