Przyjaciel lasu

Przyjaciel lasu

Skacząc po programach radiowych, przypadkiem, jak na kogoś dawno niewidzianego, wpadam na ojca dyrektora. Co za spotkanie. Słucham, jak mówi. Ileż uwodzicielskiej słodyczy w tym głosie hipnotyzującym lud radiomaryjny. Przypomina, że mamy już nowy Sejm i Senat, będą więc szły modlitwy wiernych za posłów i senatorów, rzecz jasna tylko tych propolskich. Nazwiska będą losowane, by sprawiedliwie i po równo obdarzać modlitwą polityków PiS. (Za Konfederację, jak rozumiem, też pójdą modlitwy). Słuchacze drogą telefoniczną mogą dowiadywać się, kogo wylosowali. Te modlitwy mają wzmóc w posłach i w senatorach pierwiastek narodowy, polski.


Jadę autobusem, koło stadionu Legii do środka ładuje się grupa kibiców. Drą się, czasami wyją, ale nikogo nie zaczepiają, nie biją, łaskawi. Są elektoratem jeśli nie PiS, to Konfederacji. Podobnie zachowują się prezes i jego politycy, nic ich nie obchodzi, że polskim autobusem jadą także miliony ludzi innych niż oni.


Nasza okolica obstawiona jest przez policję, płoną koguty radiowozów i motocykli. Co się dzieje? Kaszubka ze sklepu rybnego, która nie znosi PiS, mówi z obrzydzeniem: „Duda przyjechał na pogrzeb Szyszki”. Najwidoczniej msza w naszym kościele. Ten szkodnik pewnie gdzieś tu mieszkał. W mediach publicznych urasta do rangi męża stanu. Słyszę, że zmarł wielki przyjaciel lasu. Ktoś, kto słucha i ogląda ciurkiem media publiczne i prywatne, a wiem, że wielu ludzi tak robi, musi mieć mózg z kamienia, by nie popaść w rozdwojenie jaźni.


Znowu w Bielsku-Białej. Literacki konkurs dla dzieci i młodzieży szkolnej. Już 37. raz. Chyba rekord Polski w nieprzerwanym trwaniu (wielka zasługa Reny Edelman, szefowej domu kultury Best). Setka dzieci dostaje równorzędne nagrody, ich wiersze i proza są drukowane w książce. I zawsze ten sam hotel. Lustro w łazience. Gdy w nie patrzę, moje czarne włosy stopniowo siwieją, a twarz się kurczy jak polana ukropem. Na uroczystości koncert Czesława Mozila – zabawny jak zwykle, robi aluzje polityczne. Ja, kiedy występuję, otwierając uroczystość wręczenia nagród, też je robię. Dożyliśmy czasów, gdy wraca aluzja polityczna. Warsztaty literackie, trzy grupy. Dzieci przemieszane, jest siedmiolatek, ale wygląda na lat pięć, i są 18-latki. Pytam, kto pisze dziennik. Milczenie, tylko chłopczyk podnosi rękę.


Coraz lepszym kandydatem na prezydenta, który ma szanse wygrać z Dudą, wydaje mi się Władysław Kosiniak-Kamysz (jeśli Tusk nie wystartuje). Dobrze mówi, emanuje rzetelnością, ludowi nie kojarzy się z elitą. Małgorzata Kidawa-Błońska jest miła i kulturalna, ale nie nadaje się na ważnego polityka, nie przykuwa uwagi. Dobry mówca zmusza formą i treścią, by go słuchać. Inna sprawa, że dla mnie najlepszym prezydentem byłby Marek Borowski. Ale w Polsce nie ma szans, jego ojciec był Żydem. W jakimś wywiadzie mówił, że był ochrzczony. Tym gorzej, kamufluje się. Nie do wiary, żyjemy w kraju, w którym choćby ojciec czy matka „złego” pochodzenia dyskwalifikują kandydata na prezydenta. Może się mylę, ale chyba nie. Dziadek może by nie zaszkodził albo tylko trochę. Przecież kolejni ministrowie spraw zagranicznych mieli żydowskie pochodzenie. Ale to było w porządku, wiadomo, że się dogadywali z lobby żydowskim, które rządzi światem. Na Ukrainie Wołodymyr Zełenski nie ukrywa, że ma takie pochodzenie, jednak bez trudu został wybrany na prezydenta. Nasi narodowcy i paranoicy rwą włosy z głowy, wróg czai się na granicy. A tam to nie przeszkadza. Chyba jesteśmy jednak narodem ze skazą.


W Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza na Rynku Starego Miasta. Pięknie na tym rynku, chociaż gęsto od kawiarni i restauracji. Niedługo wszystkie skurczą się na mrozie i schowają w kamienicach wzniesionej z ruin Starówki. Ona stara-nowa, niemal mi rówieśna. Odbudowa staje się zabytkiem, jak i ja. Tak czas z nami igra. Na tyłach kamienicy, gdzie mieści się muzeum, budynki oficyny, mały dziedziniec, bardzo tam ładnie, widok na Wisłę, na praski brzeg. Tu mieści się archiwum fotografii. Proszę o szufladę ze zdjęciami ojca. Wielka niespodzianka. Siostrzeniec pierwszej żony mojego ojca, Krystyny, przekazał kilkadziesiąt zdjęć jej i mojego ojca. Zwykle to jest rok 1931. Tłem są Tatry i Zakopane. Wielkie wzruszenie, mogę chodzić z ojcem Krupówkami i górskimi szlakami, on taki młody, a ja taki niemłody. Tak się porobiło.

Wydanie: 44/2019

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy