Przykry zapach pieniędzy

Przykry zapach pieniędzy

Od 15 do 17 czerwca odbywał się w Spale Zjazd Klubów „Gazety Polskiej” (takich kopii rodzin ojca Rydzyka). Co reprezentuje sobą „Gazeta Polska”, wiadomo dość powszechnie. Jest to pismo siejące nienawiść do wszystkich myślących choć odrobinę inaczej niż jego naczelny Tomasz Sakiewicz, tuba narodowego antysemityzmu i fanklub Antoniego Macierewicza. Poza tym dziwnym zrządzeniem losu jest to także periodyk rządowy, czego dowodem przewidziane na zjeździe występy Mateusza Morawieckiego, Beaty Szydło czy – oczywiście – twórcy nowej polskiej partyzantki.

Każdy może sobie zbierać w Lasach Spalskich (Puszczy Pilickiej) borówki, jakie mu się podobają, albo ujeżdżać spiżowego żubra w tamtejszym parku. Nic nikomu do tego. Zdziwienie ogarnia dopiero, gdy spojrzymy, za czyje pieniądze to się dzieje. Sponsorami imprezy są oto, co Sakiewicz dumnie ogłasza, PKN Orlen i Fundacja XX. Czartoryskich. Owo „XX.” jest zresztą nielegalne, gdyż Sejm II Rzeczypospolitej kategorycznie zabronił obywatelom polskim używania tytułów rodowych. Przejdźmy jednak do spraw ważniejszych.
PKN Orlen jest spółką państwową, co znaczy, że państwo ma w niej większość udziałów, czyli może dowolnie sterować polityką firmy. Na jej czele stoi mianowany przez władze sołtys z Pcimia (miejscowości między Stróżą i Lubieniem, niedaleko Krzczonowa), który sam zapewne się zdumiał swoim tak błyskawicznym awansem z majtka na admirała, godnym Księgi rekordów Guinnessa; jest więc wysoce nieprawdopodobne, by nie spełnił w prysiudach każdego życzenia z Nowogrodzkiej. Czy jest jednak przyzwoite, żeby władza finansowała za naftowe pieniądze swoje agencje propagandy politycznej, nazywane później „niezależną prasą”? Gdyby we Francji Macron nakazał kolejom państwowym opłacić np. bankiet organizowany przez sprzyjający mu „L’Express”, spowodowałoby to skandal, po którym na pewno nie podniósłby się tygodnik, a – kto wie? – może i sam prezydent. Oczywiście u nas tzw. spece zaraz zamieszają, zrobią z czarnego białe i wyciągną z kapelusza tyle paragrafów i skomplikowanych odnośników, że lepiej z góry dać sobie spokój i upić się Pod Czarnym Lwem – jako się zowie ponoć całkiem niezła knajpa w Pcimiu.

O wiele ciekawszy jest natomiast casus drugi. Nie słyszałem jakoś, a w każdym razie nie zostało to podane do publicznej wiadomości, że Fundacja Czartoryskich ma zapisane w programie działalności sponsorowanie prasy politycznej w Rzeczypospolitej. Owszem, coś tam czytałem o wspomaganiu arystokracji, biedaczków (nie mylić z szaraczkami), którym jałmużna najbardziej się należy, ale najwięcej wypisali Czartoryscy i pomniejsi Radziwiłłowie pompatycznych zdań o tradycji, skarbach kultury, sztuce itp. „Gazeta Polska” ma z tym akurat niezwykle mało wspólnego. Podobnie rząd, czego dowodem choćby mianowanie ministrem kultury i sztuki obywatela Glińskiego, którego zainteresowania na przyznanym stanowisku koncentrują się wokół czystek politycznych w muzeach, teatrach i innych instytucjach kulturalnych, tudzież marzeniach o polskim Hollywood tworzącym superprodukcje ku czci „żołnierzy wyklętych”.

Brzydzę się tak popularnymi w Rzeczypospolitej teoriami spiskowymi. Śmieszy mnie i irytuje wygadywanie o układach, które od wieków wpisane są w narodowe kolesiostwo i nepotyzm. Tym razem jednak nawet moje stępiałe powonienie sygnalizuje, że coś jakby śmierdzi w państwie polskim. Nie tak dawno rzeczony minister Gliński kupił od Fundacji Czartoryskich, która zaraz po transakcji przeniosła się w obce kraje, kolekcję dzieł sztuki za nader okrągłą sumkę i nader się cieszył z chytrze ubitego interesu. Jedni mówili wtedy wprawdzie, że mocno przepłacił, drudzy wręcz kwestionowali korzyści, jakie odniósł kraj z tej transakcji kupna-sprzedaży, podnosząc, że kolekcja i tak musiałaby zostać nad Wisłą i być udostępniona publiczności, czyli zysk dla Polski żaden. No i nagle wychodzi jakby szydło z worka (nie mylić z panią ekspremier, choć i ona maczała w tym swoje słynne pazurki). Czyżby więc, nie śmiem oczywiście niczego sugerować ani tym bardziej przypuszczać, Gliński zrobił Czartoryskim swoisty prezent, oni zaś w zamian wypłacają się rządowym prydupnikom (słowo używane przez marszałka Piłsudskiego, w żadnej mierze nie może zatem być obraźliwe)? Jeśli tak, to wycofuję słowa krytyki – chytreńki ten nasz minister jak lis i Ulisses razem wzięci.

Rzecz jasna, mogą być inne zagadki do rozwiązania. Co jednak mogłoby łączyć Czartoryskich z Sakiewiczem? Nie jest to ród znany z antysemityzmu, raczej kosmopolityczny i proeuropejski. Tradycja rodu jest też na ogół prorosyjska, a przywódca emigracyjnego obozu Hôtel Lambert, Adam Jerzy Czartoryski, był wcześniej niepisanym ministrem spraw zagranicznych Aleksandra I. Z kolei Adam Kazimierz był długo w bliskich stosunkach z Katarzyną II. Na czym więc rzecz się zasadza? Prostackie powiedzonko twierdzi, że jak nie wiadomo o co, to chodzi o pieniądze. Niestety, nie jest prawdą, że one nie śmierdzą.

Wydanie: 28/2018

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy